2009-11-14

Blogoslawione niech bedą wpisy FYMa

Dzieki nim nie trzeba wypisywac dlugich i nudnych wprowadzen w temat. Dzieki nim wystarczy napisac:
FYM z Rolexem niedokladnie i powierzchownie analizują prezentowaną sprawe dochodząc do wniosku, ze: "czerwonych jakoś zaczyna przybywać w Sieci, jakby ktoś guzik specjalny nacisnął przy taśmie produkcyjnej i jakby taśmociąg z klonami sowieckich pionierów ruszył żwawiej, wypuszczając na świat bezmózgowców zdolnych jedynie do powtarzania komunistycznej propagandy"

Otoz wedlug pewnej interesujacej teori (konia z rzedem, pol krolestwa i ksiezniczka osiemnastka dla tego kto zgadnie jaka to teoria, lub skąd wzieta) najwiekszy opor procesom zyciowym stawiają instytucje, zwlaszcza te napedzane obowiazkowymi dotacjami podatnikow. Od momentu powolania do zycia instytucje takie nastawione sa przede wszystkim na wlasne przetrwanie i predzej poleje sie krew na ulicach niz ktos lub cos zmieni ksztalt tych instytucji.

Przyjrzyjmy sie w swietle fragmentow tej teorii Polsce po 1989. Grupa towarzyszy z PZPR zaladowala sie na lodz podwodną i wraz z nimi zniknąl z powierzchni Komitet Centralny i Biuro Polityczne. I tyle bylo zmian w PRLu w owym roku, pozostaly nastawione na wlasne przetrwanie inne instytucje o starej niezmienionej bolszewickiej strukturze: parlament, sądy, policje polityczne, tajne sluzby, ZUS, policja podatkowa - Urzad Skarbowy, Milicja Obywatelska, publikatory czyli prasa, radio, telewizja, PAP, cenzura, a takze partie polityczne po dopuszczeniu do gry uwoli od Michnika.

Wszystkie te instytucje trwaja w swoim starym ksztalcie przez lat 20. Przypuscmy, ze Amerykanie wynalezli nowa bombe neutronową, ktora zabija wylacznie komuchow, nie niszczac niczego innego i prezydent Busch spuscil taką bombe na Polske. Komuchy wyparowaly, ale instytucje pozostaly i aby przetwac rekrutują nowych pracownikow. Instytucje są stare, pamietajace komunizm i strukture mają taką, ze aby przetrwac muszą rekrutowac wsrod pospolitych kanalii, bandytow, mordercow, zlodziei, mafiozow, poldebili, kurew medialnych, zboczencow politycznych, cenzorow, alfonsow, redaktorow naczelnych i oszustow intelektualnych. Tym razem szkoda mi czasu by wymienione kategorie przypasowac do konkretnych osob z klubokawiarni SB2024 (czy tez z III RP), mysle ze wytrwalym czytelnikom ta czynnosc nie sprawi najmniejszego problemu.

Podsumowujac, jezeli dzis mowimy o postkomunie, pobolszewii itd, nie mamy na mysli wylącznie starych komunistow, bylych towarzyszy PZPR, ich dzieci i wnuczkow, ale rowniez cale to wyzej wymienione gówno nie majace nic wspolnego z komunizmem, a zdecydowane dla kariery zapelnic szeregi pracownikow instytucji walczacych o zachowanie swego stalinowskiego lub trockistowskiego ksztaltu.

Drodzy FYMie i Rolexie, nie przybywa czerwonych, przybywa najzwyklejszych kanalii.

2009-11-12

LIPSKI i INNI – PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

L. Tyrmand, napisał kiedyś o peerelowskich intelektualistach, tworzących tzw. „salon" dysydencki, że przefarbowali się na antykomunizm dopiero wtedy, „kiedy nieszkodliwym krzykiem i niezgadzaniem się można już było w Polsce wybornie zarobkować, lepiej niż dotychczasowym służalstwem".

Jest w tym stwierdzeniu zawarty tak wielki ładunek nagiej prawdy, obnażającej hipokryzję współczesnych „elit”, że deliberowanie nad poszczególnymi przypadkami zmian ideologii luminarzy owego „salonu”, zdaje się rzeczą jałową i zbyteczną, zajęciem niegodnym ludzi traktujących serio historię. Nie będziemy bowiem śledzić ewolucji poglądów, a koniunkturalne zmiany postaw - wymuszane decyzjami reżimu komunistycznego. „Materializm dialektyczny nie zna dualizmu środka i celu. – nauczał Lew Trocki - Cel w sposób naturalny wynika z samego historycznego ruchu. Środki są w sposób organiczny podporządkowane celowi. Najbliższy cel staje się środkiem dla celu bardziej odległego”. Tę „zasadę”, ludzie wyrośli z tradycji lewicowej doskonale potrafili zastosować w praktyce.

Jak trafnie zauważył Jacek Bartyzel w eseju – „O fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej apologetyki” - „Ażeby zrozumieć naturę i sens tej opozycji należałoby prześledzić całą (w tym „sekretną”) historię marksizmu i międzynarodowego ruchu komunistycznego, zwłaszcza pod kątem jego głównego wewnętrznego, od końca lat 20., pęknięcia na nurt stalinowski i trockistowski oraz ze szczególnym uwzględnieniem frakcyjnych kłótni i dintojr w obrębie jej „polskiego” (terytorialnie) sektora, od SDKPiL, poprzez KPRP i KPP (nie zapominając o KPZU i KPZB), dalej Centralne Biuro Komunistów Polskich i PPR, aż po PZPR”.

Na to - nie stać żadnego rozsądnego człowieka.

Jeśli nawet kogoś mocno oburza stawianie na jednej płaszczyźnie „poglądów” Michnika, Kuronia czy Lipskiego – nie sposób zaprzeczyć, że wszyscy trzej byli w okresie PRL-u dysydentami, wywodzącymi się z tradycji tzw. lewicy (to termin wielce dyskusyjny) i łatwiej wskazać ich związki z ideologią marksistowską, niż z jakąkolwiek inną. Kto uważa inaczej – niech uniesie trud udowodnienia swoich tez.

Skoro jednak podjąłem się udzielenia odpowiedzi na wpis Pani Teresy Bochwic - Jan Józef Lipski wg Aleksandra Ściosa – głównie ze względu na szacunek wobec osoby Autorki, spróbuję podtrzymać tezę, że działania J.J. Lipskiego nosiły znamiona „kooperacji z władzą komunistyczną– traktowaną nie w kategoriach nieprzyjaciela i śmiertelnego wroga - lecz poprzez pryzmat egalitaryzmu lub wspólnoty interesów” oraz uwiarygodnić twierdzenie, iż ideologia Lipskiego z okresu jego aktywności w Klubie Krzywego Koła znajdowała swoje źródła w „naukach” Lwa Dawidowicza Trockiego. Warto to uczynić tym bardziej, że stopień fałszowania najnowszej historii osiągnął obecnie swoje apogeum i każdy tekst, odsłaniający kulisy komunistyczno-komunistycznej rozgrywki, toczonej przez 50 lat nad głowami Polaków, musi budzić żywe reakcje.

Fragment mojego tekstu, który wzbudził sprzeciw Teresy Bochwic brzmiał następująco:

W przypadku osób takich jak Kuroń, Michnik, Lipski - ale też ludzi pokroju Geremka czy Mazowieckiego mamy do czynienia z dobrowolnym, ( a w jakimś stopniu wspartym ideologicznymi przesłankami) współdziałaniem; z wielowątkową, czasem wynikającą z układów towarzyskich i koneksji rodzinnych kooperacją z władzą komunistyczną – traktowaną nie w kategoriach nieprzyjaciela i śmiertelnego wroga - lecz poprzez pryzmat egalitaryzmu lub wspólnoty interesów. Nie sposób uznać, że chodzi o współpracę agenturalną. To raczej, znacznie wyższy stopień wzajemnych relacji, opartych na więzi, jaka może łączyć schizmatyków z dogmatykami, członków różnych odłamów tej samej doktryny, a czasem ofiary z ich prześladowcami.” Bezpośrednio z tym twierdzeniem, związane było zdanie:

Niezależnie, czy zdefiniujemy te działania jako racjonalne i wyrachowane, czy będziemy w nich widzieć przejaw idealistycznych, „rewizjonistycznych” mrzonek – w niczym nie zmieni to faktu, że w przypadku osób zawłaszczających KOR mieliśmy do czynienia z „opozycją” wewnątrz systemu komunistycznego – nigdy zaś – skierowaną przeciwko temu systemowi”.

Spróbuję odnieść się do zarzutów Pani Bochwic.

„Moje emocje, istotnie wobec Lipskiego pozytywne, bo widziałam jego starania o pomaganie prześladowanym ludziom, jego pracę i wysiłek, jego umiłowanie polskości w książkach krytycznoliterackich, nie mają nic do rzeczy. Czytałam teksty Lipskiego, nie znalazłam w nich NIGDZIE trockizmu ani walki o komunizm.” – pisze Autorka.

O emocjach dyskutować nie zamierzamy. O tym, że „walczył o komunizm” nigdzie nie napisałem – nie czuję się więc w obowiązku odnieść do takiego zarzutu. Pozostaje zatem wskazanie związków Lipskiego z trockizmem.

By to uczynić musimy wpierw zdefiniować – czym był trockizm.

Krótko i dosadnie określił to zjawisko Waldemar Łysiak w „Rzeczpospolitej kłamców”, pisząc, iż „Trockizm to lewacka ideologia-doktryna Żyda L. D. Trockiego (Bronsteina). Trockiści byli tak skrajnie lewicowi, iż zwano ich „lewicą komunizmu". Głosili, za swym prorokiem, „teorię permanentnej rewolucji światowej", wdrażanej przez uzbrojony proletariat”.

Doktryna trockistowska zyskała szerszy rozgłos dzięki V Światowemu Kongresowi IV Międzynarodówki w roku 1957 i opracowanemu tam programowi „rewolucji politycznej IV Międzynarodówki". Słusznie też zauważa Łysiak, że „wszystkie bandyckie organizacje podziemne Europy (włoskie Czerwone Brygady, niemiecka Frakcja Czerwonej Armii, francuska Akcja Bezpośrednia, grupy maoistów, siatka „Szakala" Carlosa, itp.) — wszystkie te zbrodnicze gangi, przez ćwierć wieku zabijające i okaleczające setki „burżuazyjnych świń" — wyrosły z IV Międzynarodówki trockistowskiej.”

Tym mocniej zatrzęsą się z oburzenia moi krytycy, że ośmielam się łączyć łagodnego „socjaldemokratę” Lipskiego z wojującą ideologią komunizmu.

Wystarczy jednak zwrócić uwagę na pewne dominujące cechy trockizmu i związki Lipskiego z ludźmi, którzy jawnie przyznawali się do fascynacji tą komunistyczną schizmą.

Otóż jedna z podstawowych różnic, istniejących między ortodoksyjnym marksizmem, a trockizmem polegała na stosunku do kwestii narodowościowych. I tak - Marks i Engels popierali w XIX w. dążenia narodowowyzwoleńcze Polaków i Węgrów ponieważ, skądinąd słusznie, uważali je za podważające system Świętego Przymierza i carski absolutyzm, a zatem obiektywnie postępowe. Instrumentalne traktowanie kwestii narodowej przez Lenina i Stalina, dobrze opisane w literaturze im poświęconej, jest zarazem mocno osadzone w marksistowskiej tradycji intelektualnej - tej tradycji, której trockiści (odrzucając tylko Stalina) pozostali zasadniczo wierni. Podstawowym dokumentem programowym trockizmu w XX w. był przyjęty w 1938 r. przez IV Międzynarodówkę, tzw. „Program przejściowy”. Jeden z punktów owego programu dotyczył podjęcia kwestii narodowych. Zgodnie z nim „postulaty narodowe można popierać o ile mogą one sprzyjać rewolucji w danym społeczeństwie”. Mogą być wehikułem, na którym dane społeczeństwo dojedzie do etapu rewolucji społecznej - toteż poparcie dla niektórych ruchów narodowo-wyzwoleńczych i żądań mniejszości narodowych jest tu (zgodnie z tradycją intelektualną marksizmu) całkowicie instrumentalne. Ale też właśnie dlatego może być ono nawet bardzo daleko idące - bo hasła narodowe są narzędziem radykalizacji, nie zaś realnym celem politycznym, którego skutki należy brać pod uwagę. Gdy stają się zbyteczne, należy je odrzucić i zdecydowanie zwalczać – szczególnie, gdy mogą prowadzić do nacjonalizmu. Dla Trockiego – „Internacjonalizm nie jest abstrakcyjną zasadą, ale teoretycznym i politycznym odbiciem charakteru światowej gospodarki, światowego rozwoju sił wytwórczych i toczącej się w skali światowej walki klas.”

Drugim bowiem, równie ważnym elementem trockizmu był jednolity, wrogi stosunek wbrew faszyzmu – definiowanego jako skrajny nacjonalizm. Trocki uważał bowiem nazizm za największe zagrożenie na rzecz ruchu robotniczego i w związku z tym nakazywał mu szczególną mobilizację w krajach zagrożonych dojściem do władzy faszystów. Równocześnie podkreślał, iż „kombinat mieszczący się na rzecz przeciwstawienia się faszyzmowi musi być bazujący na partiach lewicowych”.

Gdy czytamy „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy (uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków)” Lipskiego, łatwo dostrzec, że na każdym kroku tej publikacji autor domaga się walki z megalomanią narodową i ksenofobią, które mają stanowić niejako odwieczne przypadłości Polaków, zagrażające budowie przyjaznych stosunków z innymi narodami. Rozwiązanie dostrzega jedno: radykalna rewizja przekonań o własnej przeszłości, przyznanie się do wszystkich zarzucanych win, wyzbycie uprzedzeń. „Strzeżmy się i podejrzliwie patrzmy na każdą nową ofensywę "patriotyzmu" - jeśli jest bezkrytycznym powielaniem ulubionych sloganów megalomanii narodowej.” – pisał Lipski. […]jednym z najistotniejszych zagadnień naszej teraźniejszości i przyszłości jest wyzbycie się megalomanii narodowej i ksenofobii, a przynajmniej ich stępienie do stanu niegroźnego dla dalszych losów narodu polskiego”. Odrzucając „ksenofobię” Polaków posuwał się do tak radykalnych ocen, iż twierdził, że „ w skrajnych przypadkach należymy w zasadzie do różnych ojczyzn”.

Trzeba pamiętać, że te słowa pisał autor w roku 1981, gdy polskie społeczeństwo najmocniej odczuwało więzi narodowe i manifestowało swój patriotyzm. W marcu 1983 r. Lipski mógł już napisać do Jedlickiego: (...) Z nacjonalizmem dzieją się dziwne rzeczy: dominuje dość obskurancki, ale światły też zupełnie mocno się już rozepchnął, a obok tej opozycji pojawiły się inne: np. katolicyzm ludowy i hierarchiczny. Ten ludowy (...) jest bardzo radykalny”.

Nietrudno w tych tekstach dostrzec niechęć do silnej tożsamości narodowej i pamięci o wspólnym doświadczeniu historycznym. Nie trzeba też przypominać, że na tego rodzaju zagrożenia najczęściej zwracali uwagę Kuroń i Michnik. W mojej ocenie, te poglądy są najczystszym przejawem trockizmu, którego twórca twierdził, iż „Burżuazyjny pacyfizm i patriotyzm - to na wskroś oszustwo” i nawoływał do „internacjonalizmu i myślenia w kategoriach szerszych aniżeli jedno państwo, w kategoriach globalnych” oraz powrotu polityki zagranicznej do tradycji internacjonalizmu rewolucyjnego.

To właśnie Trocki w „Programie przejściowym” pisał :

„Nieprzejednane demaskowanie rasowych przesądów i wszystkich rodzajów, wszystkich odcieni narodowej buty i szowinizmu, zwłaszcza antysemityzmu, winno się stać częścią codziennej pracy wszystkich sekcji Czwartej Międzynarodówki, jako najważniejsza praca wychowawcza w walce przeciwko imperializmowi i wojnie”.

Warto zapamiętać te słowa.

I nie sposób przekonywać - jak chce tego Pani Bochwic - jakoby swoje uwagi z roku 1981 Lipski kierował pod adresem „moczarowców”. Pisał je do nas – Polaków zachłyśniętych solidarnością.

W publikacji „Ich moralność, a nasza” Lew Trocki dowodził: „ Trzeba doprawdy skrajnej tępoty intelektualnej i moralnej, by utożsamiać reakcyjno-policyjną moralność stalinizmu z rewolucyjną moralnością bolszewików. Partia Lenina nie istnieje już od dawna: rozbiła się o trudności wewnętrzne i światowy imperializm. Zastąpiła ją stalinowska biurokracja jako mechanizm transmisyjny imperializmu. Biurokracja zastąpiła na arenie światowej walkę klasową - klasową współpracą, internacjonalizm - socjalpatriotyzmem. By przystosować partię rządzącą do zadań reakcji, biurokracja „odnowiła” jej skład poprzez wyniszczenie rewolucjonistów i rekrutację karierowiczów”. W ten sam sposób zdawał się widzieć stalinowską partię komunistyczną Lipski, gdy w kwietniu 1956 roku pisał w „Po prostu” - „Polska wyminęła właśnie niebezpieczeństwo "ukonstytuowania się części aparatu partyjnego i państwowego w nową klasę", która chciała oddzielić się od społeczeństwa łańcuchem przywilejów” .

Byłoby rzeczą niezmiernie ciekawą prześledzić zainteresowania badawcze Lipskiego z lat 50-tych, szczególnie dotyczące antysemityzm okresu międzywojennego. Z nich bowiem zrodziła się praca o ONR "Falanga". "Ciekaw byłem – pisał Lipski - jaki był punkt wyjścia Bolesława Piaseckiego i jego drużyny stanowiącej w latach 50. wciąż znaczną i podstawową część kadry kierowniczej i ideotwórczej stowarzyszenia PAX". Książkę wydano dopiero w roku 1994 r., pod tytułem "Katolickie Państwo Narodu Polskiego". Ideologia ONR Falanga stanowiła - jak twierdził Lipski – „najczystszy destylat faszyzmu w Polsce”. To zainteresowanie i wynikające z niego poglądy Lipskiego, wolno wiązać z podziałami istniejącymi wśród funkcjonariuszy komunistycznych – na „puławian” i „natolińczyków”, które Witold Jedliński scharakteryzował następująco – „Dla Puławian Natolińczycy to "chamy", a dla Natolińczyków Puławianie to "żydy". Z książki Jedlińskiego „Chamy i Żydy” dowiemy się także, iż „Bolesław Piasecki wysłał do władz śledczych memoriał z dnia 12 września 1958 r., oskarżając w nim Klub Krzywego Koła (w którym czynnie udzielał się Lipski) wraz z szeregiem innych grup, działających w kraju i za granicą (m.in. także "Kulturę") o wspólnictwo w porwaniu i zamordowaniu Bohdana Piaseckiego, gdzie domagał się wszczęcia przeciwko wszystkim wymienionym grupom czynności śledczych”. Ten donos świadczy, jak wielkie emocje towarzyszyły pasjom badawczym Lipskiego.

O tym, iż książka Lipskiego o „Falandze” była przedmiotem rozgrywek między dwiema komunistycznymi bandami, możemy z łatwością dowiedzieć się z relacji Jedlińskiego. „W ostatecznym rachunku książka Lipskiego nie zaszkodziła Klubowi. Raczej wprost przeciwnie” – konkluduje autor.

Dochodzimy tu do zasadniczej dla oceny postaci Lipskiego sprawy działalności Klubu Krzywego Koła i bliskich związków bohatera z ideowymi trockistami. Przywołam na początek cytat z panegiryku Magdaleny Grochowskiej, zamieszczonego w „Gazecie Wyborczej” pt. „Jan Józef Lipski, ambasador marzeń”. Czytamy tam m.in.:

„Barbara Toruńczyk, studentka pierwszego roku socjologii, czeka na Jana Józefa w kawiarni Na Rozdrożu. Jesień 1964 r. Karol Modzelewski i Jacek Kuroń napisali właśnie broszurę znaną potem jako "List otwarty do członków PZPR". To nie robotnicy rządzą państwem, tylko komunistyczna biurokracja, stwierdzali; system jest sprzeczny z doktryną marksizmu. Jan Józef ma teraz przekazać kopię "Listu" Barbarze - na przechowanie. Idzie prężnym krokiem; kurtka przypomina harcerską albo powstańczą; siwy, ale twarz młodzieńcza; w ręku niesie zawinięte w papier narcyzy. Szarmancko wręcza je dziewczynie. W papierze ukrył kopię "Listu". Barbara należy do kręgu Adama Michnika, zwanego później grupą komandosów. Czytają archiwalne numery "Po prostu", dyskutują o książkach Kołakowskiego, Róży Luksemburg, Miłosza, Trockiego. Chcą przywrócić swobody Października. Lipski darzy ich przyjaźnią”.

Na marginesie zarzutu Pani Bochwic, iż nie godzi się łączyć warsztatu historyka „z przypisywaniem Lipskiemu poglądów zaczerpniętych ze wspomnień 15,5-letniej w chwili zamknięcia Klubu Krzywego Koła Barbary Toruńczyk” i pytaniem Pani Bochwic – „Czy naprawdę Autor uważa, że można ten pogląd przypisać Lipskiemu? Poglądy młodziutkiej wtedy „komandoski”, ze środowiska przedwojennych komunistów z KPP, przypisać synowi warszawskiej inteligencji, walczącemu w pułku „Baszta” o Polskę powstańcowi warszawskiemu, żołnierzowi AK, owszem, socjaliście? – pozwolę sobie zauważyć, że ta powstańcza karta żołnierza AK została zapisana, gdy szacowny socjalista miał niewiele więcej lat, jak owa „komandoska”. Nigdzie też nie przypisywałem Lipskiemu jakichkolwiek poglądów, na podstawie oświadczeń 15-letniej panny.

Czym natomiast był ów „List otwarty” Kuronia i Modzelewskiego – traktowany w III RP jako heroiczny akt opozycji wobec systemu komunistycznego, można zrozumieć po kilku zdaniach cytatów tego dzieła:

„System biurokratyczny budzi uzasadniony sprzeciw i nienawiść mas: jednocześnie utożsamia się on z socjalizmem, tłumi bez­względnie wszelką lewicową opozycję, a tym samym stwarza ideologii prawicowej warunki do rozprzestrzenia się w masach: ludzie szukają ideowych symboli, które by wyraziły ich sprzeciw wobec systemu wyzysku i dyktatury, a w braku opozycji lewicowej wyrażającej ich istotne interesy, znajdują stare symbole tradycyjnej prawicy. […] Jedyną skuteczną drogą zwalczania tradycyjnej prawicy nie jest zatem obrona dyktatury biurokratycznej, lecz jej konsekwentne zwalczanie i demaskowanie z lewicowych pozycji. Program klasy robotniczej nie posługuje się mglistymi symbolami, lecz realiami społecznymi: w swej krytyce i radykalizmie swych postulatów program ten dystansuje wszelkie frazesy nacjonalistyczne i klerykalne, zwraca się przeciw samej istocie dyktatury biurokratycznej i odpowiada interesom mas.” itd...

Oszczędzę czytelnikom tego bełkotu.

Ważne jest, że ów list był wprost wzorcowym przykładem ideologii trockistowskiej i postulował m.in. oddanie realnej władzy uzbrojonym rzeszom robotników. Ważne jest również, że trockista Kuroń związany był wtedy z „Żydami" czyli „puławianami", którzy „Chamów" - „ natolińczyków " uważali za biurokratyczną burżuazję partyjną skłonną do prawicowości. Ważne jest, że w roku 1957 roku Karol Modzelewski nawiązał kontakt z emisariuszem IV Międzynarodówki i przeprowadził z nim wstępne rozmowy na temat współpracy. Podczas pobytu we Włoszech w latach 1961-1962 Modzelewski spotkał się już bezpośrednio z sekretarzem IV Międzynarodówki, Livio Maitanim i od tego czasu datują się stałe kontakty trockistów z przedstawicielami grupy, która zyskała później miano „komandosów”.

Ważne jest także, ( o czym przypomina Łysiak) że gdy szesnastoletni Adam Michnik zakładał w roku 1962 (dzięki pomocy Lipskiego i pod patronatem członka KC PZPR, A. Schaffa- czołowego ideologa komunizmu) młodzieżowy klub dyskusyjny, mający związek z IV Międzynarodówką Komunistyczną - Kuroń i Modzelewski byli już dawno pełnoletni i należeli do partii, którą kilka lat wcześniej targały rozgrywki międzyfrakcyjne, wzajemna wrogość „Chamów" i „Żydów".

Blisko 40 lat później, Jacek Kuroń w opisie lat 50-tych nadal używał języka bliskiego frazeologii trockistowskiej. W artykule „Jak upadł realny socjalizm”, (Gazeta Wyborcza nr 152 z dnia 1-2 lipca 2000) Kuroń pisał:

W bloku sowieckim demaskowanie terroru przez elity władzy i różne działania modernizacyjne sprawiły, że w społeczeństwie - a także w aktywie partyjnym - gwałtownie nasiliły się żądania poprawy warunków życia i ograniczenia cenzury oraz różne wystąpienia wolnościowe. Stało się tak zwłaszcza w Polsce, gdzie - obok silnej w społeczeństwie tradycji antyhitlerowskiego ruchu oporu - działały kadry przedwojennego ruchu komunistycznego. Ludzie tej formacji mieli szczególne doświadczenie historyczne - KPP została w latach 30. rozbita przez Sowietów, jej działacze trafili do łagrów, a ci, którzy je przeżyli, zachowali pamięć pomordowanych kolegów. Okupacyjny i powojenny ruch komunistyczny - Polską Partię Robotniczą - wytrzebiono w ramach walki z prawicowonacjonalistycznym odchyleniem. W rezultacie w Polsce w połowie lat 50. zrodził się wyjątkowo silny ruch wolnościowy pod przewodnictwem kadr PZPR i ZMP.”

Czy nie należy się zastanowić – jakie to przesłanki sprawiły, iż Jan Józef Lipski „darzył przyjaźnią” młodych „komandosów”, wspierał ich i edukował? Co sprawiło, że ta właśnie grupa ideowych trockistów znalazła się pod opieką Lipskiego?

To, iż później Kuroń, Michnik (a tym bardziej sam Lipski) nie przyznawali się do związków z trockizmem i stroili w szaty socjaldemokratów i liberałów - nie ma najmniejszego znaczenia, wobec wymowy faktów.

Ponieważ tekst odpowiedzi rozrasta się do niebezpiecznie niestrawnych rozmiarów, zakończę na tym część pierwszą, obiecując kontynuować refleksje. Jest to o tyle konieczne, że do omówienia pozostała działalność Lipskiego w Klubie Krzywego Koła – owym „mateczniku” lewicowych dysydentów, powołanym i sterowanym przez partię komunistyczną. Wbrew temu bowiem, co twierdzi Pani Bochwic, nie sposób wykazać żadnych znaczących różnic w funkcjonowaniu tego forum w latach 50-tych. Nigdy też – na przestrzeni blisko 30 lat KKK nie „wymknął” się spod kontroli bezpieki, a jego twórcy i uczestnicy odegrali główne role w spektaklu zwanym „transformacją ustrojową”.

Obiecuję zatem kontynuację rozważań dotyczących J.J. Lipskiego i choć jednoosobowy „byt zbiorowy”, jakim jest Ścios musi poświęcić trochę czasu innym, niż snucie teorii spiskowych zajęciom – powrócę wkrótce do tego ważnego tematu.

Źródła:

Tomasz Szczepański - „Między konspiracją a sektą. Lewackie ugrupowania opozycji politycznej w PRL o mniejszościach narodowych (1980-1989)

http://www.glaukopis.pl/pdf/czytelnia-1-5.pdf

Waldemar Łysiak - Rzeczpospolita kłamców. Salon.

http://www.polonica.net/rzeczpospolita_klamcow_2.htm

J.Kossecki - „Geografia opozycji politycznej w Polsce w latach 1976-1981”.

http://www.marxists.org/polski/trocki/1938/prog_przejsciowy.htm#Przeciwko%20oportunizmowi%20i%20wyzutemu%20z%20zasad%20rewizjonizmowi

http://www.marxists.org/polski/trocki/index.htm

J. J. Lipski, Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy (uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków) [w:] Tunika Nessosa. Szkice o literaturze i nacjonalizmie, Warszawa 1992, s. 139-164.

"Nowe Kryteria", nr 1/2008. -Tomasz Stefanek - Dlaczego polityka historyczna?

http://niniwa2.cba.pl/jan_jozef_ambasador_marzen.htm

Witold Jedlicki - Klub Krzywego Koła, Instytut Literacki, Paryż 1963

Jacek Kuroń, Jak upadł realny socjalizm, Gazeta Wyborcza nr 152 z dnia 1-2 lipca 2000,

Śmiurbany



Wielce zasluzone, dostojne i znamienite grono niezaleznych publicystow, ze wymienie najslynniejszych w porzadku alfabetycznym, z zachowaniem naleznych tytulow: Śmianke, Śmidecka-Śmilinowska, Śmidurski, Śmieski, Śmikalski, Śmiłowicz, Śmirawczyk, Śmireks, Śmirbur i Śmisiecki powiekszylo sie niedawno o odnoszacą olbrzymie sukcesy na pograniczu nauki, biznesu i mediow panią profesor prezes redaktor Marte Śmigrowską.

Wlasnie dla niej Uczennice zdecydowaly sie dodac alternatywny tytul.





PS

Warto przyjrzec sie jak policja polityczna mebluje pokoik Marka D, stamtad w komentarzach link do lejtnanta Śmirawczyka. Tez ciekawe.


Z ostatniej chwili

Redoktor Jangele oswiadczyl wlasnie:
Ale ciagle był to jednocześnie symbol komuny, której niecierpiałem i której spuścizny nie cierpię do dziś we wpisie zatytulowanym "PKiN - symbol postkomunizmu"
Jangele zapewniajacy o o swym wstrecie do komunizmu nie oznacza nic dobrego. Ani chybi nastapia kolejne czystki oraz eksperymenty blogersko-medyczne, wszczepianie czipow, regulaminowe zastosowanie odpowiedzialnosci zbiorowej, albo cos jeszcze gorszego.

Zupelnie nieoczekiwanie redoktor zostal podsumowany przez komuszka, niejakiego mr off, slowami: Homosovieticusy z prowincji maja PKiN za "symbol komunizmu" nie zauwazajac, iz sami sa symbolikami komunizmu na dwoch nozkach.
"Homosovieticus z prowincji" o guru politpoprawnego centrum brzmi nieco obrazliwie, jednak tym razem splynelo po Janke jak po gesi, a pies salonowej cenzury podkulil ogon i pospiesznie zniknal w krzakach.

Najdziwniejsze jest w tym wszystkim to, ze tym razem trudno nie zgodzic sie z offowym komuchem twierdzacym, ze Janke to chodzacy symbol postkomunizmu.

2009-11-11

"Ta, co nie zginęła"

Kraj

Pierwszy raz od 1988 roku 11 listopada będziemy świętować w tak niejasnej sytuacji wewnętrznej i bardzo niekorzystnej - zewnętrznej.
Pierwszy raz świętować będziemy w sytuacji, gdy duża grupa Polaków uważa, że rocznicę obchodzimy jako państwo znów podległe. I nawet nie pociesza ich fakt, że tym razem tą niepodległość (zresztą bardzo, niestety, wątpliwą) przekazaliśmy nie bezpośrednio naszym odwiecznym wrogom, a wyższej, międzynarodowej instytucji; zupełnie dobrowolnie i do tego, ku radości większości społeczeństwa. Niewolę klasyczną zamieniliśmy na typ Huxleyowski - dobrowolne ogłupienie zamiast instytucjonalnej przemocy. Zza radosnych pochodów, chorągiewek i telewizyjnych dekoracji nie widać, że za sznurki pociągają te same, co zawsze łapy, jedna z zachodu, a druga ze wschodu. Pompują nam do środka gaz rozweselający, a nasi, demokratycznie wybrani przedstawiciele opłacają kolejne dostawy. Wbrew temu, czego obawiają się niektórzy moi koledzy z prawicowej blogosferze, nie spodziewam się przemocy, gdy nie będzie ona potrzebna. Nikt nie będzie odbierał nam języka i flagi, z jednego i drugiego pomału rezygnować będziemy sami, już rezygnujemy. Język żyje, wchłania to, co jest mu potrzebne, to proces całkowicie naturalny. A flaga? Noszona na demonstracjach przez komunistów, wymieszana z tęczowymi i unijnymi sztandarami. Zawłaszczana. Obrzydzona i splugawiona, tyle razy traktowana instrumentalnie, czy niesie jeszcze jakiś uniwersalny symbol? Dla wielu osób na pewno, ale warto o to pytać. Zresztą - flaga, język, hymn nawet, mogą sobie być, dziś nie od tego zależy sukces politycznej ekspansji. Uzależnieni od brukselskiej klasy próżniaczej i rosyjskiego gazu możemy sobie mówić po polsku. I przy grillu, i na boisku.

Tak, jak warto pytać o to, co świętujemy. Dziewięćdziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości? Ok, wszystko się zgadza. Ale oto co chwila napotykam na stwierdzenie "90 lat niepodległości". 90 lat? To jak my to liczmy? Czy Polska była niepodległa w latach 39 - 89? Takie np Polskie Radio świętuje ładne, okrągłe rocznice uznając ciągłość historyczną PRL i III RP. Ale zaraz, zaraz... 90 lat niepodległości? To co świętowaliście 4 czerwca? Z tego, co pamiętam, mowa była o odzyskaniu wolności w roku 1989.

Więc może w ogóle nie świętować? To jednak zły pomysł. Choćby bowiem uznać, że jest tak źle, przecież ten dzień symbolizuje fakt, że wcale tak źle być nie musi. W roku 1918 Polska miała elitę zdolną do odbudowania kraju, choć niezdolną do skutecznego utrzymania jego niepodległości. W roku 1989 elita zdolna nie była już do niczego. Może więc po prostu ta, niech wam będzie, wolność, przyszła do nas za wcześnie? Pozwólmy więc elicie najeść się przy brukselskim stole, sami zaś zajmijmy się, korzystając z tego danego nam spokoju, pracą nad sobą. By, gdy wolność znów kiedyś do nas przyjdzie, miał kto ją godnie przywitać.

"Bo wciąż na jawie widzę i co dzień mi się śni, że Ta, co nie zginęła..."

***

najbliższe koncert Spirit of 84:

już dziś, 11 listopada (!), Wołomin, Taaka Ryba (z zespołem M.O.R.O.N.)
koncert charytatywny dla Pawełka, 29 listopada, Warszawa, Dobra Karma (będzie więcej zespołów, szczegóły o koncercie i całej akcji wkrótce)
Another Punk Rock Christmas, 19 grudnia, Warszawa, Radio Luxemburg
informacje na temat płyty i sposobów jej zdobycia
można znaleźć tutaj
zapraszam na nasz profil na myspace

2009-11-10

ODZYSKAĆ KOR.

„Z trzech istniejących grup w KSS-KOR liczą się faktycznie dwie: grupa Michnika, składająca się w większości z osób pochodzenia żydowskiego [„ugodowcy”] i grupa skupiona wokół Macierewicza i Naimskiego, ku którym skłania się J.Kuroń i J.J. Lipski [„radykaliści”]. Zarysował się zatem podział programowo- narodowościowy. Trzeba stwierdzić, że radykalny ruch Macierewicza i Naimskiego zakłada podejmowanie bardziej agresywnych akcji antysocjalistycznych i dlatego może być w przyszłości groźniejszy. Ponieważ nie należy wykluczać rozłamu w KSS-KOR, powinno się już obecnie wytypować i przygotować osobowe źródła informacji z żądaniem wejścia w skład grupy Macierewicza”.
Tego rodzaju informacje zawierał m.in. raport SB z rozmowy Jacka Kuronia ze Stefanem Staszewskim z jesieni 1977 roku. Kuroń pozostający wówczas w sporze z Michnikiem, co do przyszłości KOR konsultował się ze środowiskiem byłych działaczy komunistycznych. Przywódcą tego środowiska był Stefan Staszewski - były sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR, który rozważał przystąpienie do tworzonego przez Kuronia Ruchu Demokratycznego.
Fragment raportu pochodzi z zachowanej w IPN Sprawy Operacyjnego Rozpracowania (SOR) „Gracze” dotyczącej KOR-u i został przywołany w artykule Antoniego Macierewicza – „Jak powstał Komitet Obrony Robotników” zamieszczonym w 38(843) numerze „Gazety Polskiej”.
Temat wart jest szczególnej uwagi, ponieważ 33 lata po powstaniu KOR-u prawda o początkach komitetu nadal jest przedmiotem rozlicznych manipulacji i kłamstw, a w III RP wzrasta kolejne pokolenie historycznych analfabetów przekonane, iż w obronie robotników w 1976 roku występowali ludzie lewicy laickiej, a KOR był dziełem Kuronia i Michnika.
Antoni Macierewicz nie pozostawia miejsca na wątpliwości, gdy dobitnie stwierdza, iż KOR powstał dzięki determinacji i odwadze grupy instruktorów i harcerzy Pierwszej Warszawskiej Drużyny Harcerzy „Czarna Jedynka” oraz przypomina, że zalążki koncepcji powołania komitetu sięgają lipca 1976 roku, gdy wspólnie z Naimskim i Onyszkiewiczem rozważali ten pomysł podczas rozmów w mieszkaniu Jana Olszewskiego. Dziś spośród założycieli komitetu żyją tylko trzy osoby: Piotr Naimski, Antoni Macierewicz i Stanisław Barańczak.
Od końca lat sześćdziesiątych o charakterze i obliczu „Czarnej Jedynki” decydowała grupa instruktorów: Marek Barański, Janusz Kijowski, Wojciech Onyszkiewicz, Piotr Naimski i Antoni Macierewicz. Ich celem było połączenie pracy harcerskiej z długofalowym programem działań na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości. Starali się realizować program ukierunkowany na kształtowanie postaw patriotycznych i obywatelskich, wsparty na wiedzy o najnowszej historii Polski oraz rozeznaniu struktury społeczno-politycznej kraju. Podczas letnich obozów docierano do żołnierzy AK i WiN, zachęcano ich do składania relacji, podejmowano także próby rozpoznania problemów mniejszości narodowych. Z myślą o dorastających harcerzach w 1969 r. stworzono grupę starszoharcerską, rodzaj klubu dyskusyjnego pod nazwą „Gromada Włóczęgów”. W grudniu 1970 r. jej członkowie angażowali się w oddawanie krwi dla robotników Wybrzeża. Wychowanków „Czarnej Jedynki” cechował zdecydowany antykomunizm oraz niechęć do rewizjonizmu i tradycji z nim związanej. Mocno akcentowano potrzebę odzyskania niepodległości i podejmowania działań prospołecznych. Z tych postaw i tradycji wyrosła idea powołania KOR-u.
„Propaganda jednak robi swoje – zauważa Macierewicz w „Gazecie Polskiej”– a liczba członków KOR-u, a nawet założycieli tego komitetu, wzrasta wraz z odległością czasową od czerwca 1976r. Co więcej, okazuje się, że ci, którzy byli rzeczywistymi twórcami Komitetu, są nadal politycznie niepoprawni, a nawet – jak oświadczono w jednym z największych dzienników polskich – „kontrowersyjni”.
Nie ma oczywiście potrzeby omawiania całego artykułu, który – jak sądzę może być zapowiedzią większej publikacji – wspomnień jednego z założycieli KOR-u. Początkowy cytat z raportu SB, koresponduje z zakończeniem tekstu i na ten aspekt działań lewicy chciałbym zwrócić szczególną uwagę. Macierewicz pisze: „ Przez ostatnie 30 lat dorobek KOR próbowało zawłaszczyć środowisko rewizjonistyczne, lewica laicka. KOR miałby być jego legitymacją i przepustką do rządzenia w Polsce. Paradoksalnie, w tym samym kierunku działają środowiska wywodzące się z formacji nacjonal komunistycznych. Chętnie aprobują KOR jako dorobek rewizjonistów, bo to ułatwia deprecjonowanie wszystkiego, co KOR zapoczątkował. Tymczasem prawda o genezie KOR jest zupełnie inna i tylko propagandyści spod znaku IV brygady próbują ją przykroić do swoich doraźnych interesów”.
Nie jest dziś dla nikogo tajemnicą, że komunistyczna policja polityczna przez całe dziesięciolecia powoływała do istnienia, inspirowała i kontrolowała szereg organizacji i inicjatyw opozycyjnych wobec reżimu. Począwszy do sowieckiej operacji „TRUST”, w latach 20-tych i prowokacjach bezpieki związanych z tzw. V komendą WiN, poprzez Klub Krzywego Koła i środowisko „komandosów” – taktykę postępowania wobec przeciwników systemu wyznaczano w kategoriach gier operacyjnych, sterowanych przez policję polityczną. Najczęściej stosowaną metodą, było zastępowanie autentycznej opozycji ludźmi tworzącymi „polityczną alternatywę”, wśród których następnie poszukiwano partnerów do rozmów z władzą. Zapewniało to pełną kontrolę ruchów społecznych i stwarzało pozory działań żywiołowych, oddolnych. O procesie kreowania własnej opozycji pisał Anatolij Golicyn przypominając, że powołani przez KGB i jego filie (SB, Stasi, etc.) dysydenci, powszechnie znani na Zachodzie, mieli tworzyć niekomunistyczne partie lub organizacje opozycyjne w wypadku, gdyby system komunistyczny zaczął się rozpadać. Powołując się na przykład „Praskiej Wiosny”, Golicyn wskazywał na Dubczeka, którego odpowiednikiem w ZSRR miał być Sacharow, w Polsce zaś Wałęsa i jego środowisko doradców. Ponieważ to właśnie służby sowieckie, opanowały do perfekcji gry operacyjne z udziałem własnej agentury, byłoby rzeczą dalece naiwną uważać, że tak rozbudowana kombinacja operacyjna, jaką była polska droga do „okrągłego stołu” mogła zostać przeprowadzona bez udziału tego elementu.
„KOR został przejęty przez lewicę laicką dopiero w końcu lat 70-ych, podobnie zresztą jak w latach 80-tych propaganda lewicy laickiej zawłaszczyła WZZ i „Solidarność”. (…) – mówił przed laty Macierewicz. I dodawał – „Chętnie kiedyś szerzej opowiem historię KOR-u, a zwłaszcza przypomnę publicystykę Głosu z lat 70-ych przestrzegającą przed działaniami lewicy laickiej, która dążyła do oszukania Polaków i układała się od początku z tzw. liberałami w PZPR. Mówiliśmy o tym, pisaliśmy o tym, byliśmy za to brutalnie zwalczani przez lewicę i przez bezpiekę. Nigdy nie przypisywałem KOR-owi ani żadnej innej organizacji nielegalnej lat 70-ych decydującego znaczenia dla przebiegu wydarzeń prowadzących do powstania ‘S’ i odzyskania przez Polskę niepodległości. Nie miałem (i nie mam) bowiem wątpliwości, że czynnikiem rozstrzygającym były działania Kościoła, Jana Pawła II, a wreszcie masowe działania środowisk pracowniczych. Są na to nader liczne dowody moich wypowiedzi ustnych i pisemnych. Co więcej był to jeden z istotnych punktów sporu ze środowiskiem Kuronia. To byli rewizjoniści komunistyczni a dziś „liberałowie”, podkreślali już wówczas elitaryzm, unikali nawiązywania do tradycji narodowych i niepodległościowych, oraz obawiali się jakiejkolwiek bardziej radykalnej aktywności (np. demonstracje, bojkot tzw. wyborów, itd.). Ciążenie do „liberałów” partyjnych oraz dystans wobec polskich aspiracji niepodległościowych to najważniejsze punkty stałych konfliktów.”
Przed kilkoma laty, inny politycznie niepoprawny, a zatem „kontrowersyjny” działacz opozycji – Andrzej Gwiazda zwrócił uwagę na charakterystyczną cechę działań bezpieki, przygotowującej się do „ustrojowej transformacji”. Zauważył bowiem, że w miarę zbliżania się do roku 1980, z raportów współpracowników policji politycznej znikają całkowicie oskarżenia typu : „uważa robotników za ciemną masę”, „lekceważy klasę robotniczą” itp., wskazujące na ideologiczny kontekst inspiracji działań kapusiów. Stało się tak od momentu, gdy plan likwidacji komuny, realizowany przez służby wszystkich krajów bloku sowieckiego zaczął wymagać budowania struktur, które w przyszłości miały zabezpieczyć interesy ubecko-partyjnej nomenklatury. To zaś – radykalnie zmieniło zapotrzebowanie na typ agentów. Zbędni, a nawet szkodliwi stali się agenci gotowi do współpracy w obronie komunizmu. Pożądani natomiast stali się ludzie o przekonaniach antykomunistycznych lub kontestujący dotychczasowy porządek – pod warunkiem, iż gotowi byliby uwierzytelnić swoich dotychczasowych prześladowców, stworzyć im moralne alibi oraz zapewnić bezpieczeństwo i nienaruszalność sfer wpływu.
Gdybyśmy ów wzorzec przyłożyli do oceny postaw szeregu postaci lewicy laickiej, mieniącej się „opozycją demokratyczną” łatwiej byłoby zrozumieć pragmatyzm przemian dotychczasowych piewców trockizmu - w obrońców robotników, ateistów – w przyjaciół Kościoła, a żarliwych internacjonalistów – w etosowych patriotów.
Analizując wypowiedzi i zachowania dwóch głównych bohaterów „demokratycznej opozycji” - Kuronia i Michnika, można dojść do wniosku, że ewolucja ich poglądów, a nade wszystko zasób środków, jakimi się posługiwali był zawsze adekwatny do aktualnych nastrojów i oczekiwań społecznych, a celem tych działań stało się zawłaszczenie naturalnych procesów sprzeciwu społecznego i doprowadzenie do porozumienia z komunistami. Ten cel został wyznaczony w ramach strategii „permanentnej rewolucji”, zmodyfikowanej przez doktrynę, która odtąd dopuszczała „kontrolowaną rewolucję” i ruchy dysydenckie - jako zjawisko służące poddaniu autentycznych sprzeciwów społecznych nadzorowi partii komunistycznej. Rolę łącznika - pomiędzy społeczeństwem, a partią powierzono sprawnym, gotowym na wyrzeczenia i działanie w trudnych warunkach – „komandosom”.
W tym kontekście, warto przytoczyć fragment instrukcji (przygotowanej przez bezpiekę), z którą 17 września 1976 roku ( a więc na tydzień przed oficjalnym powołaniem KOR-u) zapoznano rektorów i I sekretarzy komitetów uczelnianych ośmiu największych polskich uczelni. Przytacza ją Łukasz Kamiński w nr.2 (4) 2003 pisma „Pamięć i Sprawiedliwość”, w publikacji zatytułowanej „Władza wobec opozycji 1976-1989”. Ten opracowany przez komunistów program przeciwstawiania się działalności opozycyjnej na poszczególnych uczelniach, był z powodzeniem stosowany również w przypadku zawłaszczania innych, naturalnych ruchów społecznych. W instrukcji czytamy m.in.:
„Podstawową zasadą działania jest stworzenie politycznej alternatywy dla grup organizujących opozycyjną działalność w samym środowisku studentów i młodej kadry. Oznacza to czynne uruchomienie grup aktywu, które podejmą walkę polityczną środkami i formami zbliżonymi do form i metod ataku przeciwnika. Chodzi o to, aby walka polityczna toczyła się nie między grupą opozycyjnà a władzą a między dwoma grupami przeciwstawnymi, z których zaangażowana po naszej stronie ma przewagę w operatywności, środkach technicznych, informacji i pomocy merytorycznej ze strony doświadczonego aktywu”.
Proces ten jest wyjątkowo rozpoznawalny, w przypadku zawłaszczenia tradycji KOR-u przez ludzi lewicy laickiej. W cytowanym na początku raporcie SB wyraźnie podkreśla się podział KOR-u na „ugodowców” i „radykałów” – postulując jednocześnie wsparcie działań rozłamowych, poprzez uaktywnienie agentury i ulokowanie jej w „grupie Macierewicza”.
Byłoby jednak poważnym i rażącym nadużyciem twierdzenie, iż w przypadku działalności Kuronia czy Michnika mamy do czynienia z aktywnością agenturalną. Żadnego z nich (podobnie jak wielu innych, czołowych postaci tzw. opozycji demokratycznej) nie wolno zaliczać do agentów komunistycznej bezpieki. Tego rodzaju klasyfikacja świadczy o niezrozumieniu istoty działań agenturalnych, opartych na zasadach pracy operacyjnej i relacjach zawisłości funkcjonariusz – donosiciel. Warto pamiętać, że agentura nigdy nie była celem samym w sobie, a zawsze służyła jakimś celom szerszym. Ale też - nie da się zrozumieć historii państwa policyjnego – jakim było PRL, nie uwzględniając zagadnienia agentury. Z drugiej strony - ograniczając badanie historii do spraw agentury, niewiele zrozumiemy z istoty procesów historycznych. Dla rzetelnego historyka, każdy przypadek działalności agenturalnej powinien być rozpatrywany indywidualnie i to na szerszym tle dziejów. Dlatego w zakresie współpracy agenturalnej znajdziemy przykłady każdego typu postaw – od spektakularnych podłości po ludzi, którzy zachowali się heroicznie, od takich, którzy nic nie ryzykując, ześwinili się całkowicie, po osoby, które ryzykując wiele, przechytrzyły bezpiekę.
W przypadku osób takich jak Kuroń, Michnik, Lipski - ale też ludzi pokroju Geremka czy Mazowieckiego mamy do czynienia z dobrowolnym, ( a w jakimś stopniu wspartym ideologicznymi przesłankami) współdziałaniem; z wielowątkową, czasem wynikającą z układów towarzyskich i koneksji rodzinnych kooperacją z władzą komunistyczną – traktowaną nie w kategoriach nieprzyjaciela i śmiertelnego wroga - lecz poprzez pryzmat egalitaryzmu lub wspólnoty interesów. Nie sposób uznać, że chodzi o współpracę agenturalną. To raczej, znacznie wyższy stopień wzajemnych relacji, opartych na więzi, jaka może łączyć schizmatyków z dogmatykami, członków różnych odłamów tej samej doktryny, a czasem ofiary z ich prześladowcami. Przed trzema laty gen. Czesław Kiszczak w wywiadzie dla Piotra Gursztyna („Nie ukrywał rozmów z SB”, Dziennik, 30 sierpnia 2006r.) zdobył się na zadziwiająco szczere wyznanie, mówiąc - „Mogę powiedzieć tylko, że Jacek Kuroń był porządnym człowiekiem”. Może w tej opinii - wypowiedzianej przez człowieka, na którym spoczywa odpowiedzialność za liczne zbrodnie komunistycznego reżimu, zawiera się najgłębsza prawda o „opozycyjności” ludzi takich jak Jacek Kuroń.
Niezależnie, czy zdefiniujemy te działania jako racjonalne i wyrachowane, czy będziemy w nich widzieć przejaw idealistycznych, „rewizjonistycznych” mrzonek – w niczym nie zmieni to faktu, że w przypadku osób zawłaszczających KOR mieliśmy do czynienia z „opozycją” wewnątrz systemu komunistycznego – nigdy zaś – skierowaną przeciwko temu systemowi.
To podstawowa różnica, świadcząca o tym, jak dalece zamysły twórców komitetu zostały przeobrażone przez ludzi lewicy laickiej. Macierewicz wspomina, że w 1981 roku Henryk Wujec mówił do robotników płockich: „Inicjatorem pomocy dla robotników, nie tylko Warszawy, ale i w Radomiu był Antoni Macierewicz. Jacek Kuroń napisał list do przewodniczącego Włoskiej Partii Komunistycznej Berlinguera, żeby zachodnie partie komunistyczne zaprotestowały przeciwko więzieniu robotników”.
Zestawienie to doskonale pokazuje – w jaki sposób środowiska niepodległościowe rozumiały pomoc dla prześladowanych, co zaś - stanowiło priorytet dla działalności lewicy.
Ów dysonans – wynikający ze stosunku wobec reżimu, ale też z odmiennie pojmowanych form sprzeciwu, zaważył na tym, jak dziś postrzegamy działalność KOR-u, jakie osoby i czyje tradycje są z nim kojarzone. Po 33 latach od powstania komitetu ta fałszywa, ahistoryczna perspektywa, będzie smutnym dowodem zwycięstwa esbeckich strategów, dla których KOR miał być jedynie narzędziem legalizacji środowisk lewicowych i wehikułem, na którym schizmatyczni „rewizjoniści” dotrą do robotników – tylko po to, by na ich sprzeciwie zbudować państwo Kiszczaka i Michnika.