Pod tekstem Europaranoja dyskusja zeszła na boczny tor. Sam tekst dotyczył bezsensu przynależnictwa Polski do UE ze względu na bezustannie rozszerzające się kompetencje tego biurokratycznego molocha. Pojawiły się natomiast propozycje ewentualnych sojuszy. Broniłem tam opcji bliskowschodniej, co nie spotkało się ze szczególnym przyjęciem innych czytelników. Oni raczej chcieli dogadywać się z USA. Zanim przejdę ad rem wypadałoby kilka rzeczy wyjaśnić.
Pierwszą rzeczą jest polityczny realizm. Należy tak ustawiać międzynarodowe alianse, żebyśmy nie wyszli na nich jak Zabłocki na mydle. Co się dzieje natomiast obecnie? Jesteśmy na przykład w UE, musimy zatem znosić różne praktyki protekcjonistyczne Niemiec i Francji, tj. tamtejszego dominatu. Przykładem są tutaj dopłaty rolne, które istnieją tylko dlatego, żeby rolnictwo w kilku dużych krajach zachodniej Europy nie upadło. Poza tym często dostajemy połajanki zupełnie jak za Breżniewa o braku postępów jedynego prawdziwego ustroju socjalistycznego. Wymuszana jest na nas rozbudowa biurokracji. Tworzyć nawet musimy jakieś dziwne urzędy typu ministra do spraw równouprawnienia, prawdopodobnie po to, żeby różni seksualni zboczeńcy mieli gdzie uskarżać się na swój los. Nasz rozwój gospodarczy hamowany jest na szereg różnych sposobów - typu minimalne stawki VAT, ceł, akcyzy na paliwa. Powiedzieć można by: a po co nam taka organizacja, w której mówią nam, że tracimy okazję do siedzenia cicho (słynny casus Chiraca). Wstąpienie do UE, tak lansowane przez rodzimych quislingowców, okazało się być sprzeczne z jakimkolwiek naszym interesem. Nie było zatem działaniem politycznie realistycznym. Innym przykładem są tutaj nasze stosunki z USA. Też podchodzimy tutaj na kolanach. Zapominamy, że to taki dziwny pies, którym merda ogon - państewko wielkości województwa mazowieckiego, a przy okazji oczko w głowie tego supermocarstwa. A my co zrobiliśmy? Kupiliśmy latające gruchoty o wdzięcznej nazwie F16. Wysłaliśmy swoich żołnierzy do Iraku i Afganistanu: nic z tego nie mamy tak naprawdę. Mimo to różne żydowskie mafie - to i tak określenie eufemistyczne - żądają od nas 65 miliardów dolarów. Symbiontem USA jest Izrael, z którym to mamy najlepsze stosunki ze wszystkich państw europejskich. A w zamian nic. Przyjeżdżają do nas wycieczki z uzbrojonymi strażnikami tak, jakbyśmy byli ich protektoratem. Tak samo ciągle dostaje się nam na arenie międzynarodowej od antysemitów. Na wszystkich naszych dotychczasowych sojuszach wychodzimy zatem, jak Zabłocki na mydle. Były one tworzone z myślą nie o działaniu niepodległego państwa, tylko o podporządkowaniu się komuś większemu, kto miał nas gospodarczo ożywić, militarnie wzmocnić, a - kto wie - czy postępowej etyki nie narzucić.
Można mi zarzucić, że skoro krytykuję zarówno UE jak i USA, to jestem zwolennikiem opcji prorosyjskiej. Nieprawda. Rosjanie wiele zrobili, żeby wepchnąć nas w uzależnienie od Matuszki Rassiji. Swoistym przykładem ich geopolitycznego geniuszu było przyznanie nam ziem zachodnich przez Stalina zadekretowane w Teheranie. Miało to nas skonfliktować z Niemcami, a przez to wymusić alians z Rosją. Nie był to pomysł nowy. W czasie wojny domowej w Rosji został on wysunięty już przez admirała Kołczaka. Musimy jednak patrzeć na historię. Przecież Niemcy i Rosja przez tysiąc lat dążyły do podboju ziem Polski. Caryca Katarzyna jasno określiła plany Rosji. Należy zdobyć Polskę oraz cieśniny tureckie. Rosja będzie siłą rzeczy dążyć do tego, żeby nas od siebie uzależnić. Przykładem jest szantażowanie gazowym kurkiem. Dąży również, żebyśmy nie dywersyfikowali dostaw paliw kopalnych. Nic dziwnego, że pomysł ekipy AWS o rurociągu z Norwegii upadł, gdy tylko doszli do władzy postkomuniści. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił ówczesny premier Leszek Miller, to skuteczne pogrzebanie tego konceptu. A niby kto kierował postkomunistami?
Podstawą prowadzenia jakiejkolwiek polityki międzynarodowej jest posiadanie silnej armii. Już von Clausevitz mawiał, że wojna jest przedłużeniem dyplomacji. A czy obecni nasi tzw. sojusznicy pozwoliliby nam na to? Wątpię. Nasze sojusze to bowiem alianse wilka z owcą. Gdybyśmy stwierdzili, że chcemy mieć armię pół miliona ludzi, a do tego ludowe komitety oporu w każdej gminie, oni doprowadziliby do upadku tego pomysłu. W ich interesie nie jest zatem, żebyśmy byli bardzo mocni - mówię tutaj zarówno o USA, Rosji, Niemczech. Oni chcą, żebyśmy chodzili grzecznie na smyczy, a nie zagrażali ich partykularnym interesom.
W takim układzie, co nam pozostaje?
Wspominałem o opcji bliskowschodniej, czyli sojuszu z Turcją i Iranem. Z tym drugim należałoby w tym celu wznowić stosunki dyplomatyczne. Istotną zaletą jest tutaj uniezależnienie się od surowców energetycznych z Rosji. Państwa te siedzą bowiem na ropie i gazie. Można by zatem stamtąd pociągnąć rurociąg przez Azję Mniejszą i Bałkany. Wówczas Kreml nie będzie mógł nas szantażować zakręceniem gazowego kurka. A to jest już bardzo dużo.
W drugą stronę podpisać należy układy handlowe i gospodarcze. Iran to kraj o gospodarce w dużej mierze państwowej, jednak ilość zagranicznych inwestycji w nim rośnie. Powinien zgodzić się zatem wpuścić naszych przedsiębiorców. Poza tym można by im sprzedawać technologie militarne oraz broń. Pozwoli to również Rosję szachować na gruncie geopolityki i pozbawiać to co raz bardziej upadłe państwo wpływów na Kaukazie i w Azji Środkowej.
Państwom w tamtym regionie również powinno zależeć na takim sojuszu. A dlaczego? Rosjanie wyznają teorię geopolityczną McKindera o Heartlandzie. Wynika z niej, że jeżeli ktoś chce władać światem, musi najpierw podbić Azję Środkową. Jeżeli tym państwom zależy na niepodległości, to raczej powinny być nastawione antyrosyjsko. Turcji i Iranowi poza tym zależy, żeby odzyskać wpływy na Kaukazie.
Z drugiej strony my będziemy mogli rozbudować armię. Nikt nam nie będzie mógł tego zabronić. Nasi sojusznicy ze względu na militarne kontrakty będą z tego powodu zadowoleni.
Jakie są najczęstsze kontargumenty wobec takiego przeorientowania polskiej polityki zagranicznej? Zwraca się uwagę tutaj na fundamentalizm islamski w Iranie. Ale co to ma do rzeczy? Czy tym osobom nie przeszkadza ateistyczny fundamentalizm zachodniej Europy? Przecież to jest niekonsekwencja w rozumowaniu. Widzą również w islamie zagrożenie dla zachodniej cywilizacji. Dodam, że ja żadnego nie widzę. Nas powinno cieszyć, jak ochoczo wrogie nam państwa zachodniej Europy zakładają sobie pętlę na szyję. Płacz nad ich losem, który ściągnęli na siebie obyczajowym zepsuciem, jest całkowicie irracjonalny. Tak więc podstawowy argument islamizmu tutaj pada. Niby również w celach kontraktów na dostarczanie surowców energetycznych nie ma potrzeby zawiązywania aliansów. My jednak jesteśmy obecnie państwem słabym i innej możliwości tutaj nie ma.
Wiara w jakieś ex occidente lux jest zatem słabo podbudowana. Z tamtej strony nie spotkało nas nigdy nic dobrego. O pewnych sytuacjach można wręcz powiedzieć, że "wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły". Spodziewać się jednak po obecnych quislingowcach krzty myślenia w kategoriach realizmu politycznego oraz interesu państwa to jeszcze dobitniejszy przykład myślenia życzeniowego.
2009-09-16
Ex occidente lux?
Posted by
Kirker
at
17:57
0
comments
Labels: Bliski Wschód, polityka międzynarodowa, Polska, quislingowcy, sojusze, USA
2009-08-04
Prezydent - lepszy Obama niż destabilizacja
W świetle amerykańskiej konstytucji prezydentem kraju może zostać jedynie obywatel urodzony na jego terytorium. Dokument przedstawiony przez Taitz, gdyby okazał się prawdziwy, mógłby zdyskredytować Obamę, jako człowieka pełniącego ten urząd. Od stanowiska kalifornijskiej prawniczki, wokół której zdążyła się skupić grupa ludzi nazwanych już przez media Birthersami (Birth >>ang.<< - narodziny), odcięły się środowiska konserwatywne na czele z Partią Republikańską.
Portal ,,The Inquisitor'' podał informacje demaskujące fałszywkę zaprezentowaną przez Orly Taitz. W dokumencie pochodzącym z lutego 1964 roku zawarta jest informacja, że został on wydany przez Republikę Kenii. Ekipa portalu informuje jednak, że w tym czasie Kenia pozostawała nadal kolonią Wielkiej Brytanii, a samodzielność prawną uzyskała dopiero w grudniu - 10 miesięcy później.
Wygląda na to, że regularnie atakowanemu z prawej strony Barackowi Obamie upiekło się po raz kolejny. Pierwszy czarny prezydent USA może odetchnąć z ulgą, a razem z nim cały aparat władzy tego państwa. Bez względu na to, czy zarzuty stawiane Obamie są prawdziwe, czy nie, scenariusz w którym zostaje on odwołany z fotela prezydenckiego za złamanie konstytucji to dla Stanów najgorsza z opcji - dużo gorsza niż odbębnienie pełnej kadencji przez największego lewaka na tym stanowisku od dziesiątek lat.
Odwołanie Baracka Obamy oznaczałoby permanentną, jeszcze większą od niestabilności powodowanej lewicowymi reformami prezydenta, destabilizację Stanów Zjednoczonych. Taki rozwój wypadków groziłby wzburzeniem czarnej Ameryki, zamieszkami na tle rasowym, a nawet secesją niektórych stanów, w zależności od zajętego stanowiska w sprawie. Czarni mogliby uznać odwołanie ich pobratymcy za spisek białych neokonserwatywnych bankierów i poderżnięcie gardła rewolucji, której symbolem stał się dla nich Obama. Od tego krok do nieuznania następcy, co pociągnęłoby za sobą ryzyko wojny domowej i totalnej anarchii na terenie całego kraju.
Należy pamietać, że USA pozostają państwem federalnym i wystarczy podgrzać atmosferę do odpowiedniego stopnia, by interes wspólnoty przestał mieć większe znaczenie od interesu stanowego, a piękna rodzina składająca się z pięćdziesięciu stanów rozpadnie się, niczym nowoczesna wielopokoleniowa rodzina, której jedyny spójnik - senior rodu - nagle umiera na zawał.
Dlatego też cieszę się, że afera związana z pochodzeniem Baracka Obamy wydaje się wyciszać. Lepszy lewak, pacyfista i szkodliwy dla interesu Zachodu polityk na stanowisku prezydenta USA, niż destabilizacja i upadek tej największej na świecie potęgi, tak bardzo dziś potrzebnej światu.
Posted by
Jaku
at
13:22
3
comments
Labels: propaganda, USA
2009-07-29
Świat potrzebuje Pax Americana
Od czasu gdy na fotelu prezydenckim w Waszyngtonie zasiadł były pacyfista i lewacki działacz Barack Obama, tak jak mogliśmy się spodziewać, polityka Stanów Zjednoczonych pogrąża się w coraz głębszym izolacjonizmie. Jednak nie takiej recepty potrzebuje świat w dobie kryzysu i permanentnego konfliktu politycznego.
Wszyscy wrogowie Stanów Zjednoczonych czekali na zwycięstwo Obamy. Dzięki jego naiwności w polityce zagranicznej i bezmyślnej polityce wewnętrznej nakierowanej na zabawianie tłuszczy i eksperymentowanie z lewicowymi projektami, kraje takie jak Rosja czy Chiny mają obecnie wolną rękę w sprawach, które zawsze stawały się obiektem krytyki Wielkiego Szeryfa, który obecnie zdaje się przemieniać w Wielkiego Zdrętwiałego Szeryfa na emeryturze.
Naszego emeryta nie interesuje już kwestia Czeczenii, w której znowu giną aktywiści niepodległościowi, nie zajmuje go masakra Ujgurów w Chinach (dysydentka z tamtych okolic Rebija Kadir podała, że jednej nocy zaginęło około 10 tys. ludzi), ów emeryt również nie robi sobie nic z faktu, że ChRL-D otacza swym wpływem Europę mieszając się w sprawy wewnętrzne Mołdawii oczekując korzyści politycznych w zamian za wielką pożyczkę tuż przed wyborami w tej postradzieckiej republice.
Wobec braku działań ogarniętego inercją Kraju Wolności Europa oddala się od zamieniającego się obecnie w taki sam socjalny padół naturalnego sojusznika zza Atlantyku, oddając się w zimny uścisk Moskwy. Francję i Niemcy w warunkach aktywnej polityki Stanów Zjednoczonych w regionie możnaby skłonić do spójnej polityki w ramach zachodniego kręgu cywilizacyjnego. W obliczu inercji Białego Domu kraje te staczają się w coraz silniejszą rusofilię.
Ostatnio lewicowy polityk Frank Walter Steinmeier zaproponował wręcz denuklearyzację RFN. Ostatni raz z taki pomysł pojawił się w Planie Rapackiego w 1957 stworzonym przez polskich komunistów i nawet ZSRR nie zgodziło się na takie osłabienie obronności państwa niemieckiego (fakt, że byłoby ono wówczas niekorzystne dla Sowietów). Niemcy bez atomu, z Bundeswehra w której żołnierze otrzymują przydziałowe dwa piwa dziennie i boją się strzelać w Afganistanie, to zniesienie ostatniej przeszkody na drodze do dominacji Rosji w regionie.
I tak jak w Afganistanie grubych, pijanych niemieckich żołnierzy w ich fachu zastępują marines, tak w twardej polityce wobec Federacji Rosyjskiej to Waszyngton zastępował Berlin czy Paryż. Wszystkie ciosy krytyki ostrego kursu uderzały w Biały Dom, za którego osłoną Francuzi czy Niemcy mogli załatwiać swe interesy z Rosjanami. Bo to Jankesi są źli, a dobrzy europejczycy chcą się dogadać. W zamian za ochronę Ameryka otrzymała pacyfistyczne i antyamerykańskie demonstracje w największych europejskich miastach i obojętność lub niechęć wobec inicjatyw wojska USA na całym świecie.
Aktywność Wielkiego Diabła w krajach arabskich odsuwała uwagę od antyarabskich działań we Włoszech czy Francji. Największym złem jest Ameryka, w porównaniu z nim słabe europejskie kraje, podejmujące śmieszne działania to pestka. Szczególnie, że w niektórych już teraz równoważnym kodeksem praw jest Szariat, a w następnych wystarczy spłodzić kilkaset tysięcy muzułmanów więcej, by przejąć inicjatywę. Płonące opony w Paryżu i rytualne zabójstwa religijne w Berlinie to dopiero początek. Bierność Stanów Zjednoczonych tylko ten proces przyspieszy.
Tak samo będzie z procesem pogrążania się Europy w lewicowym bagnie skazującym obywateli na coraz większą kontrolę i coraz mniejszą zdolność do podejmowania samodzielnych działań czy decyzji. Antyamerykańska lewica mimo wszystko triumfuje a pomysły będące fantastyką naukową jeszcze kilka lat temu, zyskują dziś szerokie poparcie w europejskich społeczeństwach. Teraz parasol ochronny jest powoli składany a Europa niedługo zatęskni za status quo gwarantowanym przez potęgę zza Atlanyku. Gdy tylko w Paryżu pierwszy muezin wyjdzie na Wieżę Eiffla, a w Helsinkach powstanie pierwsza rada komisarzy ludowych.
Kraje Europy środkowo-wschodniej potrzebujące wsparcia amerykańskiego, by nie stać się częścią rosyjskiej strefy wpływów oraz kraje, jak Gruzja czy Ukraina, które po latach cierpień chcą się z tej zależności wyrwać, obecnie zostały na lodzie i tylko arcyzręczna polityka ich rządów uchroni je przed dominacją Moskwy. A na cuda w postaci jednomyślnej współpracy rządów owych państw zgodnych z interesem regionu nie ma co liczyć. Partnerstwo Wschodnie to dziś slogan a NATO samo tępiące sobie zęby zamienia się powoli w kółko dyskusyjne dla pacyfistów marzących o samorozwiązaniu organizacji.
Opisywani wyżej Czeczeńcy, Ujgurzy, Mołdawianie, Ukraińcy, Gruzini i Europejczycy z krajów starej i nowej Unii - oni wszyscy potrzebują powrotu Wielkiego Szeryfa. Razem z nimi tego powrotu potrzebuje świat skazany na pastwę fundamentalizmu islamskiego i komunistycznego imperializmu odradzającego się w Pekinie i zależnej od niego Moskwie.
Świat potrzebuje pomocy tępych i ograniczonych Amerykanów co rusz zdobywających nagrodę Nobla, ludzi rzekomo gorszych od młodych emo z europejskich coffee-shopów dywagujących godzinami nt. najlepszego sposobu na samobójstwo.
Świat potrzebuje powrotu Pax Americana.
Posted by
Jaku
at
14:41
1 comments
Labels: Chiny, ekstremizm, imperializm rosyjski, Rosja, terroryzm, Unia, USA
2009-05-27
Pionek bije Królową czyli farsa europejska
Brytyjska Królowa poinformowała dziś, że niezaproszenie jej przez Sarkozego na obchody D-day to ,,afront''. Francuzi odpowiedzieli, że nie im decydować, kto będzie reprezentował Zjednoczone Królestwo a poza tym rocznica lądowania w Normandii to przede wszystkim święto francusko-amerykańskie. Po raz kolejny widać, że wspólnotę europejską łączy jedynie lokalizacja na tym samym kontynencie. Cała reszta Europę dzieli.
Patrząc na sprawę z politycznego punktu widzenia z tych informacji można wyciągnąć dużo więcej niż treść dyplomatycznych komunikatów. Paryż chce wkupić się w łaski Obamy, jednocześnie odsuwając go od Londynu. Ponadto, francuska dyplomacja pragnie zdewaluwoać poświęcenie pozostałych aliantów oraz podnieść do rangi cnoty postawę Francji w latach 40'. Pomijająm ocenę porównawczą wkładu brytyjskiego (przerażające ilości żołnierzy Wysp Brytyjskich podziurawionych ołowiem na odcinku SWORD podczas lądowania) oraz francuskiego (rząd Vichy kontra Wolni Francuzi w małym państewku na krańcu świata). W świetle historycznym w istocie Francja jest jedynie pionkiem który próbuje pokonać Królową przez duże K. Zafałszowywanie historii to nie tylko domena Niemców czy Rosjan. Wróćmy jednak do meritum.
Sądzę, że to naturalne, iż Francuzi próbują wykorzystać obchody rocznicy 6 czerwca do załatwienia politycznych interesów z Barackiem Obamą i zagarnięcia jego sympatii. W końcu to zły George W. Bush i brytyjczyk Tony Blair prowadzili imperialistyczną politykę anglosaską, czas więc, by politycznie poprawni Obama i Sarkozy wprowadzili globalny Ład i Porządek ku chwale rewolucji. A przy okazji załatwili kilka interesów i odciągneli Amerykanów od podłych Brytoli.
Jeszcze raz podkreślam - naturalnym jest, że Francja realizuje swą rację stanu a Brytyjczycy protestują jeśli godzi to w ich interes. Jednak istnienie tego mechanizmu, którego nie udało się wykrzewić wszelkiego rodzaju eurofederastom, świadczy o tym, że pełna integracja europejska jest tworem utopijnym, niemożliwym do zrealizowania w praktyce, bądź prawdopodobnym na krótkim odcinku historycznym jedynie w warunkach totalitaryzmu. Kłótnie i uszczypliwości brytyjsko-francuskie to tylko kolejny przykład. Czy rzeczywiście tego potrzebuje Europa?
Tylko naiwni będą uparcie twierdzić, że Bruksela usunie kłótliwość europejskich polityków i pozwoli wykreować UE na nową potęgę godną współzawodnictwa z USA czy innymi gigantami współczesnego świata. Marzenia lewaków o europejskiej rodzinie realizowane od kilkudziesięciu lat przekuwane na przestrzeni lat w rzeczywistość są oparte u gruntu o błędną tezę, dlatego cała ta inicjatywa prędzej, czy później runie. Problem w tym, że tzw. interesu europejskiego nie ma. Są interesy Francuzów stosujących protekcjonizm, Niemców walczących o przewartościowanie historii oraz Polaków, ostatnio opieszale walczących o swoją, indywidualną rację.
Próby podtrzymywania tego chorego systemu w Europie skończą się katastrofalnie dla jej obywateli i rządów, bądż przyszłego scentralizowanego rządu brukselskiego, któremu już teraz zaczynają rosnąć kły, którymi zdążono się już sprawnie posłużyć np. w kwestii irlandzkiego referendum.
Skoro nawet w najwęższych odcinkach gry dyplomatycznej widać ostrą rywalizację państw europejskich, i to nie na zasadzie Luksemburg versus Belgia a pojedynek dwóch potęg lokalnych, to czego możemy się spodziewać w przyszłości, kiedy integracja według planu (nakazu?) będzie postępować? Tylko totalitaryzm zniweczy różnorodność tradycji, intencji oraz dążeń Starego Kontynentu. Możliwe, że eurokraci już dawno na to wpadli.
Jednak jeśli nie, to czas postawić sprawę jasno. Kończmy tę farsę bo jest ona u gruntu bezsensowna. Farsa polityczna, tak samo jak farsa literacka ma to do siebie, że tworzona bez wyczucia i zbytnio przeciągana zaczyna poważnie frustrować. Prawdopodobnie niebawem Bruksela doczeka się upustu tej frustracji.
Posted by
Jaku
at
21:10
0
comments
Labels: Francja, propaganda, realizm polityczny, Unia, USA, wielka brytania
2009-05-13
Tarcza antyrakietowa jednak powstanie
Przedwyborcze obietnice Obamy i marzycielskie zapatrywania jego wyznawców na przyszłą politykę czterdziestego czwartego prezydenta Stanów Zjednoczonych okazały się mrzonkami. Szorstka rzeczywistość i bezdyskusyjne zagrożenie ze strony Iranu oraz islamskich terrorystów działających na terenie innych państw wymusiły na Baracku Obamie zmianę polityki. Na pewno duży udział miały w tym środowiska wojskowe, które jak to zazwyczaj bywa, najtwardziej ze wszystkich stąpają po gruncie i w sposób naturalny mają największe prawo do oceniania kwestii militarnych.
Możliwe, że najwyższy przedstawiciel amerykańskich władz wreszcie sięgnął po raporty specjalistów potwierdzające potrzebę instalacji elementów BMDS (Ballistic Misssle Defense System) w Polsce i Czechach, które będą chronić USA oraz kraje sojusznicze znajdujące się na kontynencie europejskim. Możliwe, że w świetle ostatnich wydarzeń w Pakistanie (pakistańscy Talibowie powoli przejmują tereny wokół elektrowni atomowych Khusab oraz Gadwal), Obama nareszcie zauważył i docenił niebezpieczeństwo nuklearne ze strony islamskiego terroryzmu. Niewykluczone, że prezydent USA został douczony w dziedzinie geopolityki i w końcu usłyszał o panach takich, jak McKinder czy Spykman, którzy to geostratedzy już pół wieku temu tłumaczyli potrzebę amerykańskiej aktywności w Europie, która zabezpieczy Zachód przed atakami z szeroko rozumianego Wschodu a z samych Stanów Zjednoczonych uczyni twierdzę zachodniej cywilizacji nie do zdobycia z morza oraz z powietrza (koncepcje Heartlandu oraz Rimlandu - zainteresowanym polecam wygooglać te pojęcia).
Abstrahując od wpływu przedstawionych wyżej czynników, pieniążki się jednak znalazły i, choć nie tak wartkim strumieniem, jak przewidywano, mimo wszystko popłyną z Waszyngtonu, zasilając budżet projektu tarczy antyrakietowej w Europie. Polacy mogą z tej okazji otworzyć szampana i zasiąść w fotelach w oczekiwaniu na rozbudowę baz amerykańskich w naszym kraju. Mogą z radością spojrzeć na rosnący niepokój Moskwy, której nie udało się do końca zmanipulować czarnego przedstawiciela USA, oraz narastającą nerwowość rosyjskiego lobby w Rzeczpospolitej, której przedstawiciele już teraz próbują wykoncypować nowe drogi do zablokowania projektu. Nie będę wskazywał palcami - dla trzeźwego politycznie obywatela obserwującego ostatnie wydarzenia będzie jasne o kim piszę.
Nieprzekonanych odsyłam do publikacji moich kolegów z Uniwersytetu Jagiellońskiego pt. ,,Wpływ tarczy antyrakietowej na pozycję międzynarodową Polski''. W 600-stronnicowym dziele studenci mojej uczelni prezentują szeroką analizę i wnioski przemawiające za instalacją elementów BMDS w naszym kraju.
Pan Witold Waszczykowski podczas konferencji promocyjnej wspomnianej książki zapytany o korzyści z instalacji elementów tarczy antyrakietowej w Redzikowie, powiedział mi, że dzięki tarczy Polska zyska dodatkowe zabezpieczenie artykułu 5 Paktu Północnoatlantyckiego w rzeczywistości nie gwarantującego jej konkretnej pomocy miliatrnej w razie ataku. Projekt ów, sprawi również, że Polska przestanie być członkiem sojuszu klasy B a jej głos w NATO będzie dużo silniejszy. Rozmowa z byłym przewodniczącym zespołu negocjującego instalację tarczy miała miejsce w trudnym okresie, gdy losy projektu były jeszcze niepewne a przedstawiciele USA w RP, w tym urzędnicy Konsulatu Stanów Zjednoczonych w Krakowie bali się jakichkolwiek deklaracji.
Dziś ten scenariusz się wypełnia i uważam, że pan Waszczykowski, ludzie mający swój udział w doprowadzeniu projektu do finalizacji oraz wszyscy Polacy mogą być zadowoleni. Panie i Panowie, udało się - tarcza antyrakietowa powstanie. Na szczęście. Dla Polski i dla świata.
Posted by
Jaku
at
13:02
1 comments
Labels: imperializm rosyjski, polityka zagraniczna, tarcza, USA
2009-03-21
Owoce politycznej naiwności - Obama politykuje
Całkiem niedawno cały świat obiegła informacja iż nowy przywódca USA - Barack Obama, wyciągnął rękę do Iranu. Świeżo wybrany prezydent Stanów Zjednoczonych chciał porozumienia, zgody ponad podziałami i porozumienia pomimo różnic. W efekcie otrzymał jedyną możliwą odpowiedź. Figę z makiem.
Obama chciał dobrze. Jak każdy lewak wierzył, że wystarczy odrobina dobrej woli i, bez względu na (oczywiście pozorne) różnice, wszyscy ludzie, będący w rzeczywistości partycypantami wielkiej ziemskiej rodziny, są w stanie przezwyciężyć swe ludzkie przywary i zasiąść do koniecznych rozmów o globalnym pokoju oraz powszechnej miłości. W starciu z brutalną rzeczywistością wszystkie te intelektualne bohomazy z leninowskim rodowodem okazały się nic nie warte. Jak zwykle.
Prezydent USA, zależnie od poglądów politycznych, porównywany często do Chrystusa bądź Antychrysta, liczył na to, że ujmie władze Iranu jednym ciepłym, wręcz miłosnym listem, przekreślającym dziesiątki lat konsekwentnej polityki Stanów Zjednoczonych wobec tego islamskiego kraju. Nie musieliśmy długo czekać na odpowiedź. Irański przywódca religijny Ajatollah Ali Chomenei krótko i konkretnie zripostował absurdalną i nietrzymającą się realiów propozycję. Zapowiedział, że polityka Iranu zmieni się dopiero wtedy, gdy USA udowodnią swymi działaniami, że ich kurs polityczny rzeczywiście się zmienia.
Tego największy showman świata już nie może zagwarantować. Nie może zastąpić kadry generalskiej bojówką Greenpeace'u, nie jest również w stanie mianować lewackich aktywistów szefami CIA, NSA i Pentagonu. Póki co nie może tego zrobić, gdyż naturalny opór materii jest zbyt wielki. Na szczęście. Konsekwencją tego faktu jest niemożność zrewidowania polityki Stanów Zjednoczonych wobec Iranu z pominięciem oczywistych informacji potwierdzających zasadność kursu utrzymywanego do ostatnich wyborów prezydenckich przez administrację George'a Busha.
Chomenei to dobrze rozumie. Dlatego też bez obaw wymierzył przywódcy największego mocarstwa świata krótki ale solidny policzek. Za to ulubieniec mas Obama wygłupił się na całej linii. Tak samo jak lewackie podejście do polityki międzynarodowej. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Mea culpa - to jedyne słowa jakie powinny pojawić się na ustach wyborców Barracka Obamy. Impeachment - to jedyne słowo jakie w konkluzji powinno się nasuwać każdemu świadomemu politycznie Amerykaninowi.
Link do artykułu: http://wiadomosci.wp.pl/kat,107158,title,Przywodca-Iranu-odpowiada-Obamie-nie-widze-zmiany,wid,10965173,wiadomosc.html
Posted by
Jaku
at
15:32
3
comments
2009-03-01
Europa od Atlantyku do Uralu?
Po 89' roku coraz trudniej znaleźć przykłady niezakamuflowanej i otwartej rosyjskiej propagandy mającej zmanipulować społeczeństwa Zachodu. Jednak na początek nowego miesiąca prezydent Federacji Rosyjskiej sprezentował światu koncept, będący kolejną próbą złamania solidarności świata zachodniego. Otóż Dmitrij Miedwiediew oznajmił, iż Rosji marzy się ,,Europa od Atlantyku do Uralu''.
Pomysł jest tyle śmieszny, co przerażający, bo podobny miał już niejaki Włodzimierz Ilijicz Lenin. Poza tym, pomimo oczywistej próby włączenia państw europejskich w kremlowską strefę wpływów oraz jednoczesne odsunięcie ich jak najdalej od Stanów Zjednoczonych, czym w rzeczywistości jest wysunięcie tego pomysłu, nie widać żadnego głosu krytyki ze strony Zachodu. Czyżby Merkel i Sarkozy byli już zajęci omawianiem planów przyszłego podziału władzy między Berlinem, Paryżem a Moskwą? Czyżby prezydent największej potęgi świata, Barack Obama na dobre dał sobie spokój z koncepcją ,,globalnego szeryfa'' i skierował USA na powolny dryf ku nowemu izolacjonizmowi? Nie zapytam o Donalda Tuska, bo wyliczenie tych polityków w jednym zestawieniu jest co najmniej komiczne.
Kraje Europy środkowo-wschodniej już dziś powinny zacząć modlić się i realnie działać, by wizja wielkiego euroazjatyckiego molocha nie została nigdy wprowadzona w życie. Iluzja nieaktualności Paktu Północnoatlantyckiego może skłonić możnych Europy do głębszego przemyślenia pomysłu podsuniętego przez prezydenta Rosji, co nieuchronnie doprowadzi do upadku NATO, a co za tym idzie do rozluźnienia więzi transatlantyckich. Czego, na co wszystko wskazuje, izolacjonista-Obama, marzący o potędze swych państw Merkel i Sarkozy oraz imperialista Miedwiediew szczerze pragną.
Dla Polski i innych krajów byłej radzieckiej strefy wpływów oznaczałoby to utratę ostatniej gwarancji nietykalności ze strony rosyjskiego imperializmu, co z kolei doprowadziłoby do powrotu czasów bilateralnej polityki Rosji i Niemiec w sprawach dotyczących Europy środkowo-wschodniej prowadzonej ponad głowami państw tego regionu. Nie ważne, czy Polska dostałaby się w całości, czy w części w strefę wpływów rosyjskich, bądź niemieckich - w każdej z możliwych opcji Rzeczpospolita na nowo utraciłaby pozycję na którą pracowały pokolenia walczące o niezawisłość naszego kraju. Zamiana NATO na egzotyczną współpracę Europy z Rosją równa się utracie suwerenności m.in. przez Polskę, o losie Gruzji czy Ukrainy nie wspominając.
Jedyne co pozostaje krajom naszego regionu, to lobbować za wzmocnieniem sojuszu transatlantyckiego i utrzymaniem Paktu Północnoatlantyckiego w jego pierwotnej formie w której USA pełniło jedną z głównych ról. Jeżeli podpiszemy cyrograf z Moskwą, nasze państwa, a w dalszej perspektywie również Europę Zachodnią czeka marginalizacja i podporządkowanie partykularnych interesów interesowi Wielkiego Niedźwiedzia, który chyba nigdy nie przestał śnić o światowej rewolucji.
Posted by
Jaku
at
22:13
0
comments
Labels: imperializm rosyjski, polityka zagraniczna, Rosja, Unia, USA
2008-08-11
Siła jest w jedności
Utrata wiary w siłę zjednoczonego Zachodu to największy sukces propagandowy Moskwy ostatnich dni. Faktyczny spadek znaczenia NATO, jest sprawą do odwrócenia w każdej chwili. Lecz potrzebna jest do tego silna wola stworzenia antyimperialnego bloku wolnych narodów - jedynej siły zdolnej przeciwstawić się rosyjskiemu imperializmowi, który w ostatnim czasie pokazał swą prawdziwą twarz na polach bitewnych Republiki Gruzji.
W sprawie ,,pokojowej interwencji'' swoich wojsk, Rosja złamała wszelkie obietnice i obecnie prowadzi szeroko zakrojone działania wojenne przeciwko Gruzji z terytoriów obu zbuntowanych prowincji - Osetii Południowej i Abchazji. Jeżeli te aroganckie posunięcia Moskwy nie dają Europejczykom do myślenia, to może pierwsze bombardowania Tallina, Wilna, Warszawy lub Kijowa ich otrzeźwią. Lecz, czy rzeczywiście musimy na to czekać?
Zjednoczony blok antysowiecki pod silnym przywództwem Thatcher i Raegana, już raz pokazał Rosjanom, że wolne narody nie zgodzą się na bezkarne i karygodne działania ich państwa. Dziś potrzebny jest nowy Ronald Raegan i nowa Margaret Thatcher - potęga Stanów Zjednoczonych połączona ze zsolidaryzowaną, świadomą swej zachodniej tożsamości Europą. Nie pozwólmy spadkobiercom średniowiecznych Tatarów i Mongołów bezcześcić wartości, w które wierzymy. Nie pozwólmy tym brutalnym barbarzyńcom najeżdżać wolnych, przyjaznych państw.
Bo, póki co, Zachód nie poczynił żadnych praktycznych kroków, mogących przerwać przelew krwi w Gruzji. Pokój za wszelką cenę już setki razy w historii okazał się rozwiązaniem przynoszącym daleko więcej szkód, niż pożytku. Nie pozwólmy przebudzonej ruskiej agenturze wpływu dyktować Wolnej Europie, jak ta ma się zachować. Nie pozwólmy sobie na bierność, taką samą, jak ta, która w 1939 roku doprowadziła do tragedii II Wojny Światowej, do Auschwitz-Birkenau i Katynia, w dalszej kolejności do Jałty i niesprawiedliwości dziejowej, jaką stał się podział Europy na dwie strefy wpływów. Czy chcemy nowej żelaznej kurtyny, dzielącej nasz kontynent na kraje, w których Rosja ma mniej wpływów, i państwa w których może śmiało dyktować skład rządów oraz kierunek polityki międzynarodowej? Zachód stać na silny, zjednoczony sprzeciw. Cały szeroko rozumiany Zachód od Waszyngtonu po Warszawę, od Sztokholmu po Ateny, ma obowiązek stanowczo się sprzeciwić.
Na szczęście europejska opinia publiczna budzi się z celowo wprowadzanego przez Moskwę odrętwienia. Suddeutsche Zeitung pisze - ,,Celem gwałtownej reakcji Rosji na Kaukazie jest nie tylko Gruzja, ale także NATO, USA i Zachód'' - a dalej - ,,Putin na swój sposób oświadcza: parcie Gruzji na Zachód, demokratyczne - choć na razie mgliste - ambicje Saakaszwilego stoją w sprzeczności z rosyjskimi interesami. Na rozszerzenie się NATO do południowej flanki Rosji może - sygnalizuje Putin - porwać się tylko hazardzista, który świadomie wmanewrowałby sojusz w ryzyko wojny z Moskwą". Pierwszy raz zgadzam się z opiniami zawartymi w owym szmatławcu, bo w nich tkwi sedno. Czy pozwolimy bandzie byłych KGBowskich politruków otoczonych hordami pożytecznych euroidiotów dyktować Wolnemu Światu warunki koegzystencji? Czy, świadomi wartości, które wyznajemy, pozwolimy Federacji Rosyjskiej gwałcić wolny naród gruziński?
Wszelkie zasady moralne od setek lat obowiązujące w transatlantyckiej wspólnocie zachodniej cywilizacji wzywają nas do stanowczego sprzeciwu i realnych działań, zdolnych ukrócić rosyjski imperializm i zgasić gorace głowy rosyjskicjh watażków. Nie możemy pozwolić na nowe Monachium, nową Jałtę ani na nowy Mur Berliński.
Posted by
Jaku
at
17:13
3
comments
Labels: Gruzja, NATO, Polska, Rojsa, rosyjski imperializm, USA, Zachód
2008-08-08
Gruzja płonie, Zachód milczy
Dnia 8 sierpnia 2008 roku rozpoczęły się rosyjskie bombardowania gruzińskich wiosek, znajdujących się w pobliżu granicy Osetii Południowej - seperatystycznej republiki nie uznającej władzy Tbilisi. Około godziny 13 czasu polskiego, granicę Gruzji przekroczyły rosyjskie czołgi. Sprowokowane gruzińskie siły zbrojne przystąpiły do pacyfikacji objętej podsycanym z Moskwy buntem prowincji. Wojna trwa - Zachód boi się zdeklarować.
Nie ma wątpliwości, że prezydentura Jelcyna i idąca z nią pozorna demokratyzacja Rosji, były jedynie maskującym prawdziwe przemiany epizodem w historii tego kraju. Wraz z upływem lat, coraz mocniej napinająca muskuły Moskwa daje światu kolejne sygnały, świadczące o odradzaniu się imperialnych ambicji Wielkiego Niedźwiedzia - rywalizująca z Amerykanami o wpływy na Pacyfiku Rosja, zamierza niebawem wyposażyć swoją flotę na Oceanie Spokojnym w nowe atomowe okręty podwodne klasy "Borej", krążą pogłoski o powrocie rosyjskich żołnierzy na Kubę a rosyjskie bombowce, tak jak za czasów zimnej wojny, znów wylatują na długodystansowe loty patrolowe w pobliże terytoriów państw NATO.
Komu, pomimo tych faktów, pozostały jakiekolwiek złudzenia odnośnie Federacji Rosyjskiej, powinien się ich dzisiaj ostatecznie wyzbyć - Rosjanie pod pozorem próby stabilizacji sytuacji w Osetii Południowej, wprowadzili dziś na tereny należące do Gruzji swe wojska i zaatakowali gruzińskich żołnierzy. Siły rosyjskiego imperializmu, jak zwykle nie przebierając w środkach, walczą o rozszerzenie wpływów w rejonie Kaukazu.
Faktem jest, że Osetia Południowa nie jest odrębnym państwem, a jedynie prowincją, należącą w całości do Gruzji. Rosjanie, wspierając ruchy seperatystyczne na owym terytorium, przez lata dążyli do wyrwania go spod jurysdykcji Tbilisi i przyłączenia do Federacji Rosyjskiej. To działania analogiczne do wydarzeń z czasów Kampanii Wrześniowej, kiedy to Rosja, w obliczu agresji niemieckiej na Polskę, pozornie zatroskana o losy narodów tzw. Ukrainy Zachodniej - wschodnich terenów II Rzeczpospolitej, wbiła Polakom nóż w plecy i, wkraczając na polskie terytorium 17 września, zagarnęła całe Kresy, tym samym dzieląc się terytorium Polski na pół z hitlerowskimi Niemcami.
Tam też królowały szumne pacyfistyczne hasła i slogany. Tam też realizowano je w praktyce za pomocą czołgów i regularnego wojska. Tak, jak we wrześniu 1939 roku komuniści Europy, tak dziś wszyscy zmanipulowani moskiewską propagandą obywatele, zapewne podniosą krzyk o konieczności utrzymania pokoju i słuszności rosyjskiej interwencji. Hordy speców od propagandy już teraz masowo kłamią w zachodnich mediach, a chłonące ich propagandę jak gąbka tłumy pożytecznych idiotów powtarzają owe kłamstwa przed telewizorami w domach i biurach europejskich miast. Tak, jak w okresie 1939-45, tak dziś w opinii publicznej dominują poglądy podsuwane przez czerwoną propagandę i odwracają uwagę zachodnich społeczeństw od zatrważających faktów.
Z resztą analogii z początkiem II Wojny Światowej jest więcej - Tak, jak w 1939 roku Czechosłowacja, tak dziś Gruzja, w walce z dużo potężniejszym wrogiem, pozostaje sama na polu bitwy. Tak jak w 1939 roku w Monachium, tak dziś w Pekinie, wielcy tego świata uśmiechają się do kamer i udają, że nic złego się nie dzieje, naiwnie łudząc się, że agresor zaspokoiwszy się swą pierwszą zdobyczą nie sięgnie po następne. 8 sierpnia 2008 roku wojska rosyjskie naruszyły integralność terytorialną bliskiego sojusznika USA oraz kandydata do NATO i, wykorzystując podsycany przez siebie konflikt etniczny, targnęły się na niepodległość kraju, który tak niedawno z trudem wywalczył sobie demokrację. A Zachód milczy - odezwy, apele i apeliki kolejnych krajów się nie liczą, bo nikogo w Moskwie nie obejdą. Potrzebne są stanowcze działania, ale niestety na takie naszych rodzimych europedziów i jankeskich biznesmenów nie stać.
Obecne działania Rosji to powtórzenie manipulacji z 39 roku, a anemiczna reakcja krajów Zachodu to powtórzenie haniebnej polityki appeasementu sprzed Drugiej Wojny Światowej. Tylko człowiek całkowicie uległy wobec kłamliwej propagandy nie zauważy tych analogii. Jak wiadomo, historia lubi się powtarzać - tylko kiedy w końcu wyciągniemy z niej wnioski?
Posted by
Jaku
at
23:25
0
comments
Labels: appeasement, NATO, Rosja, USA, wojna
![Reblog this post [with Zemanta]](http://img.zemanta.com/reblog_c.png?x-id=db879eba-6fa6-47ee-86fa-8768a67ba8ec)