2009-11-12

LIPSKI i INNI – PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

L. Tyrmand, napisał kiedyś o peerelowskich intelektualistach, tworzących tzw. „salon" dysydencki, że przefarbowali się na antykomunizm dopiero wtedy, „kiedy nieszkodliwym krzykiem i niezgadzaniem się można już było w Polsce wybornie zarobkować, lepiej niż dotychczasowym służalstwem".

Jest w tym stwierdzeniu zawarty tak wielki ładunek nagiej prawdy, obnażającej hipokryzję współczesnych „elit”, że deliberowanie nad poszczególnymi przypadkami zmian ideologii luminarzy owego „salonu”, zdaje się rzeczą jałową i zbyteczną, zajęciem niegodnym ludzi traktujących serio historię. Nie będziemy bowiem śledzić ewolucji poglądów, a koniunkturalne zmiany postaw - wymuszane decyzjami reżimu komunistycznego. „Materializm dialektyczny nie zna dualizmu środka i celu. – nauczał Lew Trocki - Cel w sposób naturalny wynika z samego historycznego ruchu. Środki są w sposób organiczny podporządkowane celowi. Najbliższy cel staje się środkiem dla celu bardziej odległego”. Tę „zasadę”, ludzie wyrośli z tradycji lewicowej doskonale potrafili zastosować w praktyce.

Jak trafnie zauważył Jacek Bartyzel w eseju – „O fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej apologetyki” - „Ażeby zrozumieć naturę i sens tej opozycji należałoby prześledzić całą (w tym „sekretną”) historię marksizmu i międzynarodowego ruchu komunistycznego, zwłaszcza pod kątem jego głównego wewnętrznego, od końca lat 20., pęknięcia na nurt stalinowski i trockistowski oraz ze szczególnym uwzględnieniem frakcyjnych kłótni i dintojr w obrębie jej „polskiego” (terytorialnie) sektora, od SDKPiL, poprzez KPRP i KPP (nie zapominając o KPZU i KPZB), dalej Centralne Biuro Komunistów Polskich i PPR, aż po PZPR”.

Na to - nie stać żadnego rozsądnego człowieka.

Jeśli nawet kogoś mocno oburza stawianie na jednej płaszczyźnie „poglądów” Michnika, Kuronia czy Lipskiego – nie sposób zaprzeczyć, że wszyscy trzej byli w okresie PRL-u dysydentami, wywodzącymi się z tradycji tzw. lewicy (to termin wielce dyskusyjny) i łatwiej wskazać ich związki z ideologią marksistowską, niż z jakąkolwiek inną. Kto uważa inaczej – niech uniesie trud udowodnienia swoich tez.

Skoro jednak podjąłem się udzielenia odpowiedzi na wpis Pani Teresy Bochwic - Jan Józef Lipski wg Aleksandra Ściosa – głównie ze względu na szacunek wobec osoby Autorki, spróbuję podtrzymać tezę, że działania J.J. Lipskiego nosiły znamiona „kooperacji z władzą komunistyczną– traktowaną nie w kategoriach nieprzyjaciela i śmiertelnego wroga - lecz poprzez pryzmat egalitaryzmu lub wspólnoty interesów” oraz uwiarygodnić twierdzenie, iż ideologia Lipskiego z okresu jego aktywności w Klubie Krzywego Koła znajdowała swoje źródła w „naukach” Lwa Dawidowicza Trockiego. Warto to uczynić tym bardziej, że stopień fałszowania najnowszej historii osiągnął obecnie swoje apogeum i każdy tekst, odsłaniający kulisy komunistyczno-komunistycznej rozgrywki, toczonej przez 50 lat nad głowami Polaków, musi budzić żywe reakcje.

Fragment mojego tekstu, który wzbudził sprzeciw Teresy Bochwic brzmiał następująco:

W przypadku osób takich jak Kuroń, Michnik, Lipski - ale też ludzi pokroju Geremka czy Mazowieckiego mamy do czynienia z dobrowolnym, ( a w jakimś stopniu wspartym ideologicznymi przesłankami) współdziałaniem; z wielowątkową, czasem wynikającą z układów towarzyskich i koneksji rodzinnych kooperacją z władzą komunistyczną – traktowaną nie w kategoriach nieprzyjaciela i śmiertelnego wroga - lecz poprzez pryzmat egalitaryzmu lub wspólnoty interesów. Nie sposób uznać, że chodzi o współpracę agenturalną. To raczej, znacznie wyższy stopień wzajemnych relacji, opartych na więzi, jaka może łączyć schizmatyków z dogmatykami, członków różnych odłamów tej samej doktryny, a czasem ofiary z ich prześladowcami.” Bezpośrednio z tym twierdzeniem, związane było zdanie:

Niezależnie, czy zdefiniujemy te działania jako racjonalne i wyrachowane, czy będziemy w nich widzieć przejaw idealistycznych, „rewizjonistycznych” mrzonek – w niczym nie zmieni to faktu, że w przypadku osób zawłaszczających KOR mieliśmy do czynienia z „opozycją” wewnątrz systemu komunistycznego – nigdy zaś – skierowaną przeciwko temu systemowi”.

Spróbuję odnieść się do zarzutów Pani Bochwic.

„Moje emocje, istotnie wobec Lipskiego pozytywne, bo widziałam jego starania o pomaganie prześladowanym ludziom, jego pracę i wysiłek, jego umiłowanie polskości w książkach krytycznoliterackich, nie mają nic do rzeczy. Czytałam teksty Lipskiego, nie znalazłam w nich NIGDZIE trockizmu ani walki o komunizm.” – pisze Autorka.

O emocjach dyskutować nie zamierzamy. O tym, że „walczył o komunizm” nigdzie nie napisałem – nie czuję się więc w obowiązku odnieść do takiego zarzutu. Pozostaje zatem wskazanie związków Lipskiego z trockizmem.

By to uczynić musimy wpierw zdefiniować – czym był trockizm.

Krótko i dosadnie określił to zjawisko Waldemar Łysiak w „Rzeczpospolitej kłamców”, pisząc, iż „Trockizm to lewacka ideologia-doktryna Żyda L. D. Trockiego (Bronsteina). Trockiści byli tak skrajnie lewicowi, iż zwano ich „lewicą komunizmu". Głosili, za swym prorokiem, „teorię permanentnej rewolucji światowej", wdrażanej przez uzbrojony proletariat”.

Doktryna trockistowska zyskała szerszy rozgłos dzięki V Światowemu Kongresowi IV Międzynarodówki w roku 1957 i opracowanemu tam programowi „rewolucji politycznej IV Międzynarodówki". Słusznie też zauważa Łysiak, że „wszystkie bandyckie organizacje podziemne Europy (włoskie Czerwone Brygady, niemiecka Frakcja Czerwonej Armii, francuska Akcja Bezpośrednia, grupy maoistów, siatka „Szakala" Carlosa, itp.) — wszystkie te zbrodnicze gangi, przez ćwierć wieku zabijające i okaleczające setki „burżuazyjnych świń" — wyrosły z IV Międzynarodówki trockistowskiej.”

Tym mocniej zatrzęsą się z oburzenia moi krytycy, że ośmielam się łączyć łagodnego „socjaldemokratę” Lipskiego z wojującą ideologią komunizmu.

Wystarczy jednak zwrócić uwagę na pewne dominujące cechy trockizmu i związki Lipskiego z ludźmi, którzy jawnie przyznawali się do fascynacji tą komunistyczną schizmą.

Otóż jedna z podstawowych różnic, istniejących między ortodoksyjnym marksizmem, a trockizmem polegała na stosunku do kwestii narodowościowych. I tak - Marks i Engels popierali w XIX w. dążenia narodowowyzwoleńcze Polaków i Węgrów ponieważ, skądinąd słusznie, uważali je za podważające system Świętego Przymierza i carski absolutyzm, a zatem obiektywnie postępowe. Instrumentalne traktowanie kwestii narodowej przez Lenina i Stalina, dobrze opisane w literaturze im poświęconej, jest zarazem mocno osadzone w marksistowskiej tradycji intelektualnej - tej tradycji, której trockiści (odrzucając tylko Stalina) pozostali zasadniczo wierni. Podstawowym dokumentem programowym trockizmu w XX w. był przyjęty w 1938 r. przez IV Międzynarodówkę, tzw. „Program przejściowy”. Jeden z punktów owego programu dotyczył podjęcia kwestii narodowych. Zgodnie z nim „postulaty narodowe można popierać o ile mogą one sprzyjać rewolucji w danym społeczeństwie”. Mogą być wehikułem, na którym dane społeczeństwo dojedzie do etapu rewolucji społecznej - toteż poparcie dla niektórych ruchów narodowo-wyzwoleńczych i żądań mniejszości narodowych jest tu (zgodnie z tradycją intelektualną marksizmu) całkowicie instrumentalne. Ale też właśnie dlatego może być ono nawet bardzo daleko idące - bo hasła narodowe są narzędziem radykalizacji, nie zaś realnym celem politycznym, którego skutki należy brać pod uwagę. Gdy stają się zbyteczne, należy je odrzucić i zdecydowanie zwalczać – szczególnie, gdy mogą prowadzić do nacjonalizmu. Dla Trockiego – „Internacjonalizm nie jest abstrakcyjną zasadą, ale teoretycznym i politycznym odbiciem charakteru światowej gospodarki, światowego rozwoju sił wytwórczych i toczącej się w skali światowej walki klas.”

Drugim bowiem, równie ważnym elementem trockizmu był jednolity, wrogi stosunek wbrew faszyzmu – definiowanego jako skrajny nacjonalizm. Trocki uważał bowiem nazizm za największe zagrożenie na rzecz ruchu robotniczego i w związku z tym nakazywał mu szczególną mobilizację w krajach zagrożonych dojściem do władzy faszystów. Równocześnie podkreślał, iż „kombinat mieszczący się na rzecz przeciwstawienia się faszyzmowi musi być bazujący na partiach lewicowych”.

Gdy czytamy „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy (uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków)” Lipskiego, łatwo dostrzec, że na każdym kroku tej publikacji autor domaga się walki z megalomanią narodową i ksenofobią, które mają stanowić niejako odwieczne przypadłości Polaków, zagrażające budowie przyjaznych stosunków z innymi narodami. Rozwiązanie dostrzega jedno: radykalna rewizja przekonań o własnej przeszłości, przyznanie się do wszystkich zarzucanych win, wyzbycie uprzedzeń. „Strzeżmy się i podejrzliwie patrzmy na każdą nową ofensywę "patriotyzmu" - jeśli jest bezkrytycznym powielaniem ulubionych sloganów megalomanii narodowej.” – pisał Lipski. […]jednym z najistotniejszych zagadnień naszej teraźniejszości i przyszłości jest wyzbycie się megalomanii narodowej i ksenofobii, a przynajmniej ich stępienie do stanu niegroźnego dla dalszych losów narodu polskiego”. Odrzucając „ksenofobię” Polaków posuwał się do tak radykalnych ocen, iż twierdził, że „ w skrajnych przypadkach należymy w zasadzie do różnych ojczyzn”.

Trzeba pamiętać, że te słowa pisał autor w roku 1981, gdy polskie społeczeństwo najmocniej odczuwało więzi narodowe i manifestowało swój patriotyzm. W marcu 1983 r. Lipski mógł już napisać do Jedlickiego: (...) Z nacjonalizmem dzieją się dziwne rzeczy: dominuje dość obskurancki, ale światły też zupełnie mocno się już rozepchnął, a obok tej opozycji pojawiły się inne: np. katolicyzm ludowy i hierarchiczny. Ten ludowy (...) jest bardzo radykalny”.

Nietrudno w tych tekstach dostrzec niechęć do silnej tożsamości narodowej i pamięci o wspólnym doświadczeniu historycznym. Nie trzeba też przypominać, że na tego rodzaju zagrożenia najczęściej zwracali uwagę Kuroń i Michnik. W mojej ocenie, te poglądy są najczystszym przejawem trockizmu, którego twórca twierdził, iż „Burżuazyjny pacyfizm i patriotyzm - to na wskroś oszustwo” i nawoływał do „internacjonalizmu i myślenia w kategoriach szerszych aniżeli jedno państwo, w kategoriach globalnych” oraz powrotu polityki zagranicznej do tradycji internacjonalizmu rewolucyjnego.

To właśnie Trocki w „Programie przejściowym” pisał :

„Nieprzejednane demaskowanie rasowych przesądów i wszystkich rodzajów, wszystkich odcieni narodowej buty i szowinizmu, zwłaszcza antysemityzmu, winno się stać częścią codziennej pracy wszystkich sekcji Czwartej Międzynarodówki, jako najważniejsza praca wychowawcza w walce przeciwko imperializmowi i wojnie”.

Warto zapamiętać te słowa.

I nie sposób przekonywać - jak chce tego Pani Bochwic - jakoby swoje uwagi z roku 1981 Lipski kierował pod adresem „moczarowców”. Pisał je do nas – Polaków zachłyśniętych solidarnością.

W publikacji „Ich moralność, a nasza” Lew Trocki dowodził: „ Trzeba doprawdy skrajnej tępoty intelektualnej i moralnej, by utożsamiać reakcyjno-policyjną moralność stalinizmu z rewolucyjną moralnością bolszewików. Partia Lenina nie istnieje już od dawna: rozbiła się o trudności wewnętrzne i światowy imperializm. Zastąpiła ją stalinowska biurokracja jako mechanizm transmisyjny imperializmu. Biurokracja zastąpiła na arenie światowej walkę klasową - klasową współpracą, internacjonalizm - socjalpatriotyzmem. By przystosować partię rządzącą do zadań reakcji, biurokracja „odnowiła” jej skład poprzez wyniszczenie rewolucjonistów i rekrutację karierowiczów”. W ten sam sposób zdawał się widzieć stalinowską partię komunistyczną Lipski, gdy w kwietniu 1956 roku pisał w „Po prostu” - „Polska wyminęła właśnie niebezpieczeństwo "ukonstytuowania się części aparatu partyjnego i państwowego w nową klasę", która chciała oddzielić się od społeczeństwa łańcuchem przywilejów” .

Byłoby rzeczą niezmiernie ciekawą prześledzić zainteresowania badawcze Lipskiego z lat 50-tych, szczególnie dotyczące antysemityzm okresu międzywojennego. Z nich bowiem zrodziła się praca o ONR "Falanga". "Ciekaw byłem – pisał Lipski - jaki był punkt wyjścia Bolesława Piaseckiego i jego drużyny stanowiącej w latach 50. wciąż znaczną i podstawową część kadry kierowniczej i ideotwórczej stowarzyszenia PAX". Książkę wydano dopiero w roku 1994 r., pod tytułem "Katolickie Państwo Narodu Polskiego". Ideologia ONR Falanga stanowiła - jak twierdził Lipski – „najczystszy destylat faszyzmu w Polsce”. To zainteresowanie i wynikające z niego poglądy Lipskiego, wolno wiązać z podziałami istniejącymi wśród funkcjonariuszy komunistycznych – na „puławian” i „natolińczyków”, które Witold Jedliński scharakteryzował następująco – „Dla Puławian Natolińczycy to "chamy", a dla Natolińczyków Puławianie to "żydy". Z książki Jedlińskiego „Chamy i Żydy” dowiemy się także, iż „Bolesław Piasecki wysłał do władz śledczych memoriał z dnia 12 września 1958 r., oskarżając w nim Klub Krzywego Koła (w którym czynnie udzielał się Lipski) wraz z szeregiem innych grup, działających w kraju i za granicą (m.in. także "Kulturę") o wspólnictwo w porwaniu i zamordowaniu Bohdana Piaseckiego, gdzie domagał się wszczęcia przeciwko wszystkim wymienionym grupom czynności śledczych”. Ten donos świadczy, jak wielkie emocje towarzyszyły pasjom badawczym Lipskiego.

O tym, iż książka Lipskiego o „Falandze” była przedmiotem rozgrywek między dwiema komunistycznymi bandami, możemy z łatwością dowiedzieć się z relacji Jedlińskiego. „W ostatecznym rachunku książka Lipskiego nie zaszkodziła Klubowi. Raczej wprost przeciwnie” – konkluduje autor.

Dochodzimy tu do zasadniczej dla oceny postaci Lipskiego sprawy działalności Klubu Krzywego Koła i bliskich związków bohatera z ideowymi trockistami. Przywołam na początek cytat z panegiryku Magdaleny Grochowskiej, zamieszczonego w „Gazecie Wyborczej” pt. „Jan Józef Lipski, ambasador marzeń”. Czytamy tam m.in.:

„Barbara Toruńczyk, studentka pierwszego roku socjologii, czeka na Jana Józefa w kawiarni Na Rozdrożu. Jesień 1964 r. Karol Modzelewski i Jacek Kuroń napisali właśnie broszurę znaną potem jako "List otwarty do członków PZPR". To nie robotnicy rządzą państwem, tylko komunistyczna biurokracja, stwierdzali; system jest sprzeczny z doktryną marksizmu. Jan Józef ma teraz przekazać kopię "Listu" Barbarze - na przechowanie. Idzie prężnym krokiem; kurtka przypomina harcerską albo powstańczą; siwy, ale twarz młodzieńcza; w ręku niesie zawinięte w papier narcyzy. Szarmancko wręcza je dziewczynie. W papierze ukrył kopię "Listu". Barbara należy do kręgu Adama Michnika, zwanego później grupą komandosów. Czytają archiwalne numery "Po prostu", dyskutują o książkach Kołakowskiego, Róży Luksemburg, Miłosza, Trockiego. Chcą przywrócić swobody Października. Lipski darzy ich przyjaźnią”.

Na marginesie zarzutu Pani Bochwic, iż nie godzi się łączyć warsztatu historyka „z przypisywaniem Lipskiemu poglądów zaczerpniętych ze wspomnień 15,5-letniej w chwili zamknięcia Klubu Krzywego Koła Barbary Toruńczyk” i pytaniem Pani Bochwic – „Czy naprawdę Autor uważa, że można ten pogląd przypisać Lipskiemu? Poglądy młodziutkiej wtedy „komandoski”, ze środowiska przedwojennych komunistów z KPP, przypisać synowi warszawskiej inteligencji, walczącemu w pułku „Baszta” o Polskę powstańcowi warszawskiemu, żołnierzowi AK, owszem, socjaliście? – pozwolę sobie zauważyć, że ta powstańcza karta żołnierza AK została zapisana, gdy szacowny socjalista miał niewiele więcej lat, jak owa „komandoska”. Nigdzie też nie przypisywałem Lipskiemu jakichkolwiek poglądów, na podstawie oświadczeń 15-letniej panny.

Czym natomiast był ów „List otwarty” Kuronia i Modzelewskiego – traktowany w III RP jako heroiczny akt opozycji wobec systemu komunistycznego, można zrozumieć po kilku zdaniach cytatów tego dzieła:

„System biurokratyczny budzi uzasadniony sprzeciw i nienawiść mas: jednocześnie utożsamia się on z socjalizmem, tłumi bez­względnie wszelką lewicową opozycję, a tym samym stwarza ideologii prawicowej warunki do rozprzestrzenia się w masach: ludzie szukają ideowych symboli, które by wyraziły ich sprzeciw wobec systemu wyzysku i dyktatury, a w braku opozycji lewicowej wyrażającej ich istotne interesy, znajdują stare symbole tradycyjnej prawicy. […] Jedyną skuteczną drogą zwalczania tradycyjnej prawicy nie jest zatem obrona dyktatury biurokratycznej, lecz jej konsekwentne zwalczanie i demaskowanie z lewicowych pozycji. Program klasy robotniczej nie posługuje się mglistymi symbolami, lecz realiami społecznymi: w swej krytyce i radykalizmie swych postulatów program ten dystansuje wszelkie frazesy nacjonalistyczne i klerykalne, zwraca się przeciw samej istocie dyktatury biurokratycznej i odpowiada interesom mas.” itd...

Oszczędzę czytelnikom tego bełkotu.

Ważne jest, że ów list był wprost wzorcowym przykładem ideologii trockistowskiej i postulował m.in. oddanie realnej władzy uzbrojonym rzeszom robotników. Ważne jest również, że trockista Kuroń związany był wtedy z „Żydami" czyli „puławianami", którzy „Chamów" - „ natolińczyków " uważali za biurokratyczną burżuazję partyjną skłonną do prawicowości. Ważne jest, że w roku 1957 roku Karol Modzelewski nawiązał kontakt z emisariuszem IV Międzynarodówki i przeprowadził z nim wstępne rozmowy na temat współpracy. Podczas pobytu we Włoszech w latach 1961-1962 Modzelewski spotkał się już bezpośrednio z sekretarzem IV Międzynarodówki, Livio Maitanim i od tego czasu datują się stałe kontakty trockistów z przedstawicielami grupy, która zyskała później miano „komandosów”.

Ważne jest także, ( o czym przypomina Łysiak) że gdy szesnastoletni Adam Michnik zakładał w roku 1962 (dzięki pomocy Lipskiego i pod patronatem członka KC PZPR, A. Schaffa- czołowego ideologa komunizmu) młodzieżowy klub dyskusyjny, mający związek z IV Międzynarodówką Komunistyczną - Kuroń i Modzelewski byli już dawno pełnoletni i należeli do partii, którą kilka lat wcześniej targały rozgrywki międzyfrakcyjne, wzajemna wrogość „Chamów" i „Żydów".

Blisko 40 lat później, Jacek Kuroń w opisie lat 50-tych nadal używał języka bliskiego frazeologii trockistowskiej. W artykule „Jak upadł realny socjalizm”, (Gazeta Wyborcza nr 152 z dnia 1-2 lipca 2000) Kuroń pisał:

W bloku sowieckim demaskowanie terroru przez elity władzy i różne działania modernizacyjne sprawiły, że w społeczeństwie - a także w aktywie partyjnym - gwałtownie nasiliły się żądania poprawy warunków życia i ograniczenia cenzury oraz różne wystąpienia wolnościowe. Stało się tak zwłaszcza w Polsce, gdzie - obok silnej w społeczeństwie tradycji antyhitlerowskiego ruchu oporu - działały kadry przedwojennego ruchu komunistycznego. Ludzie tej formacji mieli szczególne doświadczenie historyczne - KPP została w latach 30. rozbita przez Sowietów, jej działacze trafili do łagrów, a ci, którzy je przeżyli, zachowali pamięć pomordowanych kolegów. Okupacyjny i powojenny ruch komunistyczny - Polską Partię Robotniczą - wytrzebiono w ramach walki z prawicowonacjonalistycznym odchyleniem. W rezultacie w Polsce w połowie lat 50. zrodził się wyjątkowo silny ruch wolnościowy pod przewodnictwem kadr PZPR i ZMP.”

Czy nie należy się zastanowić – jakie to przesłanki sprawiły, iż Jan Józef Lipski „darzył przyjaźnią” młodych „komandosów”, wspierał ich i edukował? Co sprawiło, że ta właśnie grupa ideowych trockistów znalazła się pod opieką Lipskiego?

To, iż później Kuroń, Michnik (a tym bardziej sam Lipski) nie przyznawali się do związków z trockizmem i stroili w szaty socjaldemokratów i liberałów - nie ma najmniejszego znaczenia, wobec wymowy faktów.

Ponieważ tekst odpowiedzi rozrasta się do niebezpiecznie niestrawnych rozmiarów, zakończę na tym część pierwszą, obiecując kontynuować refleksje. Jest to o tyle konieczne, że do omówienia pozostała działalność Lipskiego w Klubie Krzywego Koła – owym „mateczniku” lewicowych dysydentów, powołanym i sterowanym przez partię komunistyczną. Wbrew temu bowiem, co twierdzi Pani Bochwic, nie sposób wykazać żadnych znaczących różnic w funkcjonowaniu tego forum w latach 50-tych. Nigdy też – na przestrzeni blisko 30 lat KKK nie „wymknął” się spod kontroli bezpieki, a jego twórcy i uczestnicy odegrali główne role w spektaklu zwanym „transformacją ustrojową”.

Obiecuję zatem kontynuację rozważań dotyczących J.J. Lipskiego i choć jednoosobowy „byt zbiorowy”, jakim jest Ścios musi poświęcić trochę czasu innym, niż snucie teorii spiskowych zajęciom – powrócę wkrótce do tego ważnego tematu.

Źródła:

Tomasz Szczepański - „Między konspiracją a sektą. Lewackie ugrupowania opozycji politycznej w PRL o mniejszościach narodowych (1980-1989)

http://www.glaukopis.pl/pdf/czytelnia-1-5.pdf

Waldemar Łysiak - Rzeczpospolita kłamców. Salon.

http://www.polonica.net/rzeczpospolita_klamcow_2.htm

J.Kossecki - „Geografia opozycji politycznej w Polsce w latach 1976-1981”.

http://www.marxists.org/polski/trocki/1938/prog_przejsciowy.htm#Przeciwko%20oportunizmowi%20i%20wyzutemu%20z%20zasad%20rewizjonizmowi

http://www.marxists.org/polski/trocki/index.htm

J. J. Lipski, Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy (uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków) [w:] Tunika Nessosa. Szkice o literaturze i nacjonalizmie, Warszawa 1992, s. 139-164.

"Nowe Kryteria", nr 1/2008. -Tomasz Stefanek - Dlaczego polityka historyczna?

http://niniwa2.cba.pl/jan_jozef_ambasador_marzen.htm

Witold Jedlicki - Klub Krzywego Koła, Instytut Literacki, Paryż 1963

Jacek Kuroń, Jak upadł realny socjalizm, Gazeta Wyborcza nr 152 z dnia 1-2 lipca 2000,

Śmiurbany



Wielce zasluzone, dostojne i znamienite grono niezaleznych publicystow, ze wymienie najslynniejszych w porzadku alfabetycznym, z zachowaniem naleznych tytulow: Śmianke, Śmidecka-Śmilinowska, Śmidurski, Śmieski, Śmikalski, Śmiłowicz, Śmirawczyk, Śmireks, Śmirbur i Śmisiecki powiekszylo sie niedawno o odnoszacą olbrzymie sukcesy na pograniczu nauki, biznesu i mediow panią profesor prezes redaktor Marte Śmigrowską.

Wlasnie dla niej Uczennice zdecydowaly sie dodac alternatywny tytul.





PS

Warto przyjrzec sie jak policja polityczna mebluje pokoik Marka D, stamtad w komentarzach link do lejtnanta Śmirawczyka. Tez ciekawe.


Z ostatniej chwili

Redoktor Jangele oswiadczyl wlasnie:
Ale ciagle był to jednocześnie symbol komuny, której niecierpiałem i której spuścizny nie cierpię do dziś we wpisie zatytulowanym "PKiN - symbol postkomunizmu"
Jangele zapewniajacy o o swym wstrecie do komunizmu nie oznacza nic dobrego. Ani chybi nastapia kolejne czystki oraz eksperymenty blogersko-medyczne, wszczepianie czipow, regulaminowe zastosowanie odpowiedzialnosci zbiorowej, albo cos jeszcze gorszego.

Zupelnie nieoczekiwanie redoktor zostal podsumowany przez komuszka, niejakiego mr off, slowami: Homosovieticusy z prowincji maja PKiN za "symbol komunizmu" nie zauwazajac, iz sami sa symbolikami komunizmu na dwoch nozkach.
"Homosovieticus z prowincji" o guru politpoprawnego centrum brzmi nieco obrazliwie, jednak tym razem splynelo po Janke jak po gesi, a pies salonowej cenzury podkulil ogon i pospiesznie zniknal w krzakach.

Najdziwniejsze jest w tym wszystkim to, ze tym razem trudno nie zgodzic sie z offowym komuchem twierdzacym, ze Janke to chodzacy symbol postkomunizmu.

2009-11-11

"Ta, co nie zginęła"

Kraj

Pierwszy raz od 1988 roku 11 listopada będziemy świętować w tak niejasnej sytuacji wewnętrznej i bardzo niekorzystnej - zewnętrznej.
Pierwszy raz świętować będziemy w sytuacji, gdy duża grupa Polaków uważa, że rocznicę obchodzimy jako państwo znów podległe. I nawet nie pociesza ich fakt, że tym razem tą niepodległość (zresztą bardzo, niestety, wątpliwą) przekazaliśmy nie bezpośrednio naszym odwiecznym wrogom, a wyższej, międzynarodowej instytucji; zupełnie dobrowolnie i do tego, ku radości większości społeczeństwa. Niewolę klasyczną zamieniliśmy na typ Huxleyowski - dobrowolne ogłupienie zamiast instytucjonalnej przemocy. Zza radosnych pochodów, chorągiewek i telewizyjnych dekoracji nie widać, że za sznurki pociągają te same, co zawsze łapy, jedna z zachodu, a druga ze wschodu. Pompują nam do środka gaz rozweselający, a nasi, demokratycznie wybrani przedstawiciele opłacają kolejne dostawy. Wbrew temu, czego obawiają się niektórzy moi koledzy z prawicowej blogosferze, nie spodziewam się przemocy, gdy nie będzie ona potrzebna. Nikt nie będzie odbierał nam języka i flagi, z jednego i drugiego pomału rezygnować będziemy sami, już rezygnujemy. Język żyje, wchłania to, co jest mu potrzebne, to proces całkowicie naturalny. A flaga? Noszona na demonstracjach przez komunistów, wymieszana z tęczowymi i unijnymi sztandarami. Zawłaszczana. Obrzydzona i splugawiona, tyle razy traktowana instrumentalnie, czy niesie jeszcze jakiś uniwersalny symbol? Dla wielu osób na pewno, ale warto o to pytać. Zresztą - flaga, język, hymn nawet, mogą sobie być, dziś nie od tego zależy sukces politycznej ekspansji. Uzależnieni od brukselskiej klasy próżniaczej i rosyjskiego gazu możemy sobie mówić po polsku. I przy grillu, i na boisku.

Tak, jak warto pytać o to, co świętujemy. Dziewięćdziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości? Ok, wszystko się zgadza. Ale oto co chwila napotykam na stwierdzenie "90 lat niepodległości". 90 lat? To jak my to liczmy? Czy Polska była niepodległa w latach 39 - 89? Takie np Polskie Radio świętuje ładne, okrągłe rocznice uznając ciągłość historyczną PRL i III RP. Ale zaraz, zaraz... 90 lat niepodległości? To co świętowaliście 4 czerwca? Z tego, co pamiętam, mowa była o odzyskaniu wolności w roku 1989.

Więc może w ogóle nie świętować? To jednak zły pomysł. Choćby bowiem uznać, że jest tak źle, przecież ten dzień symbolizuje fakt, że wcale tak źle być nie musi. W roku 1918 Polska miała elitę zdolną do odbudowania kraju, choć niezdolną do skutecznego utrzymania jego niepodległości. W roku 1989 elita zdolna nie była już do niczego. Może więc po prostu ta, niech wam będzie, wolność, przyszła do nas za wcześnie? Pozwólmy więc elicie najeść się przy brukselskim stole, sami zaś zajmijmy się, korzystając z tego danego nam spokoju, pracą nad sobą. By, gdy wolność znów kiedyś do nas przyjdzie, miał kto ją godnie przywitać.

"Bo wciąż na jawie widzę i co dzień mi się śni, że Ta, co nie zginęła..."

***

najbliższe koncert Spirit of 84:

już dziś, 11 listopada (!), Wołomin, Taaka Ryba (z zespołem M.O.R.O.N.)
koncert charytatywny dla Pawełka, 29 listopada, Warszawa, Dobra Karma (będzie więcej zespołów, szczegóły o koncercie i całej akcji wkrótce)
Another Punk Rock Christmas, 19 grudnia, Warszawa, Radio Luxemburg
informacje na temat płyty i sposobów jej zdobycia
można znaleźć tutaj
zapraszam na nasz profil na myspace

2009-11-10

ODZYSKAĆ KOR.

„Z trzech istniejących grup w KSS-KOR liczą się faktycznie dwie: grupa Michnika, składająca się w większości z osób pochodzenia żydowskiego [„ugodowcy”] i grupa skupiona wokół Macierewicza i Naimskiego, ku którym skłania się J.Kuroń i J.J. Lipski [„radykaliści”]. Zarysował się zatem podział programowo- narodowościowy. Trzeba stwierdzić, że radykalny ruch Macierewicza i Naimskiego zakłada podejmowanie bardziej agresywnych akcji antysocjalistycznych i dlatego może być w przyszłości groźniejszy. Ponieważ nie należy wykluczać rozłamu w KSS-KOR, powinno się już obecnie wytypować i przygotować osobowe źródła informacji z żądaniem wejścia w skład grupy Macierewicza”.
Tego rodzaju informacje zawierał m.in. raport SB z rozmowy Jacka Kuronia ze Stefanem Staszewskim z jesieni 1977 roku. Kuroń pozostający wówczas w sporze z Michnikiem, co do przyszłości KOR konsultował się ze środowiskiem byłych działaczy komunistycznych. Przywódcą tego środowiska był Stefan Staszewski - były sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR, który rozważał przystąpienie do tworzonego przez Kuronia Ruchu Demokratycznego.
Fragment raportu pochodzi z zachowanej w IPN Sprawy Operacyjnego Rozpracowania (SOR) „Gracze” dotyczącej KOR-u i został przywołany w artykule Antoniego Macierewicza – „Jak powstał Komitet Obrony Robotników” zamieszczonym w 38(843) numerze „Gazety Polskiej”.
Temat wart jest szczególnej uwagi, ponieważ 33 lata po powstaniu KOR-u prawda o początkach komitetu nadal jest przedmiotem rozlicznych manipulacji i kłamstw, a w III RP wzrasta kolejne pokolenie historycznych analfabetów przekonane, iż w obronie robotników w 1976 roku występowali ludzie lewicy laickiej, a KOR był dziełem Kuronia i Michnika.
Antoni Macierewicz nie pozostawia miejsca na wątpliwości, gdy dobitnie stwierdza, iż KOR powstał dzięki determinacji i odwadze grupy instruktorów i harcerzy Pierwszej Warszawskiej Drużyny Harcerzy „Czarna Jedynka” oraz przypomina, że zalążki koncepcji powołania komitetu sięgają lipca 1976 roku, gdy wspólnie z Naimskim i Onyszkiewiczem rozważali ten pomysł podczas rozmów w mieszkaniu Jana Olszewskiego. Dziś spośród założycieli komitetu żyją tylko trzy osoby: Piotr Naimski, Antoni Macierewicz i Stanisław Barańczak.
Od końca lat sześćdziesiątych o charakterze i obliczu „Czarnej Jedynki” decydowała grupa instruktorów: Marek Barański, Janusz Kijowski, Wojciech Onyszkiewicz, Piotr Naimski i Antoni Macierewicz. Ich celem było połączenie pracy harcerskiej z długofalowym programem działań na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości. Starali się realizować program ukierunkowany na kształtowanie postaw patriotycznych i obywatelskich, wsparty na wiedzy o najnowszej historii Polski oraz rozeznaniu struktury społeczno-politycznej kraju. Podczas letnich obozów docierano do żołnierzy AK i WiN, zachęcano ich do składania relacji, podejmowano także próby rozpoznania problemów mniejszości narodowych. Z myślą o dorastających harcerzach w 1969 r. stworzono grupę starszoharcerską, rodzaj klubu dyskusyjnego pod nazwą „Gromada Włóczęgów”. W grudniu 1970 r. jej członkowie angażowali się w oddawanie krwi dla robotników Wybrzeża. Wychowanków „Czarnej Jedynki” cechował zdecydowany antykomunizm oraz niechęć do rewizjonizmu i tradycji z nim związanej. Mocno akcentowano potrzebę odzyskania niepodległości i podejmowania działań prospołecznych. Z tych postaw i tradycji wyrosła idea powołania KOR-u.
„Propaganda jednak robi swoje – zauważa Macierewicz w „Gazecie Polskiej”– a liczba członków KOR-u, a nawet założycieli tego komitetu, wzrasta wraz z odległością czasową od czerwca 1976r. Co więcej, okazuje się, że ci, którzy byli rzeczywistymi twórcami Komitetu, są nadal politycznie niepoprawni, a nawet – jak oświadczono w jednym z największych dzienników polskich – „kontrowersyjni”.
Nie ma oczywiście potrzeby omawiania całego artykułu, który – jak sądzę może być zapowiedzią większej publikacji – wspomnień jednego z założycieli KOR-u. Początkowy cytat z raportu SB, koresponduje z zakończeniem tekstu i na ten aspekt działań lewicy chciałbym zwrócić szczególną uwagę. Macierewicz pisze: „ Przez ostatnie 30 lat dorobek KOR próbowało zawłaszczyć środowisko rewizjonistyczne, lewica laicka. KOR miałby być jego legitymacją i przepustką do rządzenia w Polsce. Paradoksalnie, w tym samym kierunku działają środowiska wywodzące się z formacji nacjonal komunistycznych. Chętnie aprobują KOR jako dorobek rewizjonistów, bo to ułatwia deprecjonowanie wszystkiego, co KOR zapoczątkował. Tymczasem prawda o genezie KOR jest zupełnie inna i tylko propagandyści spod znaku IV brygady próbują ją przykroić do swoich doraźnych interesów”.
Nie jest dziś dla nikogo tajemnicą, że komunistyczna policja polityczna przez całe dziesięciolecia powoływała do istnienia, inspirowała i kontrolowała szereg organizacji i inicjatyw opozycyjnych wobec reżimu. Począwszy do sowieckiej operacji „TRUST”, w latach 20-tych i prowokacjach bezpieki związanych z tzw. V komendą WiN, poprzez Klub Krzywego Koła i środowisko „komandosów” – taktykę postępowania wobec przeciwników systemu wyznaczano w kategoriach gier operacyjnych, sterowanych przez policję polityczną. Najczęściej stosowaną metodą, było zastępowanie autentycznej opozycji ludźmi tworzącymi „polityczną alternatywę”, wśród których następnie poszukiwano partnerów do rozmów z władzą. Zapewniało to pełną kontrolę ruchów społecznych i stwarzało pozory działań żywiołowych, oddolnych. O procesie kreowania własnej opozycji pisał Anatolij Golicyn przypominając, że powołani przez KGB i jego filie (SB, Stasi, etc.) dysydenci, powszechnie znani na Zachodzie, mieli tworzyć niekomunistyczne partie lub organizacje opozycyjne w wypadku, gdyby system komunistyczny zaczął się rozpadać. Powołując się na przykład „Praskiej Wiosny”, Golicyn wskazywał na Dubczeka, którego odpowiednikiem w ZSRR miał być Sacharow, w Polsce zaś Wałęsa i jego środowisko doradców. Ponieważ to właśnie służby sowieckie, opanowały do perfekcji gry operacyjne z udziałem własnej agentury, byłoby rzeczą dalece naiwną uważać, że tak rozbudowana kombinacja operacyjna, jaką była polska droga do „okrągłego stołu” mogła zostać przeprowadzona bez udziału tego elementu.
„KOR został przejęty przez lewicę laicką dopiero w końcu lat 70-ych, podobnie zresztą jak w latach 80-tych propaganda lewicy laickiej zawłaszczyła WZZ i „Solidarność”. (…) – mówił przed laty Macierewicz. I dodawał – „Chętnie kiedyś szerzej opowiem historię KOR-u, a zwłaszcza przypomnę publicystykę Głosu z lat 70-ych przestrzegającą przed działaniami lewicy laickiej, która dążyła do oszukania Polaków i układała się od początku z tzw. liberałami w PZPR. Mówiliśmy o tym, pisaliśmy o tym, byliśmy za to brutalnie zwalczani przez lewicę i przez bezpiekę. Nigdy nie przypisywałem KOR-owi ani żadnej innej organizacji nielegalnej lat 70-ych decydującego znaczenia dla przebiegu wydarzeń prowadzących do powstania ‘S’ i odzyskania przez Polskę niepodległości. Nie miałem (i nie mam) bowiem wątpliwości, że czynnikiem rozstrzygającym były działania Kościoła, Jana Pawła II, a wreszcie masowe działania środowisk pracowniczych. Są na to nader liczne dowody moich wypowiedzi ustnych i pisemnych. Co więcej był to jeden z istotnych punktów sporu ze środowiskiem Kuronia. To byli rewizjoniści komunistyczni a dziś „liberałowie”, podkreślali już wówczas elitaryzm, unikali nawiązywania do tradycji narodowych i niepodległościowych, oraz obawiali się jakiejkolwiek bardziej radykalnej aktywności (np. demonstracje, bojkot tzw. wyborów, itd.). Ciążenie do „liberałów” partyjnych oraz dystans wobec polskich aspiracji niepodległościowych to najważniejsze punkty stałych konfliktów.”
Przed kilkoma laty, inny politycznie niepoprawny, a zatem „kontrowersyjny” działacz opozycji – Andrzej Gwiazda zwrócił uwagę na charakterystyczną cechę działań bezpieki, przygotowującej się do „ustrojowej transformacji”. Zauważył bowiem, że w miarę zbliżania się do roku 1980, z raportów współpracowników policji politycznej znikają całkowicie oskarżenia typu : „uważa robotników za ciemną masę”, „lekceważy klasę robotniczą” itp., wskazujące na ideologiczny kontekst inspiracji działań kapusiów. Stało się tak od momentu, gdy plan likwidacji komuny, realizowany przez służby wszystkich krajów bloku sowieckiego zaczął wymagać budowania struktur, które w przyszłości miały zabezpieczyć interesy ubecko-partyjnej nomenklatury. To zaś – radykalnie zmieniło zapotrzebowanie na typ agentów. Zbędni, a nawet szkodliwi stali się agenci gotowi do współpracy w obronie komunizmu. Pożądani natomiast stali się ludzie o przekonaniach antykomunistycznych lub kontestujący dotychczasowy porządek – pod warunkiem, iż gotowi byliby uwierzytelnić swoich dotychczasowych prześladowców, stworzyć im moralne alibi oraz zapewnić bezpieczeństwo i nienaruszalność sfer wpływu.
Gdybyśmy ów wzorzec przyłożyli do oceny postaw szeregu postaci lewicy laickiej, mieniącej się „opozycją demokratyczną” łatwiej byłoby zrozumieć pragmatyzm przemian dotychczasowych piewców trockizmu - w obrońców robotników, ateistów – w przyjaciół Kościoła, a żarliwych internacjonalistów – w etosowych patriotów.
Analizując wypowiedzi i zachowania dwóch głównych bohaterów „demokratycznej opozycji” - Kuronia i Michnika, można dojść do wniosku, że ewolucja ich poglądów, a nade wszystko zasób środków, jakimi się posługiwali był zawsze adekwatny do aktualnych nastrojów i oczekiwań społecznych, a celem tych działań stało się zawłaszczenie naturalnych procesów sprzeciwu społecznego i doprowadzenie do porozumienia z komunistami. Ten cel został wyznaczony w ramach strategii „permanentnej rewolucji”, zmodyfikowanej przez doktrynę, która odtąd dopuszczała „kontrolowaną rewolucję” i ruchy dysydenckie - jako zjawisko służące poddaniu autentycznych sprzeciwów społecznych nadzorowi partii komunistycznej. Rolę łącznika - pomiędzy społeczeństwem, a partią powierzono sprawnym, gotowym na wyrzeczenia i działanie w trudnych warunkach – „komandosom”.
W tym kontekście, warto przytoczyć fragment instrukcji (przygotowanej przez bezpiekę), z którą 17 września 1976 roku ( a więc na tydzień przed oficjalnym powołaniem KOR-u) zapoznano rektorów i I sekretarzy komitetów uczelnianych ośmiu największych polskich uczelni. Przytacza ją Łukasz Kamiński w nr.2 (4) 2003 pisma „Pamięć i Sprawiedliwość”, w publikacji zatytułowanej „Władza wobec opozycji 1976-1989”. Ten opracowany przez komunistów program przeciwstawiania się działalności opozycyjnej na poszczególnych uczelniach, był z powodzeniem stosowany również w przypadku zawłaszczania innych, naturalnych ruchów społecznych. W instrukcji czytamy m.in.:
„Podstawową zasadą działania jest stworzenie politycznej alternatywy dla grup organizujących opozycyjną działalność w samym środowisku studentów i młodej kadry. Oznacza to czynne uruchomienie grup aktywu, które podejmą walkę polityczną środkami i formami zbliżonymi do form i metod ataku przeciwnika. Chodzi o to, aby walka polityczna toczyła się nie między grupą opozycyjnà a władzą a między dwoma grupami przeciwstawnymi, z których zaangażowana po naszej stronie ma przewagę w operatywności, środkach technicznych, informacji i pomocy merytorycznej ze strony doświadczonego aktywu”.
Proces ten jest wyjątkowo rozpoznawalny, w przypadku zawłaszczenia tradycji KOR-u przez ludzi lewicy laickiej. W cytowanym na początku raporcie SB wyraźnie podkreśla się podział KOR-u na „ugodowców” i „radykałów” – postulując jednocześnie wsparcie działań rozłamowych, poprzez uaktywnienie agentury i ulokowanie jej w „grupie Macierewicza”.
Byłoby jednak poważnym i rażącym nadużyciem twierdzenie, iż w przypadku działalności Kuronia czy Michnika mamy do czynienia z aktywnością agenturalną. Żadnego z nich (podobnie jak wielu innych, czołowych postaci tzw. opozycji demokratycznej) nie wolno zaliczać do agentów komunistycznej bezpieki. Tego rodzaju klasyfikacja świadczy o niezrozumieniu istoty działań agenturalnych, opartych na zasadach pracy operacyjnej i relacjach zawisłości funkcjonariusz – donosiciel. Warto pamiętać, że agentura nigdy nie była celem samym w sobie, a zawsze służyła jakimś celom szerszym. Ale też - nie da się zrozumieć historii państwa policyjnego – jakim było PRL, nie uwzględniając zagadnienia agentury. Z drugiej strony - ograniczając badanie historii do spraw agentury, niewiele zrozumiemy z istoty procesów historycznych. Dla rzetelnego historyka, każdy przypadek działalności agenturalnej powinien być rozpatrywany indywidualnie i to na szerszym tle dziejów. Dlatego w zakresie współpracy agenturalnej znajdziemy przykłady każdego typu postaw – od spektakularnych podłości po ludzi, którzy zachowali się heroicznie, od takich, którzy nic nie ryzykując, ześwinili się całkowicie, po osoby, które ryzykując wiele, przechytrzyły bezpiekę.
W przypadku osób takich jak Kuroń, Michnik, Lipski - ale też ludzi pokroju Geremka czy Mazowieckiego mamy do czynienia z dobrowolnym, ( a w jakimś stopniu wspartym ideologicznymi przesłankami) współdziałaniem; z wielowątkową, czasem wynikającą z układów towarzyskich i koneksji rodzinnych kooperacją z władzą komunistyczną – traktowaną nie w kategoriach nieprzyjaciela i śmiertelnego wroga - lecz poprzez pryzmat egalitaryzmu lub wspólnoty interesów. Nie sposób uznać, że chodzi o współpracę agenturalną. To raczej, znacznie wyższy stopień wzajemnych relacji, opartych na więzi, jaka może łączyć schizmatyków z dogmatykami, członków różnych odłamów tej samej doktryny, a czasem ofiary z ich prześladowcami. Przed trzema laty gen. Czesław Kiszczak w wywiadzie dla Piotra Gursztyna („Nie ukrywał rozmów z SB”, Dziennik, 30 sierpnia 2006r.) zdobył się na zadziwiająco szczere wyznanie, mówiąc - „Mogę powiedzieć tylko, że Jacek Kuroń był porządnym człowiekiem”. Może w tej opinii - wypowiedzianej przez człowieka, na którym spoczywa odpowiedzialność za liczne zbrodnie komunistycznego reżimu, zawiera się najgłębsza prawda o „opozycyjności” ludzi takich jak Jacek Kuroń.
Niezależnie, czy zdefiniujemy te działania jako racjonalne i wyrachowane, czy będziemy w nich widzieć przejaw idealistycznych, „rewizjonistycznych” mrzonek – w niczym nie zmieni to faktu, że w przypadku osób zawłaszczających KOR mieliśmy do czynienia z „opozycją” wewnątrz systemu komunistycznego – nigdy zaś – skierowaną przeciwko temu systemowi.
To podstawowa różnica, świadcząca o tym, jak dalece zamysły twórców komitetu zostały przeobrażone przez ludzi lewicy laickiej. Macierewicz wspomina, że w 1981 roku Henryk Wujec mówił do robotników płockich: „Inicjatorem pomocy dla robotników, nie tylko Warszawy, ale i w Radomiu był Antoni Macierewicz. Jacek Kuroń napisał list do przewodniczącego Włoskiej Partii Komunistycznej Berlinguera, żeby zachodnie partie komunistyczne zaprotestowały przeciwko więzieniu robotników”.
Zestawienie to doskonale pokazuje – w jaki sposób środowiska niepodległościowe rozumiały pomoc dla prześladowanych, co zaś - stanowiło priorytet dla działalności lewicy.
Ów dysonans – wynikający ze stosunku wobec reżimu, ale też z odmiennie pojmowanych form sprzeciwu, zaważył na tym, jak dziś postrzegamy działalność KOR-u, jakie osoby i czyje tradycje są z nim kojarzone. Po 33 latach od powstania komitetu ta fałszywa, ahistoryczna perspektywa, będzie smutnym dowodem zwycięstwa esbeckich strategów, dla których KOR miał być jedynie narzędziem legalizacji środowisk lewicowych i wehikułem, na którym schizmatyczni „rewizjoniści” dotrą do robotników – tylko po to, by na ich sprzeciwie zbudować państwo Kiszczaka i Michnika.

2009-11-07

Teleranek w sierocińcu Wrońca

Witam po przerwie "Listę Obecności!" i dziękuję za zaproszenie.
+
Kultura

Wkrótce ma pojawić się nowa książka Jacka Dukaja, "Wroniec", będąca baśniowym przedstawieniem stanu wojennego. Po "Lodzie" poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko, niemniej Dukaj pewnie sobie poradzi i na tym temat - na razie - można by skończyć, gdyby nie recenzja książki, która pojawiła się w "Gazecie Wyborczej".

Autor recenzji wie, jaka jest linia pisma, które reprezentuje, nie wie jednak kilku innych rzeczy. Nie wie na przykład, po co pisać o stanie wojennym. Ta niewiedza prowadzi go zaś do konkluzji, że jakiś kolejny Giertych lub Legutko na pewno umieści nowego Dukaja w kanonie lektur. Ta perspektywa dziennikarza oczywiście martwi, mnie niekoniecznie, zdaje się, że coraz mniej na listach lektur rzeczy wartościowych.

Autor popisuje się też niewiedzą na temat realiów stanu wojennego, wydaje mu się bowiem, że dla osób, które okres ten przeżywały jako dzieci łączył się on z jednym, jedynym wydarzeniem - brakiem "Teleranka". Brak ten jest widowiskowym symbolem, jest też symbolem wygodnym, gdy chce się wypowiedzenie Polsce wojny przez jej własne władze przedstawić jako "mniejsze zło", a jego autorów jako "ludzi honoru". Inny jest ciężar strzałów w "Wujku" czy masakry w Lubinie, inny zaś nienadania audycji dla dzieci w niedzielny poranek. Ile lat i na ilu poziomach trwa praca nad tym, by stan wojenny kojarzył się najbardziej z tym ostatnim wydarzeniem? A to pierwszy akapit recenzji - "W chwili ogłoszenia stanu wojennego Jacek Dukaj miał siedem lat. Jest więc jednym z tych szczęśliwców cieszących się łaską późnego urodzenia, dla których osobisty dramat 13 grudnia sprowadził się do braku +Teleranka+." Ciekawe, czy dla wszystkich kilkulatków roku 1981 faktycznie brak programu był jedynym dramatem. Czy milicja/SB w swym humanitaryzmie nie zabierała rodziców małych dzieci? Nie wyrzucała ich z pracy? Nie szantażowała, że dzieci trafią do sierocińca? Nic mi o tym jak dotąd nie wiadomo, pamiętam za to piosenkę Kaczmarskiego "Sierociniec". Zapewne panu Nowackiemu z "Gazety" nie znaną...

W sierocińcu po dziedzińcu
Chodzą dzieci w koło,
A za siatką wróbli stadko
Bawi się wesoło.
Rozćwierkały w świecie całym -
Stąd i ja wiem o tym,
Że to wprawdzie sierociniec,
Ale nie sieroty.

Moja mama jest w Paryżu, a mój tata siedzi,
Siostrę miesiąc już w ukryciu trzymają sąsiedzi.
Z łóżka mnie nad ranem wzięli, kiedy tatę brali,
Mówiąc: teraz my będziemy cię wychowywali.
Twoja stara zwiała szczwana i nieprędko wróci,
Stary wyrok ma nagrany, trójkę z karku zrzuci.
I co począć z takim fantem, niech się państwo głowi,
Chcesz być, mały milicjantem? Popraw broń wujkowi!
Kim chce być, ani ja myślę mówić byle komu,
Tylko martwię się, kto przyjdzie mieszkać u nas w domu.

W sierocińcu po dziedzińcu...

- Tata z mamą są w obozie od pierwszej niedzieli,
Im jest znacznie niż mnie gorzej, bo nic nie wiedzieli.
O tym, że ja tutaj jestem, nie wie nikt znajomy,
Żebym tak mógł chociaż jeszcze wysłać list do domu.
Ulepiliśmy bałwana w czarnych okularach,
Obsikaliśmy go z rana i stanęli w parach.
Baczność! Spocznij! Mówi do nas generał Straszak!
Wrona orła nie pokona, wiosna będzie nasza...

W sierocińcu po dziedzińcu...

- Tato był w kopalni, kiedy wojsko szło do boju,
Opowiadał górnik jestem, co uciekł z konwoju.
Opowiadał mojej mamie, że ich otoczyli,
Tato z szuflą stał przy bramie i tam go zabili.
Mamę wzięli do szpitala i pod drzwiami stoją,
Ale ja nie myślę wcale czekać, aż nas zgnoją.
Gdy się skończy już to wszystko, gdzieś około lata,
Będę antysocjalistą - takim, jak mój tata.

Jacek Kaczmarski - Sierociniec

Wyobraźnia Kaczmarskiego czy niewiedza/zła wola Nowackiego? Ja w roku 1981 miałem 3 lata. Nie pamiętam tego, że nie było "Teleranka". Ale gaz w powietrzu na Starym Mieście pamiętam. I piosenki Kaczmarskiego, pierwszy raz usłyszanej kilka lat później, a nagranej w 1982 roku, nie zapomnę również.

***

najbliższy koncert Spirit of 84:
Another Punk Rock Christmas, 19 grudnia, Warszawa, Radio Luxemburg
informacje na temat płyty i sposobów jej zdobycia
można znaleźć tutaj
zapraszam na nasz profil na myspace

2009-11-03

Jak dziecko we mgle

Sadurski (tym razem nieanonimowy bloger z czerwonej wierchuszki SB24) zdementowal pogloski jakoby wybieral sie w dyplomaty. Tyle lat szlifowania australijskich i wloskich brukow, a on jeszcze nie wie, ze nic tak dobrze nie otwiera w Polsce drogi do dyplomatycznej kariery jak dosadny paszkwil na emigracje. Taki paszkwil nadal wazy wiecej niz najlepsza szkola dyplomacji i pozwala nawet najglupszemu wielbladowi przecisnac sie przez ucho igielne Wojsk Łącznosci z Polonią. Nawet takiemu, co tajny raport z zagraniczej podrozy publikuje w blogu zamiast osobiscie przekazac Organom.

I niech nikt nie mowi, ze nic sie w Polsce nie zmienilo. Kiedys w prasie pojawialy sie siermiezne ogloszenia: "Czarną wolge oraz plaszcz skorzany sprzedam z powodu wyjazdu na placowke". Dzis czytamy w rubryce towarzyskie: "Dochodową katedre na wyzszej uczelni oddam w dobre rece z powodu nominacji na trzeciego sekretarza ambasady".
Ojczyzna znowu wzywa swych najlepszych synow.

2009-11-02

Przeżyłem własną śmierć - pan Czesław Adamusik

Za zgodą Autora publikuje i tu obszerne fragmenty wspomnień naocznego świadka rzezi na Woli w sierpniu 1944 roku.


Czesław Adamusik urodził się 22 kwietnia 1931 roku w Grodzisku Mazowieckim. Po dwóch miesiącach życia wraz z rodzicami i starszą o siedem lat siostrą Ireną, wyjechali do Warszawy w poszukiwaniu pracy. Jego ojciec był mechanikiem, natomiast matka, zajmowała się domem. Po przeprowadzce wychowywał się na warszawskiej Woli, zamieszkując w jednej z kamienic przy ulicy Gostyńskiej (obecnie ulicy Grenady). W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego miał kontynuować swoją edukację w klasie siódmej, w Szkole Podstawowej nr 125 (obecnie Gimnazjum nr 47). Już w pierwszych dniach powstańczych rozstał się z ojcem, siostrą i szwagrem. Niedługo po tym sam miał zginąć, jednak jak mówi sam o sobie: "Przeżyłem własną śmierć". 


Tyle szczęścia nie mieli jedna pozostali członkowie jego rodziny. Matka została rozstrzelana dnia 5 sierpnia 1944 roku, podczas masowych egzekucji, przy ulicy Górczewskiej. Tego samego dnia rozstrzelano resztę jego najbliższych. Zginęli w drodze do szpitala przy ulicy Płockiej. Egzekucję matki widział na własne oczy, o śmierci ojca, siostry i szwagra dowiedział się przypadkowo, podczas spotkania z jednym ze świadków tego tragiczne zdarzenia. Jako osierocony chłopiec mógł liczyć na pomoc otoczenia, dodatkowo wiele razy doświadczył szczęścia w nieszczęściu. Zaprowadzony przez Niemców do hali Warsztatów Kolejowych, spotkał tam matkę swojego szwagra, która przejęła nad nim opiekę.  

Przeżyłem własną śmierć

1 sierpnia 1944 – wtorek

Dzień letni, ciepły i słoneczny. Tego dnia jako trzynastoletni chłopiec zabawiałem się beztrosko z kolegami, grając w różne gry podwórkowe. Pozostał jeszcze miesiąc wakacji, a od września do siódmej klasy szkoły podstawowej. Mieszkałem przy ul. Gostyńskiej 19/21 z rodzicami i starszą o siedem lat siostrą, od trzech miesięcy mężatką.


W tym dniu około godziny 16 na podwórku zbierały się małe grupki ludzi i o czymś nieprzerwanie rozmawiały. Zabawy poobiedniej już nie było, bo wszystkim, nawet moim kolegom, udzieliła się atmosfera tajemniczości, która z upływem czasu stawała się coraz bardziej niepokojąca. Zaciekawiony tą sytuacją i nie czekając na wiadomości z podwórka, wybiegłem na ulicę. Kiedy spostrzegłem młodych mężczyzn w długich letnich płaszczach, spacerujących po chodniku, domyśliłem się, że na coś się zanosi. U jednego z nich spostrzegłem wystającą spod płaszcza lufę karabinu. Zniecierpliwieni, co pewien czas spoglądali na zegarki. O godzinie 17 zawyły syreny i na ich rękach pojawiły się biało-czerwone opaski z napisem A.K.

Nieco przerażony pobiegłem do rodziców. Stali w oknie i przyglądali się powstańcom atakującym szkołę nr 125, w której podczas okupacji kwaterowali Niemcy. Po krótkiej walce szkołę zdobyto.
Nasza szkoła w czasie okupacji (1939-1945)

Wśród mieszkańców naszego domu wybuchł entuzjazm. Teraz wszyscy powtarzali: „Powstanie, powstanie”. Noc przespałem spokojnie. Natomiast rodzice, nie rozbierając się, czuwali do rana.

2 sierpnia 1944 – środa

Następny dzień nie przyniósł rewelacyjnych informacji. Wiadomo już było wszystkim, że walczy cała Warszawa. Co jakiś czas słychać było tylko odgłosy zaciętych walk.

3 sierpnia 1944 - czwartek

Druga noc minęła również spokojnie. Natomiast 3 sierpnia około godziny 14, czołg niemiecki spalił jeden drewniany segment naszego domu. Po tym wydarzeniu nastąpiło przygnębienie i niepewność o dalszy nasz los.

W nocy z 3 na 4 sierpnia nisko nad domami przelatywały samoloty, zrzucając ulotki. Kilka spadło na nasze podwórko. Treść ich zachęcała do dalszej walki z niemieckim okupantem. Obiecywano, że nadejdzie pomoc.

4 sierpnia 1944 - piątek


Czwarty dzień powstania nie przyniósł żadnych zmian w naszej sytuacji. Wszyscy zastanawiali się tylko nad tym, co przyniesie dzień następny.

5 sierpnia 1944 – sobota

I nadeszła sobota, 5 sierpnia. Dzień również ciepły i słoneczny. Odgłosy walk były coraz rzadsze i cichsze. Mogłoby się wydawać, że jest to dzień najspokojniejszy z dotychczasowych. Część mieszkańców rozeszła się do swoich mieszkań, inni pozostali na podwórku. Poprawiły się też nieco nastroje.

Około godziny 12.30 ktoś przybiegł z ulicy i krzyknął: ,,Ukraińcy zbliżają się do naszego domu, uciekajcie! Chowajcie się!” Nie oglądając się na innych, szybko pobiegłem z wiadomością do matki. Ojca mojego, siostry Ireny i jej męża Bogdana nie było w domu ani na podwórku. Matka zarzuciła na siebie ubranie, a mnie podała ciepłą jesionkę w obawie, że możemy tu nigdy nie wrócić. Zeszliśmy z pierwszego piętra na parter, gdzie było już kilka osób. Po kilku minutach doszły do nas z ulicy pierwsze wrzaski Ukraińców, a po chwili wpadło ich kilkunastu na środek podwórka. Wymachując pistoletami, przynaglali nas do wyjścia z klatek schodowych. Było nas razem około 100 osób i tylko kilkunastu mężczyzn. Mówiono, że kobiety i dzieci wyprowadzają poza obręb walk i uwalniają lub biorą do obozu, a mężczyzn rozstrzeliwują. Matka, zwracając się do mnie, szeptała: "Dobrze, że tata z Irką i Bogdanem gdzieś uciekli".

Ukraińcy rozkazali, aby wszystkie tobołki, paczki, torby i teczki pozostawić na miejscu. Pozostaliśmy z gołymi rękoma. Potem wyprowadzili nas na ulicę Gostyńską. Dołączyli jeszcze do nas nieznaną nam grupkę ludzi czekających na ulicy i poprowadzili w kierunku ulicy Górczewskiej. Tam, około trzydziestu metrów za wiaduktem kolejowym, po lewej stronie ulicy, zatrzymano nas. Była godzina 13. Od wiaduktu w stronę Jelonek stało dużo wojska, czołgów i ciężkiej broni maszynowej. Słońce prażyło, a z daleka dochodził swąd palących się domów.

Ustawiono nas w dwuszeregu, tyłem do ulicy. Przed nami, w odległości około czterdziestu metrów, stał betonowy, około 2,5 metrowy, wysoki mur, a za nim duże hale warsztatów kolejowych. Od muru oddzielało nas puste pole porośnięte zdeptanymi już łęcinami ziemniaków. Po prawej stronie stał dwu- lub trzypiętrowy, murowany budynek, odwrócony tylną ścianą do pola, a lewym bokiem przylegający do muru. Z lewej strony, po nasypie biegły tory kolejowe. Pod murem budynku leżały dwie sterty martwych ciał. Wśród nich widziałem jeszcze żywych ludzi, którzy z wielkim wysiłkiem unosili głowy, spoglądając na naszą grupę.

Dwa metry przed nami stały ciężkie karabiny maszynowe, wycelowane w stronę muru. Widząc to, domyślaliśmy się, co nas czeka. Z minuty na minutę rosło napięcie. Słychać było najczęściej powtarzane, ze łzami w oczach, słowa: "Rozstrzelają nas! Rozstrzelają!"

Własowcy, stojąc obok siebie, o czymś rozmawiali. Po kilku sekundach krzyknięto: "Przygotować kenkarty". Odetchnęliśmy nieco i powróciła iskierka nadziei. Trzymając przygotowane do sprawdzenia dowody osobiste, usłyszeliśmy następne polecenie: "Oddać złote przedmioty i zegarki". Matka przygotowała kolczyki i obrączkę. Kiedy wszyscy byli gotowi, Ukrainiec, przechodząc wzdłuż naszego dwuszeregu, zebrał wszystko do czapki. Po zakończeniu zbiórki usłyszeliśmy: "Pod mur!" Teraz wybuchła rozpacz. Jedni płacząc modlili się, drudzy klękając przed nimi wołali: "Nie zabijajcie nas! Nie zabijajcie!". Inni jeszcze krzyczeli: ,"Mordercy!"i obrzucali ich rozmaitymi wyzwiskami.

Spojrzałem na załzawioną twarz matki. Cała drżała i nic nie mówiąc, mocno przytulała mnie do siebie. Ale nikt się nie ruszał, wszyscy stali w miejscu jakby przyrośnięci do ziemi. Rozwścieczeni naszym uporem Ukraińcy, krzyczeli nieustannie: "Pod mur! Pod mur!". My, nie reagując już na ich wrzaski, staliśmy nieruchomo. Wreszcie, zniecierpliwieni, dopadli do nas i uderzając kolbami karabinów, popychali w stronę betonowego muru. Kiedy znaleźliśmy się na środku pola, odstąpili od nas, wracając do ulicy.

Staliśmy podzieleni teraz na małe, głównie rodzinne grupki, w odległości dwudziestu metrów od muru. Zniecierpliwieni własowcy dobiegli do ckm-ów a ktoś z naszej grupy krzyknął: "Położyć się, bo będą strzelać!" Teraz nastąpiły ostatnie rodzinne pożegnania.


Przytuliliśmy się mocno do siebie, a matka zapłakana kilkakrotnie mnie ucałowała, a potem w ślad za innymi, rzuciliśmy się twarzą do ziemi. W tej pozycji ckm-y były bezużyteczne. Matkę miałem przy prawym boku. Lewą ręką objęła mnie za szyję, a ja prawą ręką chwyciłem ją za kciuk i mocno ściskając, czułem w nim wyraźne bicie pulsu.

Lewą rękę wyciągnąłem do przodu ponad głowę. Tak leżąc, z czołem opartym o ziemię, czekaliśmy tylko na śmierć. Po kilkudziesięciu sekundach usłyszeliśmy zbliżających się do nas Ukraińców. Wkrótce byli już między nami i padły pierwsze strzały z ręcznej broni. Po chwili, z różnych stron, dochodziły jęki rannych i wołania: ,,Dobij!”. Kiedy powoli zbliżali się w naszym kierunku, wyraźnie słyszałem wesołą ukraińską rozmowę i coraz głośniejsze strzały. Wkrótce czułem, że stoją obok mnie. Trzymając kurczowo matki palec, czekałem w bezruchu w ogromnym napięciu. Po kilku sekundach padł ogłuszający strzał i Ukrainiec odszedł o parę kroków dalej. Nie czując bólu i nie tracąc przytomności, wiedziałem, że nie jestem ranny. Egzekucja trwała jeszcze parę minut i żołnierze wycofali się do ulicy. Pozostało wielu zabitych i jęczących z bólu rannych.
Wykorzystując ich nieobecność, uniosłem lekko głowę i spostrzegłem na mojej lewej, wyciągniętej ręce, zakrzepłą krew moich sąsiadów. W tym też momencie słyszałem jakby przelewanie się płynów w matki wnętrznościach, a puls w jej kciuku stopniowo słabł, aż przestał być wyczuwalny. Zaniepokojony odezwałem się półgłosem: ,,Mamo, żyjesz? Odezwij się!”. Kompletna cisza.

Upłynęło kilka sekund i poczułem, że mój prawy bok jest mokry. To była jej krew. Jeszcze kilka razy potrząsnąłem ręką matki, pytając coraz głośniej: ,,Mamo! Mamo! Żyjesz czy nie?!”. Nie odezwała się więcej.

Teraz byłem już sam. Trzymając jej zimny kciuk, wiedziałem, że ojciec mój, siostra Irena i jej mąż Bogdan nie dowiedzą się nigdy prawdy. Myślałem, gdzie mogą być i w jakiej są sytuacji.

Po kilkunastu minutach powrócili Ukraińcy kontynuować egzekucję, w sposób podobny do poprzedniego. Chodząc między nami, strzelali przez około dwadzieścia minut. Jeden z nich zatrzymał się obok mnie. Słysząc trzask zamka karabinowego wstrzymywałem nawet oddech, ale nie miałem już żadnej nadziei. Padł strzał, a po chwili usłyszałem jęk leżącego obok mnie mężczyzny i wołanie: ,,Dobij!’’. Ukrainiec odszedł parę kroków dalej, a ,,Dobij!’’ powtórzyło się jeszcze kilka razy i ucichło. Odeszli po raz drugi. Znów zapanowała cisza, a wśród niej, rozmyślając o pozostałych najbliższych mi osobach, powstało we mnie teraz ogromne pragnienie życia.
Zacząłem się gorąco modlić. Zwracając się do Boga, najczęściej powtarzałem: „Boże ocal mnie, ratuj!”. Od tej pory modliłem się nieustannie, tak jak potrafiłem, po dziecięcemu, tak jak dziecko prosi swojego ojca o to, na czym mu bardzo zależy. Modląc się, usłyszałem rozmowę zbliżających się do nas Ukraińców, a po chwili, kontynuowanie egzekucji. Strzały i jęki rannych były coraz rzadsze. Tym razem przeżyłem najbardziej dramatyczną chwilę. Jeden z żołnierzy przechodząc, podsunął mi swój but pod lewą nogę i przerzucił ją na prawą. Udając nieboszczyka, puściłem ją bezwładnie.

Serce biło mi mocno, a w myśli powtarzałem: „Boże, Boże ratuj”. Wycofywanie się i powracanie Ukraińców następowało jeszcze kilkakrotnie. Kiedy powrócili po raz szósty - ostatni, panowała kompletna cisza. Nikt nie wołał: „Dobij”. I nikt nie jęczał. Nie padł już ani jeden strzał. Słyszałem tylko rozmawiających Ukraińców. Kiedy odeszli, nastał zmrok. Miałem nadzieję, że do rana już nie przyjdą. Teraz powstała iskierka nadziei, ale byłem bezradny. Nie wiedziałem, co mam począć. Próbować ucieczki? Ale dokąd? Jasna, księżycowa noc i palące się o kilkadziesiąt metrów budynki, przypominały raczej dzień niż noc. Pozostanie natomiast w tym miejscu do rana oznaczało pewną śmierć. Wyczerpany psychicznie i fizycznie, modląc się, usnąłem wbrew własnej woli. Obudził mnie szelest łęcin ziemniaczanych, który z upływem sekund stawał się coraz wyraźniejszy. Ktoś powoli zbliżał się. Po chwili zatrzymali się przy mnie. Leżąc prawie sparaliżowany ze strachu, usłyszałem szeptaną, polską mowę. Uniosłem lekko głowę i ujrzałem cztery osoby czołgające się po ziemi. Kiedy mnie zobaczyli, natychmiast zapytali, czy jestem ranny i dodali: „Jeśli nie, to dołącz do nas, będziemy uciekać”.

Wysunąłem się spod sztywnej ręki matki i patrząc na nią, pożegnałem się po raz ostatni. Dołączyłem do nich i czołgając się pomiędzy trupami, ruszyliśmy w stronę torów kolejowych. Mijaliśmy dziesiątki martwych ciał z roztrzaskanymi głowami lub rozprutymi brzuchami i wnętrznościami leżącymi obok nich. Przez pół godziny przeszliśmy około trzydziestu metrów, a do torów pozostało jeszcze dwadzieścia.

(...) Zatrzymaliśmy się, aby odpocząć przed ostatnią próbą ucieczki. Obok nas był dół o średnicy trzech metrów i półtora metra głęboki. W naszej pięcioosobowej grupie była kobieta lat około czterdziestu, ranna w obie nogi i z dużym upływem krwi, dwie dziewczyny po dziewiętnaście lat, chłopak lat piętnaście i ja; najmłodszy z nich - lat trzynaście. W tym miejscu było w miarę bezpiecznie. Rosło wysokie zielsko i nawet w pozycji siedzącej nie mogliśmy być widziani. Ranna kobieta powiedziała: „Wy uciekajcie, a ja tu pozostanę, bo jestem bardzo osłabiona”.

6 sierpnia 1944 – niedziela

Podczas odpoczynku, wbrew naszej woli, wszyscy usnęliśmy. Obudziłem się pierwszy i uklęknąłem. Noc wydawała mi się wyjątkowo widna. Panowała cisza i nikogo w pobliżu nie było. Pozostali spali twarzą do ziemi. Po chwili zorientowałem się, że jest to już wczesny ranek dnia następnego.

Kiedy odwróciłem głowę w stronę warsztatów kolejowych, spostrzegłem Ukraińca idącego na miejsce egzekucji. Było już za późno ukryć się w zielsku. Zauważył mnie i przystanął przypatrując mi się z odległości dwudziestu metrów. Stał jakby zdziwiony, skąd się tu wziąłem. Takie wzajemne wpatrywanie się w siebie trwało kilkanaście sekund. Bałem się, że za chwilę mnie zastrzeli. I jakbym przeczuł, podniósł karabin i skierował go w moim kierunku Zachowałem absolutną ciszę, a w myśli kończyłem ostatnie słowa modlitwy. W tym momencie cztery pozostałe osoby obudziły się jednocześnie i natychmiast, jakby za pociągnięciem sznurka, uklękły obok mnie.

Własowiec, jakby zdumiony, lekko drgnął, opuścił karabin i zaczął się rozglądać po całym terenie, szukając żyjących jeszcze osób. Trwało to następne kilkanaście sekund. Potem zbliżył się do nas na kilka kroków, podniósł karabin i wymierzył prosto w nas. Obie młode dziewczyny zaczęły płakać i krzyczeć: „Nie zabijaj!”. Ja natomiast przenosząc się myślami do Boga, powiedziałem: „Boże, myślałem, że mnie już ocaliłeś”. Nie dokończyłem jeszcze ostatniej sylaby, kiedy z odległości dwudziestu metrów ktoś krzyknął: „Halt!” Ukrainiec spojrzał w stronę, skąd dochodził głos, opuścił karabin i poszedł w kierunku miejsca egzekucji.

Na chodniku oddzielającym pole straceń od nasypu kolejowego stało trzech oficerów niemieckich. Ruchem ręki przywołali nas do siebie. Wstaliśmy i niepewni jeszcze swego losu, wolno szliśmy. Ranną w nogi kobietę podtrzymywały dziewczyny. Z upływu krwi była tak słaba, że po dwóch, trzech krokach padała na kolana. Jednak za każdym razem, przy naszej pomocy, podnosiła się, ale z wielkim wysiłkiem.

Kiedy wreszcie doszliśmy, kazano nam stanąć na chodniku. Ranna, pozostając bez pomocy, upadła na kolana i wspierając się na rękach, ciężko oddychała. Jeden z Niemców podszedł do niej dwa kroki i strzelił w plecy.

Nas prowadzono przed sobą, a kiedy zwalnialiśmy kroku, popychano lufami karabinów. Po przebyciu około stu metrów, znaleźliśmy się przed główną bramą warsztatów kolejowych. Stało w niej dwóch wyższych rangą oficerów niemieckich. O czymś pomiędzy sobą rozmawiali i po kilku sekundach znaleźliśmy się po drugiej jej stronie. W tym momencie nasze drogi się rozeszły. Każdy poszedł w swoim kierunku i straciliśmy ze sobą kontakt na zawsze.

Wszedłem do wewnątrz ogromnej hali wypełnionej po brzegi ludnością cywilną, głównie z Woli. Patrząc na te tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci pomyślałem: „Mieliście szczęście, że Was tu przyprowadzili”.

Jednocześnie wstąpiła we mnie wielka nadzieja odnalezienia tu ojca, siostry Ireny i jej męża. Nie namyślając się długo, rozpocząłem poszukiwania. Zacząłem się pytać o nazwisko ojca, które z kolei było podawane przez inne osoby dalej, aż obiegło całą halę. Nikt się nie zgłosił. Pytałem więc o nazwisko siostry po mężu - Kowalska. Teraz ktoś z daleka krzyknął, wymachując jednocześnie ręką, mówiąc: „Tu jest Kowalska”. Przeciskając się przez zatłoczoną halę, poszedłem we wskazane miejsce. Odnalazłem tam nie siostrę, ale jej teściową. Miała przy sobie dwoje najmłodszych dzieci: dziewięcioletnią Krystynę i dwunastoletniego Aleksandra. Kiedy mnie zobaczyła, powiedziała, żebym ich nie szukał, bo gdyby tu byli, to już by się odezwali. Kazała mi usiąść obok siebie i poczęstowała chlebem. Na jej pytanie, co się stało, że jestem tu sam, opowiedziałem jej cały przebieg zdarzenia.

Objęła mnie za ramiona i przytuliła do siebie. W ciągu kilkudziesięciu sekund w tej pozycji usnąłem. Kiedy się przebudziłem, głowę miałem opartą na jej kolanach. Dowiedziałem się też, że spałem dwie godziny.

Za chwilę nastąpi wymarsz, ale nikt nie wiedział dokąd i w jakim celu. Wyprowadzono nas za bramę i skierowano w stronę ulicy Górczewskiej, a potem w kierunku Urlichowa. Po obu stronach ogromnej masy ludzi, gdzie nie było widać początku, ani końca, szli, co parę metrów od siebie, uzbrojeni Niemcy i Ukraińcy.

Z Urlichowa przeprowadzono nas na Jelonki. Tu w pobliżu wsi Chrzanów wpędzono na teren ogrodzony drutem kolczastym. Był to ogromny dół o łagodnych zboczach i suchym dnie, porośnięty trawą, o średnicy około pięćdziesiąt i głęboki około dwadzieścia metrów, z przyległym do niego płaskim terenem.

Była godzina 12. Słońce prażyło i powstało pragnienie picia, a wody nie było. Siedzieliśmy na trawie w oczekiwaniu na dalsze losy. Pani Kowalska pocieszała mnie i utwierdzała w przekonaniu, że na pewno odnajdę ojca i siostrę, i jakoś to będzie. Wierzyłem w to, co mówiła, bo dodawała mi sił i podtrzymywała nadzieję.

Siedząc nieco uspokojony, nieustannie powracałem myślami do dnia poprzedniego. Najczęściej widziałem matkę, zapłakaną. roztrzęsioną i przytulającą mnie do siebie, a w kilka minut później już umierającą przy moim boku.

Po około trzydziestu minutach zauważyłem zbliżającego się, osiemnastoletniego wówczas, Heńka Marciniaka, kuzyna Pani Kowalskiej. Podszedł do nas i zwracając się najpierw do mnie powiedział: „Twój ojciec, Irena i Bogdan nie żyją. Zginęli dzisiaj o godzinie piątej przed szpitalem wolskim od strony ulicy Górczewskiej” i jako naoczny świadek zaczął opowiadać: „Kiedy Ukraińcy zbliżali się do naszego domu, Twój ojciec, Irena, Bogdan, ja i trzech innych jeszcze mężczyzn schowaliśmy się do piwnicy spalonego 3 sierpnia drewniaka. Ukraińcy, którzy wkroczyli na podwórko, domyślali się, że wiele osób ukrywa się po piwnicach i różnych innych zakamarkach. Rozpoczęli długotrwałą strzelaninę. Po kilkunastu minutach przenieśli się na drugą stronę budynku. Tam padały kule jak grad. Wykorzystując chwilową ich nieobecność, przenieśliśmy się do piwnicy sąsiedniego budynku na ulicę Gostyńską 17, będącego własnością Pani Kowalskiej.

Posiadał on piwnicę o grubych, betonowych ścianach. W jednym z pomieszczeń było małe niepozorne okienko z widokiem na podwórko. Po kilku minutach przyszło przed dom dwóch własowców, aby sprawdzić, czy kogoś tam nie ma. Bojąc się wejść do piwnicy, położyli u jej wejścia słomę, sami natomiast schowali się za drewniany płot oddalony o kilka metrów od budynku, a lufy karabinów ustawili w kierunku drzwi piwnicznych. Słomę podpalili i trochę dymu dostało się do piwnicy. Bogdan nie wiedział, co się dzieje i myśląc, że pali się budynek, wybiegł z pistoletem w ręku. Będąc w drzwiach, otrzymał serię z karabinu maszynowego w obie nogi powyżej kolan. Przebiegł kilka kroków do przodu i padł pod płotem. Kilka sekund później zaczął wołać: „Irena, wody!”. Chwyciła kubek i biegła do wyjścia z piwnicy, ale w ostatniej chwili zdołano ją zatrzymać. Pokazano jej przez małe, niepozorne okienko piwniczne Ukraińców schowanych za płotem. Powiedzieliśmy Irenie, aby poczekała, dopóki stąd nie odejdą i wówczas przeniesiemy go do piwnicy. Wydawało się, że zrozumiała. Wykorzystując jednak naszą nieuwagę, po raz drugi powtórzyła ucieczkę, tym razem udaną. Sytuacja była identyczna jak z Bogdanem. Teraz obydwoje leżeli cicho. Ukraińcy pomyśleli, że nie żyją i w piwnicy nikogo już nie ma, więc po kilku minutach odeszli. Słoma w tym czasie szybko się spaliła, nie powodując żadnych szkód.

Teraz wyszliśmy na podwórko i przenieśliśmy ich do piwnicy. Obwiązaliśmy im rany podartymi prześcieradłami przesiedzieliśmy tam do rana dnia dzisiejszego. Skoro tylko nastał świt, przybiegł do nas jeden ze znajomych z informacją, że szpital przy Płockiej przyjmuje rannych, ale zdrowe osoby rozstrzeliwują. Powiedział nam również, że Was wczoraj rozstrzelali. Teraz dopiero ojciec Twój dowiedział się o Waszej pewnej śmieci.

Po krótkiej rozmowie postanowiliśmy podjąć ryzyko i uratować im życie. Było nas razem siedem osób, w tym dwie ranne. Zrobiliśmy prowizoryczne nosze dla Ireny, bo nie mogła stanąć na nogi, a Bogdan, lżej ranny, wspierając się na ramionach dwóch mężczyzn, szedł wolno o własnych siłach. Irenę niósł Twój ojciec z innym mężczyzną. Ja szedłem obok nich. Szliśmy wyludnioną ulicą Płocką. Zbliżaliśmy się do szpitala. Kiedy znaleźliśmy się na wprost głównej bramy, od strony ulicy Górczewskiej ujrzeliśmy przy niej, w odległości około dwudziestu metrów, kilku uzbrojonych Niemców stojących w rozkroju. Z ulicy Górczewskiej skręciliśmy w alejkę prowadzącą do bramy. Szliśmy bardzo powoli w ich stronę. Niemcy puścili serię z karabinu maszynowego, trafiając w obie nogi Twojego ojca. W tym momencie nosze z Ireną puścił i upadł ranny na ziemię. Powstało zamieszanie, a mnie udało się niepostrzeżenie odskoczyć od nich i dołączyć do grupy dwudziestu osób stojących obok szpitala, nad wcześniej wykopanymi rowami schronu przeciwlotniczego. Służyły one teraz do grzebania rozstrzelanych. Będąc wśród nich, obserwowałem dalsze wydarzenia.

Podszedł do nich jeden z Niemców, pokazał niewielki mur stojący przy budynku szpitalnym i kazał Bogdanowi i pomagającym mu mężczyznom stanąć przed nim do egzekucji. Leżąc na noszach i widząc, że idą pod mur, Irena zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Wtedy stanął nad nią Niemiec i strzeli jej w usta. Martwą rzucili do rowu i zasypali ziemią. Bogdana i dwóch pozostałych rozstrzelali kilka sekund później, a Twojego ojca, rannego w nogi, wrzucili do rowu i na rozkaz Niemca próbowali zasypać żywcem.

Wśród nas był tylko jeden szpadel, a pozostali zasypywali rękami. Ojciec, kiedy poczuł na sobie grubszą warstwę ziemi, unosił się i zrzucał z siebie ziemię. Tak powtarzało się kilka razy. Zdenerwowany Niemiec rozkazał trzymającemu szpadel uderzyć go w głowę. Zbyt długo się namyślał i nie wykonywał rozkazu. Podszedł do niego Niemiec i strzelił mu w głowę. Wpadł martwy do dołu. Szpadel dał innemu z nas z tym samym poleceniem. Widząc, co przed chwilą się stało, podszedł do Twojego ojca i patrząc w odwrotnym kierunku uderzył go w głowę. Teraz stracił przytomność i został zasypany. Od tego zdarzenia upłynęło pół godziny i przywieziono rozkaz wstrzymania egzekucji ludności cywilnej. Wówczas ustawili nas w dwuszeregu i przyprowadzili do warsztatów kolejowych".

Na tym zakończył opowiadanie.


ps.


Dzis 2 listopada 2009 roku w kosciele św Wojciecha na warszawskiej Woli odprawiono msze w intencji ofiar rzezi na Woli. Po mszy odslonieto tablice w jednym tylko miejscu masakry, przy drewnianym krzyzu na ulicy Gorczewskiej 32.

W tym tylko jednym miejscu zamorodowano na przeciagu kilku dni 12 tysiecy mężczyzn, kobiet i dzieci. Mordowano całe rodziny, od niemowlat do starców. Jak udało sie sie ustalic ocalało jedynie osiem osob, w tym pan Czesław Adamusik.

Jakiekolwiek proby porównan traca sens wobec tak liczby pomordowanych jak i faktu ze byli to, nie tak jak chociazby w Katyniu, - cywile. W tym setki, jesli nie tysiace dzieci. Tylko w tym jednym miejscu na Woli !


Wspomnienia pana Adamusika ujrzały swiatlo dzienne dzieki nauczycielom z pobliskiego Gimnazjum przu ul. Grenady. Po raz pierwszy w sieci znalazly sie dzieki pomocy Maryli i Foxa na portalu blogmedia.historia:


http://blogmedia24-historia.blogspot.com/2009/09/czesaw-adamusik-wspomnienia-czesc-1.html

http://blogmedia24-historia.blogspot.com/2009/09/czesaw-adamusik-wspomnienia-czesc-2.html

http://blogmedia24-historia.blogspot.com/2009/10/czesaw-adamusik-wspomnienia-czesc-3.html


Dziekuje Viilo za mozliwosc umieszczenia ich i tutaj.

Elytki oraz apel o pomoc dla IPNu

Mowiac o elitach mamy zazwyczaj na mysli cream of the cream, te smietanke, prawie maselko, na samiusienkiej gorze. Analizujac problemy wspolczesnych Polakow nie wystarcza ograniczyc sie do tego. Szef firmy, CEO, Pan Prezes, czy jak sie to teraz w Polsce nazywa, jest elitą dla swoich kierownikow. Z kolei kierownicy stanowia elite dla szeregowych pracownikow. W dzisiejszej Polsce sprawy nie popsuly sie wylacznie na samej gorze, popsuly sie az do poziomu kierownikow, majstrow i zwyklych obywateli.
Elity nadaja ton zyciu spolecznemu. Jezeli majstry oszukuja i kradna to nie pomoze wymiana prezesa. Innymi slowy, gdyby juz dzis zeslac na Madagaskar, albo na profesure jakiegos lewicujacego uniwersytetu, Adama Michnika, ten symbol skurwienia elytek o bolszewickich korzeniach, to i tak pozostanie w kraju pulk Wojciechow i dywizja Kawalerow, ktorzy szukac beda nowego guru, a nie znajdujac go pograza sie w kulcie Adasia na zeslaniu. W zaden sposob nie przyjdzie im do glowy by przestac krasc, oszukiwac, lajdaczyc sie, lub uprawiac lewacką propagande. Sami mieliby zakwestionowac jedyny dorobek swojego zycia?

Nikt nie ma nerwow ze stali i dlatego wszawska elytka wpada od czasu do czasu w panike, tyle ze nawet nie ma z czego sie posmiac przy takich okazjach, okazuje sie jedynie, ze smrod moze byc zalosny.
W rozpaczliwe konwulsje wpadl ostatnio Wojciech Sadurski. Pewnie nie moze pogodzic sie z mysla, ze na zawsze pozostanie pograzony po czubek glowy w tej fekalnej lewackiej elytce.
Kolesie emancypowali go zbyt szybko. Okazuje sie, ze zbyt pospieszny awans z zsowietyzowanego fornala na forysia michnikowszyzny latwo uderza do glowy i rozkwita maniakalną wscieklizną.

Korzystajac z okazji przypominam, ze pojawiajacy sie w moich wpisach SADURSKI WOJCIECH nie jest osobą znaną z fizjonomi oraz z prob publicystycznych w klubokawiarni S24. Jest on natomiast anonimowym WS, bez twarzy, adresu, CV, bez numeru pesel, rozpoznawalnym jedynie po numerze swoich akt IPN BU 001043/1507.
Bylo znacznie wiecej takich jak on bohaterskich synow, ktorzy nieomal zgineli za ojczyzne.
IPN BU 00191/119 - SKALSKI ERNEST KAJETAN
IPN BU 00191/459 - LESKI KRZYSZTOF
Skoro IPN nie chce lub nie moze o nich pisac, to przynamniej my nie pozwolmy odejsc im w zapomnienie, nie pozwolmy odejsc ich heroicznym czynom i codziennej trosce o dobro ojczyzny.
Stworzmy im od nowa zyciorysy, biografie, opiszmy bohaterstwo i zmudny codzienny patriotyzm, dodajmy nowe twarze, jakies watle cialka, rodziny i przyjaciol. Powolajmy w tym celu Klinike III RP, a jej szefem niech zostanie doktor Frankenstein.

* * *

Goraco polecam ostatni felieton Andrzeja Kumora.
Uczennice sa dumne z siebie, albowiem od trzech lat twierdzą, ze merytoryczna dyskusja z polskim lewactwem prowadzi na manowce, jest stratą czasu i pospolitowaniem sie z posowieckimi fornalami. Najgorsze jest jednak to, ze taka dyskusja nie prowadzi ani do jakiegos "pojednania", ani do konstruktywnych wnioskow, ani do sensownej wizji przyszlego panstwa. Czegokolwiek nie mowilaby polska lewizna i po jakie argumenty by nie siegala, wszystko co wydobywa sie z ich smierdzacych pyskow sprowadza sie zawsze do jednego mianownika: "gadamy by ocalic naszą pozycje, to co nagrabilismy, oraz nasze przywileje".

Nie bojmy sie lewackich palantow, mozna ich spokojnie ignorowac, banowac, spuszczac ze schodow, a najbardziej upierdliwych po brzytwie.

2009-11-01

LISTA OSÓB ZAMORDOWANYCH PRZEZ KOMUNISTÓW W LATACH 1981 - 1989.

PAMIĘTAMY O WAS :


CZEKALSKI JÓZEF, l. 48.
Zamordowany w dniu 16 grudnia 1981 r. podczas pacyfikacji strajku w KWK Wujek, postrzał klatki piersiowej i brzucha, postrzał lewej stopy;


GIZA JÓZEF, l. 28.
Zamordowany w dniu 16 grudnia 1981 r. podczas pacyfikacji strajku w KWK Wujek, postrzał boczny szyi;


GNIDA JOACHIM, l. 28.
Zmarł w dniu 25 stycznia 1982 r. w wyniku ran odniesionych w dniu 16 grudnia 1981 r. podczas pacyfikacji strajku w KWK Wujek, postrzał w głowę;


GZIK RYSZARD, l. 35.
Zamordowany w dniu 16 grudnia 1981 r. podczas pacyfikacji strajku w KWK Wujek, postrzał w głowę;


KUPCZAK BOGUMIŁ, l. 28.
Zamordowany w dniu 16 grudnia 1981 r. podczas pacyfikacji strajku w KWK Wujek, postrzał brzucha;


PEŁKA ANDRZEJ, l. 20.
Zamordowany w dniu 16 grudnia 1981 r. podczas pacyfikacji w KWK Wujek, postrzał w głowę;


STAWISIŃSKI JAN, l. 22.
Zmarł w dniu 25 stycznia 1982 r. w wyniku ran odniesionych w dniu 16 grudnia 1981 r. podczas pacyfikacji strajku w KWK Wujek, postrzał w głowę;


WILK ZBIGNIEW, l. 20.
Zamordowany w dniu 16 grudnia 1981 r. podczas pacyfikacji strajku w KWK Wujek, postrzał w plecy i postrzał od tyłu w okolicy lędźwiowej;


ZAJĄC ZENON, l. 22.
Zamordowany w dniu 16 grudnia 1981 r. podczas pacyfikacji strajku w KWK Wujek, postrzał w klatkę piersiową;


BROWARCZYK ANTONI, l. 23.
Zamordowany strzałem w głowę podczas rozpędzania demonstracji w Gdańsku, w dniu 17 grudnia 1981 r.;


KOSECKI TADEUSZ.
Zmarł na zawał serca pobity przez ZOMO w czasie pacyfikacji strajku na Politechnice Wrocławskiej w dniu 17 grudnia 1981 r.;


ADAMOWICZ MICHAŁ, l. 28.
Zmarł w dniu 5 września 1982 r. w wyniku ran postrzałowych odniesionych w czasie demonstracji w dniu 31 sierpnia w Lubinie;


POZNIAK MIECZYSŁAW, l. 26.
Zmarł w dniu 31 sierpnia w Lubinie, w wyniku rany postrzałowej brzucha odniesionej w czasie demonstracji w Lubinie;


TRAJKOWSKI ANDRZEJ, l. 32.
Zmarł w dniu 31 sierpnia w Lubinie, w wyniku rany postrzałowej głowy odniesionej w czasie demonstracji w Lubinie;


BARCHAŃSKI EMIL, l. 17.
Uczeń, więzień polityczny. Zaginął w dniu 16 czerwca 1982 r. Ciało wyłowiono z Wisły. W trakcie śledztwa był bity, miał być świadkiem na rozprawie kolegów;


CIELECKI WOJCIECH, l. 19.
Zastrzelony przez żołnierza LWP w dniu 2 kwietnia 1982 r., w Białej Podlaskiej;


CIEŚLEWICZ WOJCIECH, l. 29.
Zmarł w dniu 2 marca 1982 r. w wyniku pobicia przez ZOMO podczas demonstracji w Poznaniu, w dniu 13 lutego 1982 r.;


DURDA WŁADYSŁAW
, Zmarł w nocy z 3 na 4 maja 1982 r. zatruty gazami łzawiącymi użytymi do rozpędzania demonstracji w dniu 3 maja 1982 r., w Szczecinie. Milicja odmówiła wezwania pogotowia;


GRUDZIŃSKI ADAM, l. 36.
Zmarł na serce po pobiciu w obozie internowania w Zalężu, w październiku 1982 r.;


JURGIELEWICZ ZDZISŁAW, l. 29.
Zmarł w dniu 21 września 1982 r. po pobiciu w dniu 12 września 1982 r. w KM MO, w Giżycku;


KAMIŃSKI WACŁAW, l. 32.
Zmarł w dniu 28 listopada 1982 r., trafiony petardą w czasie demonstracji w dniu 11 listopada 1982 r., w Gdańsku;


KOŁODZIEJCZYK WANDA, l. 59.
Przewieziona do szpitala w stanie agonalnym ze śladami pobicia z aresztu śledczego na ul. Rakowieckiej w Warszawie, zmarła w dniu 4 stycznia 1982 r.;


KOT STANISŁAW.
Po pobiciu przez patrol ZOMO w dniu 31 marca 1982 r. zmarł w dniu 3 kwietnia 1982 r. w Rzeszowie;


KRÓLIK STANISŁAW, l. 39.
Pobity w czasie demonstracji w dniu 10 listopada 1982 r. w Warszawie, zmarł w dniu 16 listopada 1982 r.;


LENARTOWICZ JOANNA, l. 19.
Zmarła w dniu 5 maja 1982 r. po pobiciu w czasie rozpędzania demonstracji w dniu 3 maja 1982 r. w Warszawie;


LISOWSKI WŁODZIMIERZ, l. 67.
Zmarł w dniu 13 lipca 1982 r. po pobiciu podczas demonstracji w dniu 13 maja 1982 r. w Krakowie;


MAJCHRZAK PIOTR, l. 19.
Zmarł w dniu 18 maja 1982 r. po pobiciu przez ZOMO podczas demonstracji w dniu 13 maja 1982 r. w Poznaniu;


MAJEWSKI KAZIMIERZ, l. 46.
Na skutek inwigilacji, gróźb i nakłaniania do współpracy z SB popełnił samobójstwo w dniu 29 października 1982 r. w Jeleniej Górze;


MICHALCZYK KAZIMIERZ, l. 27.
Zmarł w dniu 2 września 1982 r. w wyniku obrażeń poniesionych w czasie rozpędzania demonstracji we Wrocławiu w dniu 31 sierpnia 1982 r.;


RACZEK STANISŁAW, l. 35.
Zmarł w dniu 7 września 1982 r. po pobiciu w czasie demonstracji w Kielcach w dniu 31 sierpnia 1982 r.;


RADOMSKI MIECZYSŁAW, l. 56.
Zmarł w dniu 3 maja 1992 r. w czasie zajść ulicznych w Warszawie;


ROKITOWSKI MIECZYSŁAW, l. 47.
Zmarł w dniu 3 kwietnia 1982 r. po pobiciu w areszcie śledczym w Zalężu;


SADOWSKI PIOTR, l. 32.
Zmarł w dniu 31 sierpnia 1982 r. trafiony petardą podczas demonstracji w Gdańsku;


SZULECKI ADAM, l. 32.
Zmarł w dniu 9 maja 1982 r. po pobiciu w czasie demonstracji w dniu 3 maja 1982 r. w Warszawie;


WILKOMIRSKI EUGENIUSZ, l. 52.
Zmarł w dniu 3 września 1982 r. po pobiciu przez ZOMO w czasie demonstracji w Częstochowie w dniu 1 września 1982 r.;


WŁOSIK BOGDAN, l. 30.
Zamordowany z broni palnej przez funkcjonariusza SB w czasie demonstracji w Nowej Hucie w dniu 13 października 1982 r.;


WOZNIAK TADEUSZ, l. 49.
Zmarł w dniu 1 września 1982 r. po pobiciu przez ZOMO podczas demonstracji w dniu 31 sierpnia 1982 r. we Wrocławiu;


ZDUNEK FRANCISZEK, l. 49.
Przewodniczacy Komitetu Budowy Kaplicy w Sobolewie w woj. lubelskim. Zastrzelony przez sierżanta MO;


BLESZCZYNSKI ZENON, l. 24.
Zmarł w nocy z 13 na 14 stycznia 1983 r. po pobiciu w areszcie śledczym w dniu 28 grudnia 1982 r.;


DRABOWSKA JANINA, l. 63.
Zmarła we wrześniu 1983 r. na skutek obrzęku płuc spowodowanego działaniem gazów łzawiących użytych do rozpędzania demonstracji w Nowej Hucie w dniu 31 sierpnia 1983 r.;


GRZYWNA ANDRZEJ, l. 62.
Zmarł w nocy z 29 na 30 sierpnia 1983 r. po pobiciu pałką po głowie w milicyjnym areszcie;


KOWALSKI RYSZARD, l. 44.
Przewodniczący KZ NSZZ "Solidarność" w Hucie Katowice, dwukrotny więzień polityczny. Zaginął w dniu 7 lutego 1983 r. Ciało wyłowiono z rzeki w dniu 31 marca 1983 r.;


LARYSZ JÓZEF, l. 41.
Przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" w zakładach ELWRO. Internowany, zwolniony z pracy. Zmarł w dniu 7 marca 1983 r. po kolejnym przesłuchaniu w KW MO;


LYSKAWA BERNARD, l. 56.
Zmarł na zawał serca uciekając przed ZOMO po demonstracji w Krakowie w dniu 1 maja 1983 r.;


MIASKO ZDZISŁAW, l. 29.
Zmarł w dniu 3 czerwca 1983 r. po pobiciu na posterunku MO w Nowej Miłosnej;


MARZEC JERZY, l. 21.
Zaginął w dniu 21 czerwca 1983 r. po uroczystościach powitania Papieża. Ciało znaleziono nad Odrą w dniu 22 czerwca 1983 r. Powodem śmierci było zachłyśnięcie się krwią;


PODBORACZYŃSKI BOGUSŁAW, l. 21.
Działacz NSZZ "Solidarność". Prawdopodobnie zatrzymany przez funkcjonariuszy MO, ciało wydobyto z rzeki w dniu 30 kwietnia 1983 r.;


PRZEMYK GRZEGORZ, l. 19.
Zmarł w dniu 14 maja 1983 r. w wyniku obrażeń po pobiciu przez milicjantów na Komisariacie MO przy ul. Jezuickiej w Warszawie w dniu 12 maja 1983 r.;


STEFAŃSKI JACEK, l. 25.
Zmarł w dniu 9 września 1983 r. Pobity w dniu 2 września 1983 r. na ulicy przez "nieznanych sprawców". Brata Jacka i świadków wydarzenia funkcjonariusze MSW nakłaniali szantażem do zaniechania wyjaśnienia sprawy;


SYMONIUK ZBIGNIEW, l. 33.
Członek Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania. Internowany, więzień polityczny. Zmarł w dniu 8 stycznia 1983 r. Wg oficjalnej wersji popełnił samobójstwo w czasie odbywania kary 2 lat pozbawienia wolności w więzieniu w Białymstoku;


SMAGURA RYSZARD, l. 29.
Zmarł w dniu 1 maja 1983 r. w Krakowie po trafieniu petardą w czasie demonstracji;


SZYMANSKI ZBIGNIEW.
Zmarł w kwietniu 1983 r. po pobiciu przez ZOMO -wców : R. Rudowczaka i J. Niemca;


WASILUK HENRYK, l. 28.
Więzień polityczny. Zmarł w dniu 25 listopada 1983 r. Po zwolnieniu z więzienia popełnił samobójstwo przez samospalenie.

WEDROWNY JERZY, l. 28.
Aresztowany za udział w manifestacji w dniu 31 sierpnia 1983 r. Zmarł w areszcie śledczym we wrześniu 1983 r. w niewyjaśnionych okolicznościach, przed terminem rozprawy;


WITKOWSKI WŁODZIMIERZ, l. 31.
Zaginął podczas manifestacji w dniu 31 sierpnia 1983 r. we Wrocławiu. Zwłoki znaleziono w dniu 7 września 1983 r. wiszące na drzewie pod Oleśnicą;


ZIOŁKOWSKI JAN, l. 56.
Współpracownik Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Czerwca 1956 r. Zmarł w dniu 5 marca 1983 r. pobity w czasie przesłuchania w V komisariacie MO w Poznaniu;


BARTOSZCZE PIOTR, l. 34.
Działacz NSZZ "Solidarność" Rolników Indywidualnych. Zmarł w nocy z 7 na 8 lutego 1984 r. Ciało znaleziono w dniu 8 lutego 1984 r. w studzience melioracyjnej na polu ze śladami bicia i duszenia;


FRACZEK LECH.
Zmarł w dniu 25 maja 1984 r. po pobiciu w dniu 5 kwietnia 1984 r. na posterunku MO;


FRAS TADEUSZ, l. 33.
Nauczyciel, przewodniczący NSZZ "Solidarność" w szkole. Zmarł w dniu 7 września 1984 r. Ciało znaleziono na przedmieściu Krakowa. Wg oficjalnej wersji wyskoczył z II piętra. Sekcja zwłok ujawniła ślady bicia i duszenia;


GEBOSZ ANDRZEJ, l. 31.
Zmarł w dniu 26 października 1984 r. po pobiciu podczas przesłuchania w DUSW Łódź - Śródmieście;


HAC ALEKSANDER, l. 44.
Przewodniczący KZ NSZZ "Solidarność" w Fabryce Samochodów Ciężarowych w Lublinie. Zmarł w dniu 18 pazdziernika 1984 r. Znaleziony w dniu 16 października 1984 r. w piwnicy domu przy ul. Królewskiej z ciężkimi obrażeniami głowy;


HANT EDYTA, l. 8. Uczennica,
Zmarła w dniu 29 marca 1984 r. Zginęła w parku od strzału oddanego z okien mieszkania przez sierżanta MO Halonia;


JASIŃSKI KRZYSZTOF, l. 25.
Działacz NSZZ "Solidarność". Internowany. Zmarł w dniu 10 listopada 1984 r. Zwłoki znaleziono na przystanku PKS w Elblągu z licznymi urazami;


KULKA STANISŁAW, l. 47.
W dniu 15 listopada 1984 r. został zastrzelony na szosie przez milicjanta Jana Żurka;


LAWRYNOWICZ HENRYK, l. 42.
W dniu 8 listopada 1984 r. został zatrzymany na Komisariacie Kolejowym. Zmarł w dniu 9 listopada 1984 r. Lekarz stwierdził krwiaka skroni i liczne obrażenia;


LAZARSKI KAZIMIERZ, l. 58.
Pobity we własnym mieszkaniu przez funkcjonariuszy MO. Zmarł w dniu 24 września 1984 r. Sąd Rejonowy w Oleśnicy skazał funkcjonariuszy Ryszarda Boryga, Zbigniewa Królaka i Józefa Jarosika na kary od 1 do 2 lat pozbawienia wolności;



POPIEŁUSZKO JERZY, l. 37.
Kapelan NSZZ "Solidarność". Porwany i bestialsko zamordowany w październiku 1984 r. przez funkcjonariuszy bezpieki

ROMANOWSKI JAROSŁAW, l. 23.
Zmarł w dniu 12 maja 1984 r. Zatrzymany przez MO. Wg oficjalnej wersji powiesił się w areszcie;


STRUSKI KRZYSZTOF, l. 28
. Zmarł w dniu 14 listopada. Zatrzymany przez funkcjonariuszy MO został wyrzucony z milicyjnego samochodu;


SZTENCEL PAWEŁ, l. 19.
Zmarł w dniu 22 grudnia 1984 r. na astmę sercową w areszcie śledczym przy ul. Smutnej w Łodzi.


TOKARCZYK ZBIGNIEW, l. 31.
Działacz NSZZ "Solidarność" i KPN. Internowany i szykanowany przez SB. Zmarł w nocy z 22 na 23 lutego 1984 r. Ciało znaleziono koło domu denata. Sekcja wykazała urazy wątroby i płuc oraz ślady ciosów;


WALCZAK BOGUSŁAW, l. 57.
Zmarł w marcu 1984 r. Został zatrzymany przez patrol MO w dniu 8 marca 1984 r. Żonie wydano ciało w dniu 16 marca 1984 r. twierdząc, że znaleziono je na ulicy;


ANTONOWICZ MARCIN, l. 19.
Zmarł w dniu 2 listopada 1985 r. Został zatrzymany przez patrol MO w dniu 19 października 1985 r. W milicyjnym samochodzie doznał śmiertelnych urazów głowy;


BUDNY JAN.
Zmarł w dniu 14 lutego 1985 r. Zatrzymany przez funkcjonariuszy MO Witolda Jabłońskiego i Kazimierza Klonowskiego w dniu 11 lutego 1985 r. Pobity w czasie przesłuchania. W szpitalu stwierdzono krwiaka mózgu, który był przyczyną zgonu;


BULKO ZDZISŁAW, l. 30.
Zmarł w dniu 17 grudnia 1985 r. Znaleziony w rowie pod Zamościem z ciężkimi obrażeniami. Zwolnieni przez niego z pracy za pijaństwo i kradzieże trzej ORMO-wcy grozili mu zemstą;


CZARNY MIKOŁAJ, l. 56.
Zmarł w dniu 14 lutego 1985 r. Został zatrzymany przez MO. Zmarł w wyniku urazów czaszki. Wg oficjalnej wersji spadł ze schodów;


FRANZ ROMAN, l. 32.
Zmarł w dniu 8 stycznia 1985 r. Został zatrzymany przez milicję na Komisariacie Kolejowym. Znaleziony martwy na ławce koło dworca PKP. Sekcja wykazała stłuczenie mózgu;


KRAWIEC JAN, l. 22.
Zmarł 30 października 1985 r. W dniu 30 października 1985 r. został zatrzymany na Komendzie MO w Miechowie. Wg oficjalnej wersji popełnił samobójstwo w areszcie przez powieszenie. Ciało nosiło ślady urazów piersi, brzucha i głowy;


KRZYWDA JACEK, l. 37.
Zmarł w dniu 26 czerwca 1985 r. Został pobity w bramie domu, w którym mieszkał, przez patrol MO;

SAMSONOWICZ JAN jeden z inicjatorów powstania Ruchu Młodej Polski, działacz NSZZ "Solidarność". Zamordowany przez Służbę Bezpieczeństwa 30 czerwca 1983 w Gdańsku ;


KASPROWSKI DARIUSZ, l. 23.
Zmarł w dniu 9 grudnia 1985 r. Wg. oficjalnej wersji powiesił się, w ZK w Koronowie. Na ciele stwierdzono liczne urazy szyi, ramion i pleców;


MARTIN LESŁAW, l. 37.
Członek Komisji Rewizyjnej Zarzadu Regionu NSZZ "Solidarność". Zamordowany w dniu 23 stycznia 1985 r. Został zrzucony przez "nieznanych sprawców" z kładki dla pieszych nad ulicą, z wysokości 20m;


POPŁAWSKI PIOTR.
Pop cerkwi prawosławnej w Narwi. Zaginął w dniu 15 czerwca 1985 r. Zwłoki znaleziono w dniu 20 czerwca 1985 r. w lesie koło Zabludowa. Wg oficjalnej wersji popełnił samobójstwo;


PRZEPIORZYNSKI WITOLD,
członek NSZZ "Solidarność". Zaginął w dniu 9 maja 1985 r. Zwłoki znaleziono w dniu 17 maja 1985 r. w kanale portowym ze śladami silnych obrażeń;


SZUSTER ALEKSANDER, l. 25.
Zmarł w dniu 30 stycznia 1985 r. po pobiciu na Komisariacie MO w Świdniku. Przyczyną śmierci było złamanie podstawy czaszki;


ŚLUSARSKI RYSZARD, l. 25. Zmarł w dniu 4 marca 1985 r. po pobiciu przez funkcjonariuszy MO w mieszkaniu, na ulicy i w komisariacie. Śmierć nastąpiła w wyniku zmiażdżenia wątroby, nerek i pęknięcia jelit.


BEDNAREK MARIAN, l. 35.
Zmarł w dniu 27 grudnia 1986 r. po pobiciu na komisariacie MO;


SZKARLAT ZBIGNIEW, l. 43.
Działacz NSZZ "Solidarność", więzień polityczny. Zmarł w dniu 9 lutego 1986 r. Znaleziony na ulicy w dniu 2 lutego 1986 r. ciężko pobity, stwierdzono pęknięcie czaszki i uszkodzenie mózgu;


LUKS GRZEGORZ, l. 19.
Zmarł w dniu 14 stycznia 1987 r. Został zbity i skopany przez patrol MO w nocy z 29 na 30 sierpnia 1986 r. Przy niedostatecznej pomocy lekarskiej, zmarł w wyniku powikłań po pourazowej torbieli trzustki;


KALINOWSKI WACŁAW.
Zmarł w dniu 27 marca 1987 r. W dniu 22 marca 1987 r. został pobity w samochodzie milicyjnym;


STRZELECKI JAN, l. 69.
Zmarł w dniu 11 lipca 1988 r. Znaleziony ciężko pobity nad Wisłą w dniu 30 czerwca 1988 r.;


NIEDZIELAK STEFAN.
Proboszcz parafii Św. Karola Boromeusza. Zmarł w dniu 20 stycznia 1989 r. Ciało znaleziono w mieszkaniu denata. Sekcja wykazała liczne urazy i rozerwanie wiązadeł kręgu szyjnego jako przyczynę śmierci;


SUCHOWOLEC STANISŁAW.
Proboszcz parafii Najświętszej Marii Panny na Dojlidach. Zmarł w dniu 30 stycznia 1989 r. Wg wersji prokuratury śmierć nastąpiła w wyniku zatrucia tlenkiem metali spowodowanego pożarem w pokoju.

ZYCH SYLWESTER, l. 39.
Wikariusz parafii Św. Jakuba. Więzień polityczny. Zmarł 11 lipca 1989 r. Ciało znaleziono na dworcu PKS.

Proszą o pamięć i modlitwę……

Jesteśmy im to winni.

Ogólną liczbę ofiar (poza osobami, które zginęły w wyniku bezpośrednich akcji ZOMO i wojska, odcięcia telefonów, zablokowania transportu i bałaganu wywołanego przez komisarzy wojskowych) ocenia się na kilkaset osób.

Do dnia dzisiejszego nie ma kompletnej listy ofiar, a zbrodniarze i kaci nie zostali ukarani….

Mordercy są wśród nas. Niech to nie da wam spokojnie żyć .