2009-06-02

You can’t teach an old dog new tricks

W blogu FYMa wywiazala sie dzis bardzo interesujaca dyskusja w momencie gdy glos w temacie s24 zabral Platos:

Ja obawiam się jednak, że najsłabszym ogniwem tego miejsca jest jego właściciel. Nie że zły, słaby sprzedajny itd Dopóki jednak S24 jest stosunkowo niegroźny, dopóki internet jeszcze nie wygrywa z mainstreamem, nie wpływa zdecydowanie na wybory polityczne pozwolą mu się bawić w nadredaktora blogów. A potem dadzą mu ofertę nie do odrzucenia...
Czy I Janke znany jest ze swej bezkompromisowości? Ja czytając jego lękliwą publicystykę taką bogu świeczkę diabłu ogarek - bardzo wątpię. Chciałbym się mylić


FYM udzielil mu nastepujacej odpowiedzi:

ja myślę, że trzeba Jankego umacniać, a nie dobijać :) Powiem tak: fechtunku można się nauczyć. A poza tym każdy człowiek ma szansę poprawy :)


Stare anglosaskie przyslowie mowi jednak, ze nie da sie nauczyc starego psa nowych sztuczek. I tak, ze starego smietnikowca stolujacego sie w TokFM nie da sie zrobic psa obronnego. Nie ma tez sensu uczyc go fechtunku, smietnikowiec bez nauki pokaze slabszym kly w obronie wlasnych stolowek, ale predzej podkuli ogon i ucieknie niz z rownym sobie stoczy boj o przywodztwo stada. Podatnosc na lakome kąski o zupelnie obcych zapachach pozostanie na zawsze silniejsza.

"Umacnianie Jankego" to koncept rownie egzotyczny jak umacnianie lewej nogi. Cos mi mowi, ze dzisiejsi umacniacze moga niebawem znalezc sie w sytuacji podobnej do osob ktore chcialy kedys przechytrzyc SB prowadzac z nia dialogi. Jankego nie nalezy umacniac, (salonu) Jankego nalezy uzywac z pelną swiadomoscią grozących konsekwencji.

Nie mam tez pewnosci, czy szanse poprawy nalezy dawac takze komuchom i postkomuchom, no, chyba ze komus nie jest szkoda ani wlasnego zycia, ani zycia kolejnych pokolen Polakow.

2009-05-30

Czy komucha mozna znieslawic?

Przerozni politrucy, czyli mowiac po naszemu funkcjonariusze propagandy dwoją sie i troją ostatnio, a takze od dluzszego czasu by wpoic tluszczy tak zwany szacunek dla komucha. Powiedzmy uczciwie, rzecz nie jest prosta. Bezposredniego przykladu komucha zaslugujacego na szacunek znalezc sie nie da, nie sposob stwierdzic: prosze panstwa, oto tow. XX, uczciwy komunista, godny najwyzszego szacunku. Do tematu trzeba podejsc w jakis inny sposob by ocalic jak najdluzej umowy zawarte w Magdalence przy okraglym bufecie.
Konieczne jest podejscie kreatywne i dlatego dziennikarska smietanka postpeerelu nie ma wyboru i musi ryzykowac wlasnym imieniem i nazwiskiem. Stawka jest wysoka, ale nagrody jeszcze wyzsze. Dobry i dosc bezpieczny jest tzw humanitaryzm, kiedy politrucy podciagają szacunek dla komucha pod ogolny szacunek dla drugiego czlowieka (komuch nasz bliźni, anonimowy autor nie moze atakowac personalnie, itd). Metoda ta nie jest szczegolnie skuteczna albowiem malo kto jeszcze wierzy w humanitaryzm komunizmu i aby metoda przynosila jakies efekty trzeba terrorystyczne grozby z nia zwiazane powtarzac kilka razy dziennie (patrz dzialalnosc I.Janke i zawiadowanej przez niego klubokawiarni sb2024p).
Mądrej głowie dość dwie słowie, dlatego nie widze potrzeby kontynuowania przykladow, inteligentny czytelnik sam juz ma kolejne na podoredziu, a cywilizowac cenzorow tej klubokawiarni nie zamierzam. Mozna ich juz dzis spokojnie w ogolne straty ludzkosci wpisac.

Wracajac do tytulowego pytania i pamietajac o problemach towarzysza Leppera z gwalceniem prostytutek, nalezy stwierdzic, ze jak sie kto uprze to moze znieslawic komucha (inwektywami typu pedofil, wierzacy, prywaciarz, kapitalista...), tylko po co?

Zycze wszystkim udanego, apolitycznego piatkowego wieczoru. Tym dla ktorych piatkowy wieczor juz minal, darz bor za tydzien.


Notatke spisal

Opluwacz Internetowy
(dawniej Zoologiczny... [Antykomunista])


Tradycyjnie wersja raperska dla mlodziezy.

2009-05-27

Pionek bije Królową czyli farsa europejska

Brytyjska Królowa poinformowała dziś, że niezaproszenie jej przez Sarkozego na obchody D-day to ,,afront''. Francuzi odpowiedzieli, że nie im decydować, kto będzie reprezentował Zjednoczone Królestwo a poza tym rocznica lądowania w Normandii to przede wszystkim święto francusko-amerykańskie. Po raz kolejny widać, że wspólnotę europejską łączy jedynie lokalizacja na tym samym kontynencie. Cała reszta Europę dzieli.

Patrząc na sprawę z politycznego punktu widzenia z tych informacji można wyciągnąć dużo więcej niż treść dyplomatycznych komunikatów. Paryż chce wkupić się w łaski Obamy, jednocześnie odsuwając go od Londynu. Ponadto, francuska dyplomacja pragnie zdewaluwoać poświęcenie pozostałych aliantów oraz podnieść do rangi cnoty postawę Francji w latach 40'. Pomijająm ocenę porównawczą wkładu brytyjskiego (przerażające ilości żołnierzy Wysp Brytyjskich podziurawionych ołowiem na odcinku SWORD podczas lądowania) oraz francuskiego (rząd Vichy kontra Wolni Francuzi w małym państewku na krańcu świata). W świetle historycznym w istocie Francja jest jedynie pionkiem który próbuje pokonać Królową przez duże K. Zafałszowywanie historii to nie tylko domena Niemców czy Rosjan. Wróćmy jednak do meritum.

Sądzę, że to naturalne, iż Francuzi próbują wykorzystać obchody rocznicy 6 czerwca do załatwienia politycznych interesów z Barackiem Obamą i zagarnięcia jego sympatii. W końcu to zły George W. Bush i brytyjczyk Tony Blair prowadzili imperialistyczną politykę anglosaską, czas więc, by politycznie poprawni Obama i Sarkozy wprowadzili globalny Ład i Porządek ku chwale rewolucji. A przy okazji załatwili kilka interesów i odciągneli Amerykanów od podłych Brytoli.

Jeszcze raz podkreślam - naturalnym jest, że Francja realizuje swą rację stanu a Brytyjczycy protestują jeśli godzi to w ich interes. Jednak istnienie tego mechanizmu, którego nie udało się wykrzewić wszelkiego rodzaju eurofederastom, świadczy o tym, że pełna integracja europejska jest tworem utopijnym, niemożliwym do zrealizowania w praktyce, bądź prawdopodobnym na krótkim odcinku historycznym jedynie w warunkach totalitaryzmu. Kłótnie i uszczypliwości brytyjsko-francuskie to tylko kolejny przykład. Czy rzeczywiście tego potrzebuje Europa?

Tylko naiwni będą uparcie twierdzić, że Bruksela usunie kłótliwość europejskich polityków i pozwoli wykreować UE na nową potęgę godną współzawodnictwa z USA czy innymi gigantami współczesnego świata. Marzenia lewaków o europejskiej rodzinie realizowane od kilkudziesięciu lat przekuwane na przestrzeni lat w rzeczywistość są oparte u gruntu o błędną tezę, dlatego cała ta inicjatywa prędzej, czy później runie. Problem w tym, że tzw. interesu europejskiego nie ma. Są interesy Francuzów stosujących protekcjonizm, Niemców walczących o przewartościowanie historii oraz Polaków, ostatnio opieszale walczących o swoją, indywidualną rację.

Próby podtrzymywania tego chorego systemu w Europie skończą się katastrofalnie dla jej obywateli i rządów, bądż przyszłego scentralizowanego rządu brukselskiego, któremu już teraz zaczynają rosnąć kły, którymi zdążono się już sprawnie posłużyć np. w kwestii irlandzkiego referendum.

Skoro nawet w najwęższych odcinkach gry dyplomatycznej widać ostrą rywalizację państw europejskich, i to nie na zasadzie Luksemburg versus Belgia a pojedynek dwóch potęg lokalnych, to czego możemy się spodziewać w przyszłości, kiedy integracja według planu (nakazu?) będzie postępować? Tylko totalitaryzm zniweczy różnorodność tradycji, intencji oraz dążeń Starego Kontynentu. Możliwe, że eurokraci już dawno na to wpadli.

Jednak jeśli nie, to czas postawić sprawę jasno. Kończmy tę farsę bo jest ona u gruntu bezsensowna. Farsa polityczna, tak samo jak farsa literacka ma to do siebie, że tworzona bez wyczucia i zbytnio przeciągana zaczyna poważnie frustrować. Prawdopodobnie niebawem Bruksela doczeka się upustu tej frustracji.

2009-05-24

Komuch nierychliwy, ale pamietliwy

Mysle, ze mamy do czynienia z kolejna bitwa jaka funkcjonariusze polskojezycznych mediow wytoczyli niezaleznym blogerom. Celem tej wojny jest narzucenie polskim blogerom warunkow blogowania innych niz w cywilizowanym swiecie. Z jednej strony blogerzy niekrepowani wymaganiami redakcji czy wydawnictw - na otwartym dostepnym dla kazdego polu, z drugiej betonowi funkcjonariusze okopani po zeby na swych łamach niedostepnych dla nikogo z ulicy. Fukcjonariusze boja sie depczacych im po pietach blogerow i sa gotowi zrobic wszystko by odwrocic te sytuacje.
Sytuacja blogosfery w krajach demokratycznych jest odmienna. Nie wystepuja tam aroganccy, zaklamani i ciemni lewaccy funkjonariusze chroniacy zlodziejskich zdobyczy i nienaleznych przywilejow. W zwiazku z tym poglady polityczne blogerow nie sa az tak oddalone od siebie i ten brak skrajnej polaryzacji sprzyja rzeczowej dyskusji, niezaleznie od tego czy oponenci uzywaja nazwisk czy pseudonimow.

Wydawalo sie, ze wraz z postepami cywilizacji lagodnieja stosowane przez komunistow metody. Po wymordowaniu metodami militarnymi najbardziej opornych oponentow komunisci ograniczaja terror do metod policyjno-propagandowych itd itp. Jest to poglad bledny, bolszewickie metody lagodnieja wylacznie wtedy gdy to mozliwe i moga powrocic natychmiast, jezeli tylko czerwone swinie uznaja to za konieczne. Ujawnienie Kataryny to powrot do esbeckich metod, do klimatu lat 70/80, powrot natychmiastowy, tak jakby tamta ohyda dziala sie wczoraj, a nie 30 lat temu. Ciaglosc nie zostala przerwana. Jest to przerazajace kiedy z pozoru zaleczona choroba wybucha po latach nagle i ze stara sila. Tak jak Polpot, ktory dokonal swoich zbrodni kilkadziesiat lat po tym jak kostucha przerwala "dzielo" Stalina.

Nie jest to jedyne skojarzenie z SB. Warto przypomniec stara gre w zlego i dobrego esbeka. Przesluchanie prowadza zly i dobry na zmiane. Zly straszy i grozi, az w koncu delikwent zaufa dobremu esbekowi i zareaguje w pozadany przez nich sposob. Zly esbek w nowym scenariuszu to Michalski i Dziennik. Malo kto zauwazyl, ze w roli dobrego esbeka z niekwestionowanym sukcesem wystapil Janke wraz ze swoim s24. W slad za nim pospieszny ideologiczny zwrot wykonuja Sadurski i Swiechowski.
Po ostatnich wydarzeniach Janke jest powszechnie postrzegany jako obronca Kataryny. Nieomal nikt nie widzi, ze wlasnie Janke wygrywa bitwe w ktorej narzuca blogerom warunki blogowania korzystne dla mainstreamu, skutecznie wprowadza u siebie znany z zamierzchlej bolszewii cenzorski zapis "na czlowieka", bo zapis na okreslony utwor, czy tresc juz nie wystarcza. Nie dalej jak wczoraj Janke usunal wpis Lazacego Lazarza, a zastraszony bloger nie mial odwagi zaprotestowac ani w sb2024, ani w znacznie bardziej niezaleznych blogowiskach w rodzaju blogosfery24, czy niezaleznych.
Janke to funkcjonariusz mainstreamu, zolnierz TokFm, pretendujacy do znaczacej pozycji w ukladowym salonie. Powierzone mu zadanie wykonuje w miare skutecznie.

Wersja raperska dla mlodziezy.


2009-05-20

Cenzura szaleje w sb2024

Nasz staly korespondent z frontu walki ideologicznej - Redaktor Ropniak skarzy sie na cenzure w Salonie24. Wycieto mu komentarz u Skalskiego:



u Olejniczaka:



i kilka innych.

Redaktorze Ropniak, radze wykazac wiecej delikatnosci. Przeciez nawet dzieci wiedza, ze taka aluzja do nagana musiala bolesnie zranic cenzora Epherosa z powodow rodzinnych. Podobnie nie nalezy wypominac red Jankemu wojskowego dziadygi obwieszonego sowieckimi medalami.

Nalezy rowniez pamietac, ze im wiekszy cep tym bardziej wrazliwy na wlasnym punkcie.

.

Z ostatniej chwili

Redaktor Ropniak donosi , ze w 10 minut po opublikowaniu tego wpisu jego konto w Salonie SB2024 zostalo zablokowane, a blog i wszystkie komentarze usuniete. Prawdopodobnie komentarz powyzej trafil celnie i zdenerwowal policje polityczna tegoz salonu. Wyglada na to, ze notki i komentarze ktore byly poprawne politycznie i niekwestionowane przez cenzure az do wczoraj, dzisiaj nagle i nieoczekiwanie utracily te wlasciwosci. Salon1984?

W zwiazku z zaistnialą sytuacją informuje, ze od dzis wszystkie akcje dywersyjne, ideologiczne i wywrotowe w klubokawiarni "sb2024 - u Epherosa" bedzie prowadzil dla Listy Obecnosci tajny agent o pseudonimie "Kiciuś".

10 lat SLD - historia i dziedzictwo

Marek Siwiec na swym blogu słusznie zauważył, że SLD to w rzeczywistości formacja będąca bezpośrednią kontynuacją SdRP. Od siebie dodam więcej. To partia sięgająca korzeniami dużo dalej, anomalia polityczna i sadystyczny żart historii - wrzód, który od tylu lat jątrzy Polskę i nie potrafi uczciwie zdechnąć.

Jeśli spojrzeć wstecz, to rodowód polityczny Sojuszu Lewicy Demokratycznej sięga samych początków tworzenia sowieckiej ekspozytury w Rzeczpospolitej. Stopniowo cofając się od czasów współczesnych w przeszłość, zauważyć możemy delikatną nić ciągłości pomiędzy kolejnymi czerwonymi nowotworami pączkującymi jeden z drugiego na przestrzeni XX wieku. Dostrzec możemy, że owa nić prowadzi bezpośrednio do kłębka jakim w przypadku wszystkich lewackich ruchów na świecie niezmiennie jest Moskwa.

Przenosząc się wstecz od ,,postępowego'' SLD, poprzez ,,nowoczesną'' SdRP, późny i wczesny PZPR, po czym PKWN, a wreszcie obydwa Proletariaty możemy zauważyć, iż pan Siwiec ma słuszność uznając Sojusz za kolejną zmianę makijażu na niezmiennie prostackiej i śmierdzącej, czerwonej facjacie. Oczywiście sam będąc komuchem Marek Siwiec nagromadza więcej eufemizmów w opisie swojej partii. Ja jednak pozwolę sobie zerwać maskę pięknych słówek, by przybliżyć czytelnikom wyżej opisaną bolszewicką japę.

Świętujący 10-lecie istnienia SLD pożyteczni idioci w istocie świętują kolejny etap w istnieniu ruchu komunistycznego w Polsce, występującego tym razem w postaci socjaldemokratycznego przetrwalnika. A mają co świętować. Czerwony nowotwór rozniósł się z życia politycznego na wszystkie dziedziny życia publicznego. Zaczynając od kultury i mediów, kończąc na światopoglądzie szarego obywatela oraz życiu rodzinnym. Wszędzie tam możemy dziś obserwować czerwone przerzuty eseldowskiego i zagranicznego pochodzenia. Ów rak trawi wszystkie te domeny, a szanse na całkowite jego wyplenienia maleją z każdym rokiem. Zaiste jest, co świętować. Wszystko idzie zgodnie z planem.

Nie zmienia tego żałośnie niskie poparcie dla komunistów, które akurat na dziesięciolecie wyniosło 10 procent, o których Siwiec mówi, że to ,,za dużo, by umrzeć, ale i za mało, by żyć''. Należałoby się cieszyć, tym, że lewacki polityk stwierdza iż czerwone truchło chwieje się nad trumną i wystarczy ją ostatni raz kopnąć w czerwoną dupę, a wieko trumny historii zatrzaśnie się nad nią samo. Jednak w rzeczywistości bliska końca jest jedynie stara gwardia, beton, aparatczycy - jakkolwiek ich nazwać. Nawet gdy guz pod tytułem SLD zostanie wycięty, to pozostaną przerzuty w postaci narybku z Krytyki Politycznej, niezwykle płodnych intelektualnie lesbijek i mniej kreatywnych pederastów skupionych w postępowych kręgach, nie wspominając o nawiedzonych ekologach i lewackich organizacjach pacyfistycznych, czy niezawodnym postępowym skrzydle Platformy Obywatelskiej oraz jej bękarcie Stronnictwie Demokratycznym, które mają się do Sojuszu jak rak ma się do AIDS.

Tak więc wspomniany przez Marka Siwca rodowód SLD oraz jego przedłużenie przypomniane przeze mnie to nie jedyna z wątpliwych chlub tej drugiej w historii RP, a na pewno pierwszej antypolskiej partii w Polsce. Kolejną chlubą tej formacji jest wspomniane ogromne dziedzicwo, które z prikazu Polska otrzyma w spadku po ostatecznym zwiędnięciu tej czerwonej poczwary. Świętujcie czerwoni, bo jak każdy rak, wasz komunistyczny nowotwór jest nieśmiertelny i wszystko wskazuje na to, że powoli przejmuje kontrolę nad ciałem Rzeczpospolitej.

2009-05-19

Rosyjska ,,prawda'' historyczna zwycięża

Była korespondentka polskich mediów w Rosji (1990-2004) Krystyna Kurczab-Redlich stwierdziła, iż ,,polska i rosyjska prawda (historyczna) są niekompatybilne''. W czasie, gdy dzięki zabiegom rządu dialog polsko-rosyjski przenosi się na kolejny, do tej pory niewyobrażalny poziom zależności senior-wasal, gdy szala zwycięstwa w walce o uznanie faktów z przeszłości przechyla się powoli na stronę Rosjan, pani Kurczab-Redlich pokazuje, że problem politycznego rozgrywania historii przez Federację Rosyjską jest nadal aktualny.

Ukłony i pląsy nie pomogły. Umizgi Tuska i Sikorskiego spełzły na niczym. Rosjanie nie dość, że nie złagodzili stanowiska w żadnej z istotnych kwestii (poza eksportem mięsa - chwała Ci rządzie PO-PSL), do tego stosując taktykę buta w drzwiach przechodzą do relatywistycznej ofensywy i zakłamują kolejne karty historii Europy. Zastępująca realną politykę dyplomacja uśmiechów zawiodła na całej linii.

Niedawno od rosyjskich historyków dowiedzieliśmy, że w Katyniu co prawda nie zabijały brzozy, a hitlerowcy, lecz na pewno nie czynili tego krasnoarmiejcy oraz enkawudziści, którzy przebywali w katyńskim lesie na wiosnę 40 roku zapewne uczestnicząc w wielkim wyjeździe integracyjnym ze smażeniem kiełbasek i grą w badmintona. O agresji radzieckiej na II Rzeczpospolitą 17 września 1939 roku również kazano nam zapomnieć.

Dziś od byłej polskiej korespondentki dowiadujemy się, że Rosjanie stworzyli specjalną komisję, która zajmie się przeciwdziałaniem próbom fałszowania historii na szkodę interesów Rosji. Jak sama nazwa wskazuje, zadaniem owego tworu będzie dbanie o to, by historia była ustalana zgodnie z interesami Federacji Rosyjskiej. Powstanie swoistego Ministerstwa Prawdy w totalitarnym państwie, którym bez wątpienia jest Rosja postsowiecka, nie powinno dziwić, jednak bierność naszych władz wobec tego zatrważającego zjawiska powinna oburzać opinię publiczną. Nasi demokratyczni przedstawiciele póki co milczą. Zapewne będą milczeć nadal. Rosjanom się nie podskakuje - Od czasów Poznania 56' i Pragi 68' niewiele się zmieniło.

Usystematyzujmy więc nową wersję historii, która dzięki wybitnemu odrętwieniu polskiego aparatu dyplomatycznego może niebawem stać się wersją obowiązującą. Wojna zaczęła się 21 czerwca 1941, wschodnia część bękarta traktatu wersalskiego samoistnie przyłączyła się do ZSRR. Na pochybel faktom. Historia nie jest sumą związków przyczynowo-skutkowych. Jest relatywnym opisem zdarzeń kreowanym przez silniejszego politycznie gracza.

W XXI wieku historię nadal piszą zwycięzcy. Przegrani milczą i mamią swój naród fałszywą suwerennością oraz pozorami realizowania polskiej racji stanu, odsuwając szansę na realne samostanowienie państwa polskiego ad calendas graecas.

2009-05-17

Wstyd własnych korzeni

Zakłamanie środowisk lewicowych przestało mnie już dziwić. Przypadłość ta - o nazwie lewoskrętność - musi się wiązać z jakimś rozdwojeniem jaźni. Osobiście znam kilka osób wykształconych na naukach przyrodniczych, które uważają homoseksualizm za rzecz normalną, odrzucających przy tym tradycyjny model rodziny. Oczywiście zawsze zadaję pytanie, jak można nie dostrzegać pewnych oczywistości. W końcu te wszystkie konserwatywne reguły gry z czegoś muszą wynikać, a mianowicie ze zmagania się człowieka z jednej strony z warunkami środowiska, a z drugiej organizacją coraz to większych społeczności. Tak samo pewien blogger, który powinien być nam wszystkim powszechnie jako tropiciel katoagresji i katofundamentalizmu, znany głosi postulat przymusowej aborcji i takiej samej eutanazji dzieci z zespołem Downa. Brzmi to jak sławetna akcja T4; mamy tutaj do czynienia z kuferkiem nazizmu. Natomiast ów blogger uważa niemiecki narodowy socjalizm za wytwór prawicy. Jak tu nie mówić, że nasi ideologiczni oponenci nie cierpią na rozdwojenie jaźni. Na lewicy istnieje jeszcze jeden ciekawy fenomen. Ma ona mianowicie mentalność nieślubnego dziecka lub owocu mezaliansu. Uparcie twierdzi, iż wypadła sroce spod ogona. Na wszelkie sposoby odcina się od przeszłości...

Najzwyczajniej w świecie lewicowcy wstydzą się pochodzenia swojej ideologii. A przecież żaden system aksjologiczny nie wziął się z powietrza...

Lewica wstydzi się nazizmu. Bardzo skutecznie zadbała, aby był on postrzegany jako twór skrajnie prawicowy. Moim zdaniem lewactwo nie ma tutaj czego się wstydzić. Przecież naziści zalegalizowali aborcję, uważali eutanazję za dopuszczalną, toczyli kampanie antynikotynowe, wprowadzili gospodarkę centralnie sterowaną oraz rozbudowali system opieki społecznej. Wypisz wymaluj współczesny europeizm. Dodam, że jeszcze Adolf H. bardzo chętnie mówił o zjednoczonej Europie i jednej europejskiej walucie. Lewactwo zatem tylko dlatego podrzuca nam to zgniłe jajko, ponieważ nazizm był wymierzony w ich zdaniem nietykalny Herrenvolk, który ma być nawet bardziej inteligentny niż cała reszta gojowskich Untermenschen. A to grzech nie dopuszczalny. Morderca czy gwałciciel jest zbrodniarzem mniejszego kalibru niż osobnik mówiący o "rasie panów" złe rzeczy. Bardzo wstydzili się również swoich korzeni ci naziści, którzy po drugiej wojnie światowej wstąpili do SPD i zaczęli tworzyć partie Zielonych. Również komuniści w NRD byli niejednokrotnie zdumieni, widząc byłych nazistów w aparacie swojego państwa. Jakoś narodowi socjaliści nie mieli żadnego tropizmu do prawicy. W pewnym momencie Hitler wstydził się, iż pomógł generałowi Franco, gdyż widział w otoczeniu caudillo tylko i wyłącznie arystokrację i kler.

Odpychany zaczyna być również od lewicy komunizm. Najwyraźniej wybielanie tego systemu mającego kilkaset milionów ofiar na całym świecie przestaje się udawać. Niejaki Maruti nazwał nawet komunizm czerwonym konserwatyzmem! Lewica obecnie uważa się za wielkich obrońców demokracji. Fakt istnienia systemu monopartyjnego w państwach komunistycznych to ich zdaniem świadectwo prawicowości tego systemu. Tak samo rozumują w przypadku jego surowości obyczajowej. Zapominają, że to są elementy wtórne, które to wynikają z nieprzystawalności systemu do rzeczywistości. Pierwotnie w ZSRR na przykład wolno było absolutnie wszystko z wyjątkiem złego wypowiadania się o władzy. Potem bolszewicy wszelkiego libertynizmu poza aborcją i rozwodami zakazali. Lewicowcy zatem albo nie znają należycie historii swojej własnej formacji, albo po prostu omijają w dyskusjach niewygodne dla nich fakty. Pojawia sie też tutaj pewien paradoks. Za każdym razem, jak lewica doprowadzi do kataklizmu, po pewnym czasie okazuje się to winą prawicy...

Czasami lewacy negują wręcz podział sceny politycznej na prawicę i lewicę. Wprowadzają różnorakie dwuosiowe podziały polityczne celem odseparowania od nich komunizmu. Ten zaliczany jest tam do left-wing authoritarianism, oni siebie widzą w obozie wolnościowych socjalistów. Wówczas przyrównują konserwatystów do komunistów (sic!), że obydwie grupy są autorytarne. Zapominają, że pewne cechy komunizmu nie wzięły się znikąd. Na papierze to był wręcz anarchizm - po zapanowaniu dyktatury proletariatu państwo nie miało być do niczego potrzebne, a wszyscy bardzo dobrze wiemy, jak to wyglądało w praktyce. Z punktu widzenia ideowych założeń komunizm i współczesny socjalizm to byty z jednej bajki. Jeżeli się weźmie praktykę pod uwagę - na przykład montowanie Euro-ZSRR - to rzecz identyczna. Lewactwo wypiera się niczym żaba błota.

Skąd się wziął ichniejszy antyklerykalizm? Oni mówią, że są wykształceni, oświeceni, obnoszą się naukowymi tytułami jak podpułkownikowskimi rangami, zatem jako takim iluminowanym w transcendencję nie wypada wierzyć, a nawet nie można, bo to rzekomo sprzeczne z naukowym widzeniem świata. Kościół zatem to ciemnogród, który należy tępić, to opium dla ludu et cetera. Przyczyna jest jednakże inna, ponieważ - jak zwykle - lewica nie zna dobrze nawet swojej historii. Antyklerykalizm wywodzi się z dziewiętnastowiecznego liberalizmu. Taki na przykład Cavour zasłynął nacjonalizacją majątków kościelnych. Podobne ekscesy zdarzały się wszędzie tam, gdzie do władzy dorwali się liberałowie. Z tego też wziął się antyklerykalizm komunistów, a przy okazji - współczesnej lewicy.

Wiadomo, że lewica to formacja skompromitowana i załgana. Jednakże ichniejszy stopień załgania powoli zaczyna przekraczać wszystkie wyobrażenia...

2009-05-13

Tarcza antyrakietowa jednak powstanie

Stało się. Barack Obama w zderzeniu z realną polityką poszedł po rozum do głowy. Polska The Times poinformowała wczoraj, że prezydent USA ostatecznie zadeklarował, iż tarcza antyrakietowa w Polsce i w Czechach powstanie.

Przedwyborcze obietnice Obamy i marzycielskie zapatrywania jego wyznawców na przyszłą politykę czterdziestego czwartego prezydenta Stanów Zjednoczonych okazały się mrzonkami. Szorstka rzeczywistość i bezdyskusyjne zagrożenie ze strony Iranu oraz islamskich terrorystów działających na terenie innych państw wymusiły na Baracku Obamie zmianę polityki. Na pewno duży udział miały w tym środowiska wojskowe, które jak to zazwyczaj bywa, najtwardziej ze wszystkich stąpają po gruncie i w sposób naturalny mają największe prawo do oceniania kwestii militarnych.

Możliwe, że najwyższy przedstawiciel amerykańskich władz wreszcie sięgnął po raporty specjalistów potwierdzające potrzebę instalacji elementów BMDS (Ballistic Misssle Defense System) w Polsce i Czechach, które będą chronić USA oraz kraje sojusznicze znajdujące się na kontynencie europejskim. Możliwe, że w świetle ostatnich wydarzeń w Pakistanie (pakistańscy Talibowie powoli przejmują tereny wokół elektrowni atomowych Khusab oraz Gadwal), Obama nareszcie zauważył i docenił niebezpieczeństwo nuklearne ze strony islamskiego terroryzmu. Niewykluczone, że prezydent USA został douczony w dziedzinie geopolityki i w końcu usłyszał o panach takich, jak McKinder czy Spykman, którzy to geostratedzy już pół wieku temu tłumaczyli potrzebę amerykańskiej aktywności w Europie, która zabezpieczy Zachód przed atakami z szeroko rozumianego Wschodu a z samych Stanów Zjednoczonych uczyni twierdzę zachodniej cywilizacji nie do zdobycia z morza oraz z powietrza (koncepcje Heartlandu oraz Rimlandu - zainteresowanym polecam wygooglać te pojęcia).

Abstrahując od wpływu przedstawionych wyżej czynników, pieniążki się jednak znalazły i, choć nie tak wartkim strumieniem, jak przewidywano, mimo wszystko popłyną z Waszyngtonu, zasilając budżet projektu tarczy antyrakietowej w Europie. Polacy mogą z tej okazji otworzyć szampana i zasiąść w fotelach w oczekiwaniu na rozbudowę baz amerykańskich w naszym kraju. Mogą z radością spojrzeć na rosnący niepokój Moskwy, której nie udało się do końca zmanipulować czarnego przedstawiciela USA, oraz narastającą nerwowość rosyjskiego lobby w Rzeczpospolitej, której przedstawiciele już teraz próbują wykoncypować nowe drogi do zablokowania projektu. Nie będę wskazywał palcami - dla trzeźwego politycznie obywatela obserwującego ostatnie wydarzenia będzie jasne o kim piszę.

Nieprzekonanych odsyłam do publikacji moich kolegów z Uniwersytetu Jagiellońskiego pt. ,,Wpływ tarczy antyrakietowej na pozycję międzynarodową Polski''. W 600-stronnicowym dziele studenci mojej uczelni prezentują szeroką analizę i wnioski przemawiające za instalacją elementów BMDS w naszym kraju.

Pan Witold Waszczykowski podczas konferencji promocyjnej wspomnianej książki zapytany o korzyści z instalacji elementów tarczy antyrakietowej w Redzikowie, powiedział mi, że dzięki tarczy Polska zyska dodatkowe zabezpieczenie artykułu 5 Paktu Północnoatlantyckiego w rzeczywistości nie gwarantującego jej konkretnej pomocy miliatrnej w razie ataku. Projekt ów, sprawi również, że Polska przestanie być członkiem sojuszu klasy B a jej głos w NATO będzie dużo silniejszy. Rozmowa z byłym przewodniczącym zespołu negocjującego instalację tarczy miała miejsce w trudnym okresie, gdy losy projektu były jeszcze niepewne a przedstawiciele USA w RP, w tym urzędnicy Konsulatu Stanów Zjednoczonych w Krakowie bali się jakichkolwiek deklaracji.

Dziś ten scenariusz się wypełnia i uważam, że pan Waszczykowski, ludzie mający swój udział w doprowadzeniu projektu do finalizacji oraz wszyscy Polacy mogą być zadowoleni. Panie i Panowie, udało się - tarcza antyrakietowa powstanie. Na szczęście. Dla Polski i dla świata.