Pewne rzeczy uchodzą za niepodważalne i oczywiste. Wryły się ludziom wręcz w podświadomość i oni nie potrafią sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie, gdyby one nie istniały. Doskonałym przykładem jest przymus edukacyjny czy szczepień. Negowanie tych kończy się posądzeniem o oszołomstwo. Interlokutorzy z reguły twierdzą, że z zaświatów powróciłaby czarna ospa oraz że panowałby analfabetyzm na poziomie 80%. Nie mówię już tutaj o argumentach na bazie Zeitgeist, że pewnych rzeczy są konsekwencją rozwoju we wszystkich płaszczyznach. Innym ewidentnym przypadkiem jest pewna państwowa instytucja wywodząca się jeszcze z czasów sanacji. To nic innego jak ZUS. Nie trzeba mówić iloma przekleństwami jest ona obrzucana przez każdego pracującego obywatela. Również sam akronim został rozwinięty na wiele sposobów - exemplum Zakład Udręki Społecznej lub Zakład Utylizacji Szmalu. Fakt, buduje sobie piękne budynki - w zasadzie pałace - wyłożone drogimi granitami. Jednego urzędnika w tej instytucji utrzymuje aż dziesięciu płatników. Otrzymywane zeń emerytury są głodowe. Legendarna stała się również samowolka tamtejszych urzędników; człowiek, który przyszedł o kulach do nich, nie otrzymał zasiłku pielęgnacyjnego. Powód: przecież dotarł o własnych siłach, więc wysoce prawdopodobne, iż nie jest on mu potrzebny.
Czy zatem ZUS musi istnieć? Moim zdaniem należałoby podzielić tego państwowego ubezpieczyciela na kilka mniejszych, które następnie uległyby prywatyzacji. Trzeba przypomnieć konserwatywną wykładnię państwa - jest ono od tego, żeby zapewniać bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, egzekwować i stanowić prawo, no i zajmować się podstawową infrastrukturą. Do takiego stanu rzeczy powinny dążyć wszystkie siły prawicowe. A tymczasem co my mamy? Nikt poza takim drobnym UPR (bardziej opiniotwórczym środowiskiem niż partią) czy pewnymi niezależnymi obserwatorami nie chce zrobić z ZUS porządku. Polityczny główny nurt przyjmuje w tej sprawie status quo tak jak w przypadku kopalń. Traktowane to jest jak śmierdzące jajko, którego nie należy ruszać. Te partie jak ognia obawiają się pewnych społecznych niepokojów, jakie mogłyby usunąć je z parlamentu. Z drugiej strony taki ZUS czy inna państwowa firma jest bardzo dobrym miejscem, żeby umieszczać tam znajomych królika. Po co zatem go prywatyzować? Więcej, taki postulat jest odbierany przez nich jako pozbawianie gaży swoich partyjnych kolegów!
A teraz wykonajmy taki eksperyment myślowy. Jakimś cudem do władzy dochodzi prawicowa par excellence partia polityczna. Również dziwnym trafem ma tyle miejsc w parlamencie, że może rzeczywiście coś zdziałać. Przechodzi ona również do działania. Zaczyna likwidować wszystkie instytucje państwa opiekuńczego. W końcu przychodzi kolej na ZUS i inne ubezpieczenia społeczne. Co się wówczas dzieje?
Nagle odżywają wszystkie środowiska lewicowe, dwoją się i troją, żeby ludzi przekonać do swojego stanowiska. Ponieważ ta niedobra prawicowa władzuchna chce sprywatyzować ZUS, NFZ, KRUS itd., to jaki wyciągają argument? Rządzą nami mordercy staruszków i osób niepełnosprawnych. Lewacy mówią, że ci ludzie nie są w ogóle czuli na ludzkie cierpienia. Wyciągają argumenty o socjopatii. W końcu sięgają po największy znany im kaliber, czyli kuferek faszyzmu i nazizmu. Porównują poczynania członków tej partii z nazistami. Nagle przypomina im się akcja T4 czy ustawy sterylizacyjne. Powstają reklamówki ze swastykami mające wykazywać związek postulatów hipotetycznej Partii Konserwatywnej oraz niemieckiego narodowego socjalizmu. Na światło dzienne wyciąga się faszyzm, eugenikę oraz darwinizm społeczny. Ludzie zaczynają wierzyć, że nasi prawicowcy par excellence chcą im takie rzeczy robić. Organizowane są wielkie kontrmanifestacje. Do czego zatem dochodzi? Przychodzą następne wybory, które jakiś odpowiednik Polskiej Partii Pracy wygrywa przeważającą ilością głosów. Wiadomo, że zaczynają dziać się mało ciekawe rzeczy, ale działania skrajnej lewicy to temat na porównywalnej wielkości artykuł.
Czy to jest taki nierealny scenariusz? Moim zdaniem nie. Lewica uznałaby bowiem prywatyzację ubezpieczeń społecznych za swoisty darwinizm społeczny. Nie obchodziłyby ich nic lepszej jakości usługi wykonywane przez prywatne firmy konkurujące ze sobą na wolnym rynku. Oni wyciągnęliby przypadki, że ktoś tam umrze bez emerytury lub zasiłku pielęgnacyjnego. Potem byłaby klasyczna lewicowa argumentacja ad auditorem: czy mamy dopuszczać jako społeczeństwo do tego, że niektórzy z nas nie mają szansy na godne życie? Wątek darwinizmu społecznego zostałby przez nich dociągnięty do końca. Uznaliby oni, że ta okropna prawica chce kształtować społeczeństwo ludzi pięknych, zdrowych,silnych i mądrych, a planuje brzydkich, chorowitych, słabych i głupich odizolować albo wyeliminować. Przy tej okazji pojawiłyby się nawiązania do projektów eugenicznych. Dodam, że taka argumentacja na lewicy jest bardzo często spotykana. Wiele razy w swoich tekstach powoływałem się na pamiętny występ Janusza Korwin-Mikkego we Wrześni. Miał on rację, jednak lewicowe środowiska zrobiły z igły widły. Odpowiednio zmanipulowali wypowiedź rzeczonego publicysty, więc uznano go za kryptoeugenika i darwinistę społecznego. Sam również byłem atakowany z tej pozycji przez niektórych lewicowych bądź centrolewicowych interlokutorów. Twierdzili oni, że traktuję ludzi jak zwierzęta w dżungli.
Argumentację tego typu spotykaną nagminnie u lewicowców można wyprowadzić z jednego faktu. Dla nich chadecja to centrum bądź centroprawica, konserwatyzm jest prawicą umiarkowaną, natomiast miejsce skrajnej zajmują ruchy neofaszystowskie i neonazistowskie. Takim oni operują z reguły podziałem, który jest błędny. Chadecja bowiem zeszła kompletnie na lewo, a konserwatyzm jest prawicą par excellence. Tak więc przedstawicielem ultraprawicy może zostać skrajny konserwatysta, a nie jakiś faszysta czy nazista z ogoloną czaszką. Traktowanie nazizmu i faszyzmu jako skrajnej prawicy jest jednym z największych mitów współczesności. To były ruchy lewicowe, nasi przeciwnicy ideowi odrzucają je jednak jak zgniłe jajko. Z punktu widzenia dyskusji jest to założenie bardzo trafne z ich strony. Mogą wówczas do woli porównywać poczynania prawicy do działań faszystów bądź nazistów. Z ich punktu widzenia konserwatyzm, faszyzm, nazizm to jeden zbiór, gdzie kolejne są skrajniejsze niż poprzednie.
Poza tym również prawo Godwina zakładające, że powołanie się na nazizm zamyka dyskusję, nie jest mieczem obosiecznym. Lewicowiec oskarżony o powiązania z faszyzmu automatycznie będzie się nim zasłaniać. Człowiek prawicy ma natomiast z pokorą dźwigać brzemię "faszysty" bądź "nazisty", czasami z przedrostkiem "neo-". Gdyby oni byli intelektualnie uczciwi, straciliby taki oręż. Jeżeli uznaliby faszyzm i nazizm za ruchy lewicowe, nie mogliby bez przerwy porównywać do nich prawicy. Nie jest im to w ogóle na rękę, ponieważ nie mogą dowodzić, że świnie potrafią latać. Przyznanie się, że miejsce ruchów faszystowskich i parafaszystowskich jest na lewicy, nie pozwoliłoby im stosować szeregu chwytów erystycznych.
Wracając ad rem. ZUS nie zostanie ruszony. Od razu bowiem zostaną wyciągnięte argumenty o mordercach staruszków. Media rozszarpałyby taką formację polityczną, która nawet o tym raczyłaby się zająknąć. W dodatku straciłaby ona słupki poparcia. Wybory wygrałoby jakieś lewactwo, które ruszyłoby w bój przeciwko urojonym "faszystom". No i to byłby finał... Takie są niestety prawa demokracji.
2009-10-06
Mordercy staruszków
Posted by
Kirker
at
17:06
2
comments
Labels: lewactwo, państwo, prawica, słowa-wytrychy, ubezpieczenia społeczne, ZUS
2009-08-24
Demokracja, socjalizm i lewicowość
Odbywa się dużo dyskusji na temat kształtu naszego systemu demokratycznego. Jedni bronią ordynacji proporcjonalnej, a inni chcą wprowadzenia okręgów jednomandatowych, no i bezustannie spierają się, co będzie lepsze. Moim zdaniem dyskusja ta toczy się nadal w jednej płaszczyźnie światopoglądowej. To tak jak ze słynnym hasłem Solidarności "socjalizm tak, wypaczenia nie". Tam system z państwową własnością środków produkcji i świadczeniami ze strony państwa został uznany za dobry, a komunizm za jego dewiację. Tak samo jest z demokracją. Ordynacja l'Hondta uważana jest za zboczenie, natomiast jak będą jednomandatowe okręgi wyborcze to wszystkie problemy znikną. Ale nadal mamy tutaj do czynienia z bałwochwalczym kultem bożka Demosa. Obydwie strony zakładają, że lud jest sam w stanie wybrać taką władzę, jaka będzie dążyć. Zarówno jedni jak i drudzy uważają, że ten zbiorowy suweren nie doprowadzi do stagnacji i stopniowego rozkładu. Dyskusja nadal się toczy w ramach demokratyzmu.
Najwybitniejszy myśliciel antyku, Arystoteles ze Stagiry, wyróżnił kiedyś trzy rodzaje sprawowania władzy oraz ich dewiacje. Pierwszym miała być monarchia. Zboczeniem miała być tutaj tyrania. Drugi typ stanowiła arystokracja; tutaj z kolei wypaczeniem stawała się oligarchia. Ostatni rodzaj to politea. Zakładała ona, że wszyscy są mądrzy, ergo mogą oni mieć wpływ na władzę. No i co miało być dewiacją tej ostatniej? A była to demokracja. Arystoteles zdawał sobie sprawę z pułapek tego systemu, no i nie bez kozery jemu oponował.
Dlaczego demokracja jest systemem, który nie jest się w stanie sprawdzić? Ludzie tylko jako jednostki mogą działać w pragmatyczny i racjonalny sposób. W przypadku większej grupy nie działa tutaj prawo superpozycji. Gdyby tak było, to skoro jednostka może działać logicznie, to i zbiorowość będzie w stanie. A tak zwyczajnie nie jest! Mamy tutaj do czynienia z emergentną sumą. Owszem, w tym tłumie trafią się jednostki o inteligencji ponadprzeciętnej. Jednakże tłum będzie zwyczajnie głupi. I czy taka zbieranina jest w stanie o czymkolwiek decydować? Wiadomy fakt stanowi, że nie. Tłum będzie podatny zatem na działanie demagogów, którzy będą w stanie przekonać go do największych głupot. Na ten paradoks zwrócił już Platon. Zauważył on, że gdy staną obok siebie lekarz trzymający lek oraz demagog z trucizną, to ludzie wybiorą tego drugiego. Obecnie widzimy wielką sprawność wszelkich populistów. Wystarczy na przykład obiecać drugą Irlandię, a już pójdą ludzie i zagłosują na taką partię. Trzeba ludziom wmówić krainę mlekiem i miodem płynącą, to oni takich ludzi wybiorą. To jest proste i logiczne. Mało kto przecież zagłosuje na ludzi twardo stąpających po ziemi, którzy stwierdzą, iż będzie krew, pot i łzy.
Niektórzy prawicowi publicyści (jak na przykład Łukasz Adamski czy Tomasz Cukiernik) po zwycięstwie PO w październiku 2007 roku zachłysnęli się, że o to Polacy odrzucili socjalizm i wybrali wolny rynek. Mylili się, ponieważ nie zauważyli prostej prawidłowości. Abstrahuję już tutaj od obiecywania drugiej Irlandii, która w swoim populizmie zbliżała się do gierkowszczyzny. Demokracja jako taka stopniowo prowadzi do socjalizmu. A dlaczego? Jedną z plag demokratycznych był przymus szkolny. Demokraci doszli bowiem do wniosku, że ludzie muszą umieć, co nieco czytać i pisać, żeby potem móc na danego delikwenta zagłosować. To już doprowadziło do zwiększenia się rozmiarów sektora publicznego. Państwo przestało pełnić swoje wcześniej założone funkcje jak stanowienie i egzekucja prawa, zapewnianie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego oraz podstawowa infrastruktura. Pojawił się zatem jeden z elementów socjalizmu. Poza tym ten system zwalnia ludzi z odpowiedzialności za ich czyny. Ludzie, podobnie jak wszystkie obiekty w przyrodzie, dążą do najniższych możliwych stanów energetycznych. Z tego zatem względu socjalizm jest bardzo wygodny. Poza tym pojawią się lobby, którym będzie on bardzo na rękę. Z jednej strony będą wielcy wytwórcy przemysłowi, którzy będą dążyli do zwiększania ilości regulacji rynku takich jak płaca minimalna, przepisy antymonopolowe, koncesje, licencje, pozwolenia na prowadzenia działalności gospodarczej. Z drugiej strony będą pewne grupy robotników oraz związki zawodowe, które będą się domagać praw pracowniczych. One będą lobbować za tym, żeby było jak najwięcej socjalizmu. Ludzie, jacy z kolei będą myśleć, że im będzie lepiej, też będą głosowali na partie socjalistyczne. Później dojdzie do następnego paradoksu. Oponenci ugrupowań socjalistycznych zaczną przejmować od nich postulaty. Odbędzie się to celem pozyskania wyborców. Zadziała tutaj klasyczny mechanizm zapadkowy. Jeżeli jedni zaczną obiecywać Państwo Boże na ziemskim padole, to automatycznie wszyscy w niedługim czasie będą tak czynić. Tutaj nietrudno przytoczyć przykłady, które to potwierdzają. Bismarck, który był przecież konserwatystą, wprowadził w 1883 roku państwowe ubezpieczenie emerytalne, a cztery lata później - zdrowotne. Zrealizował część postulatów swoich ideologicznych przeciwników tylko dlatego, żeby nie dopuścić ich do władzy. Całkiem niedawno kilku członków Partii Konserwatywnej skrytykowało NHS za nieudolność. Dostali za to burę od przywódców partii, ponieważ po dojściu do władzy torysi nie planują nic z państwową służbą zdrowia robić. W warunkach demokratycznych po prostu prawica i lewica przestały się od siebie różnić pod względem konstrukcji państwa. Po prostu mamy do czynienia z lewicą i lewicą tak naprawdę (ten pleonazm jest celowym zabiegiem!). Po prostu jedni są pobożni, a drudzy ateistyczni. Na naszym rodzimym podwórku pierwszą funkcję spełnia na przykład PiS, a drugą SLD. Obok tych dwóch kast mamy jeszcze całkowicie bezidowych w postaci obecnie rządzącej koalicji PO i PSL.
Socjalizm jest pierwszym elementem lewicowości, który jest w warunkach demokratycznych forsowany. Szybko bowiem znajdowane są inne proletariaty niż te wyznaczane przez majątek, pochodzenie czy wykonywany zawód. Są mianowicie różne dziwadła, umysłowi kalecy oraz im podobne indywidua, które chcą być traktowani tak samo jak reszta, mimo różnych dysfunkcji. Ideolog lewicy, Gramsci, stwierdził, że obyczajowość można wywrócić tak samo jak gospodarkę. No i z czym zaczynamy mieć do czynienia? Po prostu partie lewicowe stwierdzają, że należy pewnych ludzi "wyzwolić". No i czynią to przy głośnym akompaniamencie współczesnych demagogów w postaci mass-mediów. Ci robią ludziom pianę z mózgu, a potem głosują na partię postulującą progresywne postulaty światopoglądowe. Należy jeszcze pamiętać, że socjalizm wcześniej doprowadził do społecznego zepsucia. Przecież nie trzeba już starać się wychować dzieci - jest bowiem państwowa szkoła i takowe ubezpieczenie. Nie grozi śmierć w przytułku bądź pod płotem - bo jakiś ZUS lub podobny mu byt wypłaci na starość emeryturę. Wszystkie normalnie istniejące więzy społeczne zastąpione zostały przez biurokrację, co prowadzi do atomizacji społeczeństwa. W takich warunkach liberalizm obyczajowo-światopoglądowy może zapuścić korzenie. No i tak się dzieje. Przy tej okazji również partia wcześniej konserwatywna zaczyna takie postulaty przejmować. Chodzi tutaj znowu o tani populizm, bo ludzie mogą się obrazić i nie zagłosować. Jaki jest tego wszystkiego finalny skutek. Wszystkie główne partie polityczne stanowią po pewnym czasie jedną magmę. Jakie są bowiem różnice między CDU a SPD w Niemczech czy między Partią Socjalistyczną a UMP we Francji? Znalazłoby się coś dopiero na piętnastnym miejscu po przecinku, a tak to wszyscy popierają rozbudowany sektor państwowy oraz obyczajowe zepsucie.
Tak się bowiem kończy demokracja. No i czy takie społeczeństwo nie zostanie w niedługim czasie wchłonięte przez coś większego? W starożytnych Atenach zabawy z demokracją skończyły się po bitwie pod Cheroneją, kiedy zostały one podbite przez Macedonię. Tego typu państwo jest po prostu słabsze i po pewnym czasie po prostu niezdolne do żadnej konkurencji. Gdyby zostało ono zaatakowane, mieszkańcy byliby pewnie tak zniewieściali, że nawet nie broniliby się. Pozwolić bowiem rządzić lewicy, to jak dać małpie żyletkę. Po jakimś czasie przyjdzie ktoś większy i zwyczajnie się takim państwem pożywi.
Dziwię się zatem, że część konserwatystów popiera demokrację i tak chętnie dyskutuje, jak by ją ulepszyć. Czy nie widzą, że to jest droga donikąd. Co bowiem zna konserwatyzm? Hierarchię i autorytaryzm. Dla mnie jako konserwatysty oczywistym faktem jest, że na czele państwa musi stać charyzmatyczna jednostka. Samo pojęcie władzy ludu to czysta abstrakcja; takie rzeczy w naturze nie występują. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że na ten całkowicie sztuczny konstrukt myślowy daliśmy się nabrać...
Posted by
Kirker
at
12:53
0
comments
Labels: demokracja, konserwatyzm, lewicowość, prawica, socjalizm, zepsucie
2009-06-10
Kaczyński must die
Kilka już razy pisałem o dezinformacji w mediach oraz w polityce, która ma wymusić dezintegrację PiS. Przykładów takich działań mamy od ostatnich wyborów parlamentarnych mnóstwo i jeszcze trochę. Już pod koniec września 2008 roku, gdy powstał słynny konflikt z Dornem a media z dnia na dzien zakochały się w tym polityku forsując jego i ludzi mu podobnych na nową alternatywę dla Prawa i Sprawiedliwości, część bloggerów na czele z moim ulubionym Rybą dała się zawieść za nos dokładnie tam, gdzie chcieli tego ludzie delikatnie mówiąc nieżyczliwi wobec partii Kaczyńskiego.
Pisałem wtedy w polemice z Rybitzkym - ,,Nieistniejące do tej pory w polskiej polityce koło młodych polityków o poglądach stricte prawicowych i patriotycznych, z dobrze przygotowanym i zaprezentowanym programem oraz zapleczem, nie wyrośnie nagle spod ziemi, by zastąpić wadliwych Kaczyńskich, swoimi nieskazitelnymi i doskonałymi w każdym calu ludźmi.'' I tak rzeczywiście jest. Żadna partia prawicowa nie przekroczyła progu kilku procent poparcia. Tylko Prawo i Sprawiedliwość jak na złość podwoiła ilość mandatów w europarlamencie i za cholerę nie chce szczeznąć podług wróżb a przepowiedni Ryby.
Więcej napisałem na ten temat tydzień później, gdy Rybitzky kontynuowal swe tyrady dewaluujące PiS (wymieniam ciągle tego bloggera, ponieważ ze złapanych na ten manipulatorski haczyk tylko jego pamiętam z racji dużej częstotliwości w łapaniu się nań - z resztą z nim chętnie polemizuję). Oto cytat wart przypomnienia - ,,To klasyczna manipulacja pochodząca z tego, co zawsze źródła. Środowiska zawłaszczające sobie dziś Polskę zdały sobie sprawę, że Polakom nie uda się wybić z głów zapotrzebowania na silną, centroprawicową partię. Chcą więc koniecznie doprowadzić do tego, aby tą partią przestało być Prawo i Sprawiedliwość.''
W grudniu 2008 pisałem notkę dedykowaną Rybie, stwierdzając, że ,,polska prawica, a moim zdaniem razem z nią Rzeczpospolita, nie mają interesu w podgryzaniu PiS z dwóch stron przez owe rozłamowe stronnictwa(Polska XXI oraz Prawica RP- przyp. autor). Dlatego też ich istnienie oparte na byciu opozycją do Prawa i Sprawiedliwości jest szkodliwe. Tak samo, nawoływanie do przerzucania swego poparcia z partii Kaczyńskich na formacje Marka Jurka czy Rokity i Dutkiewicza.''
W ten sposób przenosimy się do chwili obecnej, w której zabiegi dezinformacyjne poszły w ruch z okazji niedawno przeprowadzonych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Tak jak pisałem kilka dni temu, w mojej ocenie PiS nie przegrał. Niestety również nie wygrał, ale zważając na stałą zawieruchę roztaczającą się wokół tej partii, i tak jest nieźle. Z kolei w ocenie polityków Platformy Obywatelskiej oraz jej mutacji, w partii Kaczyńskiego na pewno szykuje się przewrót a partia ta chyli się ku upadkowi. ,,Widać już, że te napięcia, te ruchy tektoniczne wewnętrzne w PiS są bardzo silne'' - stwierdził Sławomir Nowak w dzisiejszym programie Moniki Olejnik w Trójce.
Sam związek frazeologiczny pt. ,,ruchy tektoniczne'' jest w Platformie Obywatelskiej bardzo popularny i zapewnie starannie wyuczony w PR-owskich gabinetach Nowaka. Jeszcze w kwietniu 2009 roku Bronisław Komorowski użył tego samego sformułowania przy okazji konfliktu Libicki-Czarnecki. Oceniłem to wtedy jednoznacznie - ,,Jeśli foch i wycofanie się z wyborów Libickiego oraz groźby Mojzesowicza w sprawie ustawienia Czarneckiego na ,,jedynce'' w Lublinie to ruchy tektoniczne, to czym w takim razie było odejście Trzeciego Bliźniaka? Wybuchem wulkanu? Uderzeniem asteroidy?''. Po raz kolejny zastosowana tu manipulacja, której jedną ze składowych była wypowiedź wąsatego okularnika z PO, miała zdezintegrować PiS i odwrócić od niego wyborców. Nie udało się. Przetrwaliśmy Dorna, przetrwaliśmy Libickiego.
Powróćmy do obecnej akcji dezinformacyjnej. Nowak kontynuując swą wypowiedź u Olejnik stwierdza nt. PiS - ,, Ta partia buzuje wewnętrznie i widać też po wypowiedziach Jarosława Kaczyńskiego, że puszczają mu nerwy. Myślę, że ciekawym rozmówcą byłby dla niego psycholog''. Pomijając chamski wtręt na koniec, widzimy tu silną potrzebę stworzenia narracji rozpadu i frustracji wodza, o czym świadczą silnie nagromadzone związki frazeologiczne czy odpowiednio sformułowane określenia. Zapytam ponownie - który to już raz ci sami ludzie, z tego samego u gruntu środowiska wróżą dezintegrację Prawa i Sprawiedliwości?
Obecna kampania różni się jednak jej głównym celem. Zaczęło się od niefortunnej w skutkach wypowiedzi Zbigniewa Ziobry, w której krytykuje on pracę głównych speców od wizerunku jego partii. Najwyraźniej obecny konflikt między Ziobrą a specjalistami został stanowczo wyciszony przez Jarosława Kaczyńskiego. Jednak PR-owcy PO i reszta obozu antypisowskiego podchwycili sprawę od razu, prezentując ją, jakby chodziło w niej o konflikt Kaczyński-Ziobro o czym rzekomo miało świadczyć szorstkie potraktowanie świeżowybranego europosła przez prezesa. Śledząc dalej tę fałszywą narrację, postępowe media wywnioskowały, że Kaczyński traci władzę w partii, a Ziobrę ucisza z obawy przed całkowitą jej utratą.
To oczywista bzdura. Prawdziwy konflikt, powtarzam, to niesnaski Ziobro-specjaliści. Kaczyński włączył się weń jako rozjemca (w końcu to jedna z ról przywódcy) i skutecznie owe przekomarzanie uspokoił. Nigdy nie istniał konflikt Ziobro-Kaczyński, a media usiłujące nam to wmówić grają na dezintegrację PiSu na dwa obozy pod przewodnictwem tych polityków. Chodzi też o ostateczne zdeprecjonowanie Jarosława Kaczyńskiego, czego faktem może być niedawny wpis na blogu Piskorskiego, w której stwierdza on, że ,,7 czerwca 2009 skończyła się w PiS dominacja Jarosława Kaczyńskiego.'' Dalej pisze, iż ,,przywództwo Jarosława Kaczyńskiego nie jest już w żadnym razie bezdyskusyjne i niepodważalne. W PiSie na dobre rozpoczęła się dyskusja o tym, co trzeba zrobić i co stanie się z tą partią po definitywnej porażce Jarosława Kaczyńskiego''.
I to jest sedno sprawy. Układ zdecydował. Kaczyński must die. Musi umrzeć - oczywiście w znaczeniu politycznym. Wmawianie nam, że Jerry już jest BE a Ziobro CACY ma służyć zdewaluowaniu wizerunku Jarosława Kaczyńskiego, bez którego Prawo i Sprawiedliwość rozleci się ogarnięta pożarami konfliktów, których ich partycypant Ziobro na pewno nie ugasi. Bez Kaczyńskiego nie ma PiS-u i obie strony konfliktu politycznego dobrze to wiedzą. Nikt ze skonfliktowanych polityków (Szczypińska, Masłowska, Kurski, Ziobro) nie postuluje zmiany na fotelu prezesa, nikt nie widzi sensu w przywództwie Ziobry. Zapewne przypadkiem to jedynie wrogowie partii Kaczyńskiego domagają się zmian w partii a docelowo odsunięcia Kaczora. Dołączając do tego usłużny medialny wrzask i naiwne nawoływania z prawej strony, możemy przed sobą przedstawić ogrom dezinformacji, jaka ogarnęła po raz kolejny scenę polityczno-medialną.
Jednak, jak słusznie stwierdził Triarius w swoim wczorajszym wpisie ,,Jeśli więc taka partia (PO) atakuje tylko jednego ze swych potencjalnych przeciwników - a więc tylko jedną partię spomiędzy całej opozycji - oznacza to, że pozostałych, z takich czy innych względów, nie uznaje za groźnych czy niewygodnych dla siebie przeciwników.'' Sparafrazuję ten cytat i poprowadzę dywagację naprzód - Jeśli więc PO atakuje tylko jednego z prominentnych polityków głównej wrogiej partii - a więc głównie jednego lidera spomiędzy całego kierownictwa - oznacza to, że pozostałych z takich czy innych względów nie uznaje za groźnych czy niewygodnych dla siebie przeciwników''. Dlatego, my, zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości powinniśmy tym goręcej wspierać przywództwo Jarosława Kaczyńskiego w Prawie i Sprawiedliwości, im goręcej będą nam to wrogowie tej partii odradzać.
PiS się nie rozpada, rzekome ruchy tektoniczne to zwykłe w polityce damskie fochy co słabszych psychicznie polityków. Partia trzyma się kupy dzięki silnemu przywódcy, którym jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Obecny jazgot medialny to psie zawodzenie wynikające głównie ze strachu bądź wyrachowania. Takie są fakty odarte z dezinformacji.
Apeluję do internetowej prawicy o przemyślenie tej sprawy.
Posted by
Jaku
at
15:33
0
comments
Labels: prawica, Prawo i Sprawiedliwość, propaganda, Rybitzky, Sławomir Nowak, Triarius
2009-05-03
Kiedy prawica będzie zdolna strugać intelektualistów z patyka?
W odróżnieniu od wszelkiej maści ruchów lewackich, ruchy prawicowe cechuje wewnętrzna walka ideologiczna w której można stwierdzić rzeczywiste potyczki intelektualne mające na celu udowodnić wartość danego programu. Konserwatywni liberałowie spierają się z konserwatystami o zabarwieniu bardziej etatystycznym, umiarkowani światopoglądowo debatują z autorytarystami i monarchistami. Na prawicowej arenie myśli politycznej możemy obserwować ciągłą debatę, gdyż w naszych dywagacjach rzeczywiście o coś chodzi. Stąd również, niekiedy wspierane przez Salon, rozdrobnienie prawicowe obecne w Rzeczpospolitej i nie tylko - kruche porozumienia zrywamy nieraz tocząc bój o jeden szczegół, ponieważ kształt programu mający mieć wpływ na kraj jest dla nas ważny.
Nie można tego powiedzieć o ruchach lewicowych - czerwony marsz przez kulturę lat sześćdziesiątych rozpoczął tworzenie się w świecie zachodnim trendów intelektualnych, takich jak pacyfizm, socjalizm, ekologizm, antyklerykalizm, itd. To na kanwie tych elementów światopoglądowych powstawały lewicowe partie w całej zachodniej Europie ku radości przyjaciół znad Wołgi. Jeśli ich fundamentem ideologicznym jest kilka utopijnych hasełek, w które wierzą masy a promują najwięksi wewnętrzni kłamcy intelektualni, to każdy kompromis oparty na totalnym (nieprzypadkowe słowo) konformizmie jest możliwy. Czy to nie lewacy potrafią jednocześnie żądać totalnej sekularyzacji, a gdy przyjdzie co do czego wysyłać swoich przedstawicieli na pielgrzymki papieskie? Czy ktokolwiek inny, niż oni potrafią mówić o nowoczesnej polityce ekonomicznej kształtowanej rzekomo obecnie w Unii Europejskiej, jednocześnie promując skrajny socjalizm oraz pełną regulację życia gospodarczego?
To jest ich przewaga taktyczna nad prawicą znajdującą się obecnie w globalnym odwrocie. Lewacka zdolność do mutacji w zależności od potrzeby widoczna jest na przykładzie rodzimych komuszków. PZPR istniał, dopóki pozwalała na to dominacja komunizmu w Polsce. Kiedy czerwony system zaczął się sypać w całym Układzie Warszawskim, komuszki zamienili swe służby w kadry biznesmenów a sami przefarbowali się na socjaldemoratów nazywając obłudnie swa partię Socjaldemokracją RP. Zatrzymajmy się w momencie wyborów w 1991 roku - SdRP wchłania skrzyknięty lewacki plankton, po czym tworzy blok pod znaną nam dziś świetnie nazwą Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Negocjacje kończą się w mgnieniu oka a moskiewskie srebrniki pozostałe w łapkach komuchów w spadku po PZPR skutecznie wyciszają wszelkie spory. Dwa lata po rzekomym upadku komuny SLD zdobywa 60 miejsc w Sejmie, co jest najlepszym wynikiem w wyborach i tylko cudem zmontowana koalicja prawicowa odsuwa powrót czerwonych do władzy o kilka miesięcy.
Tak właśnie działa lewactwo. Kiedy zachodzi potrzeba chwili, cała ich ,,piękna różnorodność'' i kalejdoskop światopoglądowy znikają, a komuszki lgną do siebie aż miło. Tak było w przypadku wspomnianego SLD, tak było w przypadku LiD i w następnej odsłonie odbędzie się to w ten sam sposób przy okazji następnych wyborów parlamentarnych. To światowa reguła i taktyczna (podkreślam, jedynie taktyczna) wyższość lewactwa nad szeroko rozumianą prawicą. Im nie chodzi o wartości, im chodzi o zwycięstwo.
Dlatego też, po tym długim wstępie przejdę do meritum. Lewacy strugają swoje ,,elity'' z patyka i moglibyśmy wypunktować wiele przypadków, w których do strugania użyto wyjątkowo przegniłych i spleśniałych cepów. ,,Intelektualistami'' promowanymi w lewackich salonach są ludzie bez matury, profesorowie marcowi, specjaliści od wszystkiego oraz zawsze pewni siebie polityczni astrolodzy. W przypadku tej ideologii nie ważne kto mówi, ważne by dołączył do szeregu innych wystruganych i powtarzał te same, jedynie słuszne hasła dopóki oporna zaściankowa masa nie przyjmie ich w końcu jako swoje.
Prawica nigdy na coś takiego nie będzie sobie mogła pozwolić. Dla ideowej prawicy konformizm to słabość a nonkonformizm to cnota. Tak właśnie, nonkonformizm to cecha lansowana przez ideologię prawicową, dzieci - choćby panie i panowie Autorytety stawali na głowie, by przypisać tę cechę swoim środowiskom, nic tej prawdy nie zmieni. Lesbijka z barykady Parad Miłości mająca poglądy takie same jak milion innych lesbijek, ekolog zbierający podpisy dla Greenpeace'u obok setek kolegów robiący to samo, z tych samych pobudek rozbudzonych przez lewackie elyty, lewak z młodzieżówki socjaldemokratycznej powtarzający do znudzenia te same hasełka, co jego przyjaciele na całym świecie - to jest nonkonformizm?
Nonkonformizm to wiecznie spierający się Kaczyńscy oraz Olszewski. To Korwin punktujący wszystkich rzekomo na lewo od siebie i Marek Jurek osłabiający siłę swojej partii dla obrony swoich wartości. To środowisko nie wystruga intelektualistów z patyka.
Patrząc na nasze blogowe podwórko będące namiastką środowiska intelektualnej prawicy, to linczujący wszystkich dookoła Kirker i umiarkowany DoktorNo. To tropiący komunę we wszelkiej postaci Free Your Mind i wyluzowany Dixi. W tym środowisku trzeba prezentować konkretne poglądy, by w ogóle wejść w dyskurs. I nie znajdziemy tu ściągawek w postaci Karty Praw Podstawowych, Karty Praw Człowieka, a idąc dalej w przeszłość Manifestu Komunistycznego. Tu trzeba użyć półkul mózgowych, co gorsza obu!
Dlatego na prawicy nie ma miejsca dla Szczuk, Żakowskich i innych czerwonych królików z rękawa. Dlatego być może prawica w obecnej absolutnie masowej rzeczywistości skazana jest na porażkę. Ale nawet jeśli tak właśnie ma się stać, to walczyć i metaforycznie zginąć za wartości, w które wierzymy to honor i obowiązek. Bo w przeciwieństwie do walki czerwonych przyjaciół, nasza walka ma sens.
Posted by
Jaku
at
19:42
1 comments
Labels: Dixi, DoktorNo, Free Your Mind, Kirker, prawica, Tad9
2008-12-18
Jaką drogą idzie blogger Rybitzky?

W odpowiedzi na mój wpis z przedwczoraj bloger Rybitzky w tekście pt. ,,Jaką drogą idzie polska prawica?'' odnosząc się do stawianych przeze mnie tez,
poruszył kilka ważnych kwestii. Ważnych o tyle, że stosunek autora do owych zagadnień to emanacja rodzącego się wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości nurtu reformistycznego. Nurtu kierującego partię PiS w złą stronę.,,Ludzie widzą co się dzieje. Od wyborów panuje w PiS marazm, a przez liderów karmieni są stale tymi samymi, pustymi obietnicami zmian. To nie czarnowidztwo, ani „rozłamowość”, że zaczyna pojawiać się zwątpienie. To po prostu rozsądek, którego brak zaczyna być wyraźnie widoczny u liderów PiS.'' - pisze Ryba.
Owszem, wśród działaczy partii Kaczyńskiego może panować marazm - w końcu PiS nie rządzi, nie odnosi spektakularnych sukcesów na arenie polskiej sceny politycznej a w łamach partii nie przeprowadzono żadnych gruntownych reform, które pozwoliłyby jej zregenerować się i z całą odnowioną mocą ponownie włączyć się do biegu po władzę w Rzeczpospolitej. To prawda. Problem polega na tym, że PiS nie będzie rządził co najmniej do następnych wyborów, nie będzie odnosił spektakularnych sukcesów, dopóki jego jedynym kandydatem na sojusznika w forsowaniu pomysłów legislacyjnych będzie skrajnie wrogie wobec tej partii SLD. Prawo i Sprawiedliwość nie może sobie również pozwolić na głęboką reformę jak np. postulowane przez wielu nierozsądnych ludzi przetasowanie na szczytach władzy tej formacji. W sytuacji ciężkiego konfliktu politycznego, w którym Prawo i Sprawiedliwość znalazło się na pozycji oblężonej twierdzy, potrzebna jest konsolidacja - nie destabilizująca rewolucja.
Być może znalazłby się ktoś, kto nadawałby się na prezesa partii, (w końcu ktoś kiedyś będzie musiał prezesa Kaczyńskiego zastąpić - (wbrew opiniom wielu postępowych defetystów z czasów rządu Jarosława Kaczyńskiego, przywódca kaczystowskich watah ani nie strzela z oczu laserem, ani nie jest nieśmiertelny). Być może ktoś będzie w stanie trzymać w ryzach konkurujące od wczesnych lat 90' nurty polskiej prawicy obecnie zespolone w jednym ciele pt. Prawo i Sprawiedliwość. Być może ktoś będzie się lepiej nadawał do organizacji i synchronizacji działań partii, niż Przemysław Gosiewski. Być może. Jednak w warunkach, w jakich znajduje się teraz owa partia, jej kierownictwo nie może sobie pozwolić na gdybanie i eksperymenty. Należy to wziąć pod uwagę w ocenie działań prezesa PiS oraz jego podwładnych - Rybitzky niestety o tym zapomina.
Musimy operować w ramach faktycznej sytuacji oraz realnych możliwości, a obecnie wachlarz działań dostępny dla prezesa PiS nie jest szeroki. Wystarczy porównać ocenę działań nie mającego dostępu do władzy Jarosława Kaczyńskiego, z oceną działań Prezydenta - tutaj pisowski elektorat jest pewien. Ryba również, w końcu napisał tekst w którym stawia sobie Lecha Kaczyńskiego za najlepszego prezydenta w historii Polski. Lechu ma dostęp do władzy, więc nią dysponuje i imponuje swoimi działaniami swoim wyborcom. Rybitzky musi pamiętać o tym, że Jarosław Kaczyński, a z nim jego ludzie, takich możliwości nie mają.
Jeśli chodzi o opinie terenowych działaczy Prawa i Sprawiedliwości, na początku muszę zaznaczyć, że opinie są różne i nie ma sensu się na nie powoływać. Krakowscy działacze, z którymi mam przyjemność pracować pałają dużo większym optymizmem niż pisowcy z Wrocławia (jak mniemam), o których wspomina Ryba. Jednak jak wiadomo, opinie są subiektywną oceną, więc nie możemy się na nie powoływać, chyba, że chcemy przyjąć taktykę gry autorytetami, która w wykonaniu wyborcy PiS kpiącego sobie z salonowych autorytetków wygląda niestety tragikomicznie.
Postulowane przez Rybitzky'ego zmiany to otwarcie się na salonowe media i poprawa wizerunku partii. Jeśli miałoby się to odbywać za pomocą wymiany Gosiewskiego na Natalię X - która świeci białymi zębami i się ładnie uśmiecha, a nie potrafi wprowadzić dyscypliny w partii, to od razu mówię, że dziękuję. Z resztą nie wiem jak we Wrocławiu, jednak w Krakowie odbywały się szkolenia medialne, nie tylko dla sztandarowych ludzi małopolski ale i dla szeregowych członków młodzieżówki - nie wiem czy Ryba jest na bieżąco z wydarzeniami wewnątrz struktur partii.
Musimy pamiętać, że PiS jest opozycją do Platformy Obywatelskiej - dlatego też nie może dążyć do uPeOwienia. Gdy partia ta straci kontrast w opozycji do Platformy, razem z nim straci głosy przeciwników rządu Tuska. Poza tym w walce na uśmiechy i debilną politykę miłości PO jest i tak nie do przelicytowania. Tej walki PiS nigdy nie wygra, więc postulat wzięcia w niej udziału to błąd strategiczny i zaprzeczenie zasad, o których mówiono w Prawie i Sprawiedliwości, a które, o czym należy pamiętać zobowiązują nadal.
Rzeczywiście, w partii Jarosława Kaczyńskiego jest wiele do zrobienia. Jest wiele błędów do naprawienia i wiele rozwiązań do wprowadzenia. To fakty. Jednak defetystyczna postawa, zakładająca, że będziemy jedynie stać i narzekać w niczym nie pomoże. Już wystarczy krytykantów i oportunistów jak Sikorski czy Mężydło, wystarczy nadambitnych rozłamowców jak Piłka czy Zalewski. Czas na działania, czas na walkę o głosy - PiS ma potencjał, miejmy nadzieję, że go nie zmarnuje. Rybo, więcej optymizmu!
Posted by
Jaku
at
18:48
1 comments
Labels: prawica, Prawo i Sprawiedliwość, Rybitzky
2008-06-10
Poranne myśli lewaka
Wczoraj czytałem pewną dyskusję na shalomie24. Chociaż tam już nie pisuję, bo dwa razy zostałem wywalony za ultraprawicowe poglądy, to lubię sobie poczytać. Znany tam trockista o ksywie Maruti napisał, że płód znaczy dla niego tyle, co wołowina, że można nim handlować, wniosek taki, że nawet spożywać; towarzysz już się nie cofa nawet przed kanibalizmem. To zainspirowało mnie do napisania tekstu.
Jakie mogą być myśli takiego lewaka? Oczywiście, że wszystko to, co robi to dla zbudowania lepszego świata, żeby zapanowała wolność, równość, braterstwo, najlepiej od bieguna do bieguna. Kiedyś słyszałem, że część frakcji lewackich uważa, że rewolucja francuska się jeszcze nie skończyła i że jej koniec nastąpi dopiero wtedy, gdy w najmniejszej wiosce w Somalii zapanują nowe postępowe wartości.
Co on sobie może myśleć podczas porannego golenia, ale tak szczerze. No i wykonajmy tutaj taki eksperyment myślowy.
Lewak staje i się zaczyna golić. Potem uruchamia strumień myśli, no i czy będzie to tak:
Boże, jakim ja jestem podłym skurwysynem, popierając aborcję, eutanazję, eugenikę. Dobrze, że nie żądzę, bo zabrałbym dzieci rodziców, z upośledzonych zrobiłbym mydło i abażury do lamp oraz nawóz, część wysterylizowałbym, a resztę poddał indoktrynacji. Po prostu kraj spłynąłby krwią; wszyscy moi oponenci z tej prawicy wylądowaliby w zakładach dla obłąkanych. Kurwa... co ja robię, może rzeczywiście dobrze, że nie rządzimy, bo przyszliby jacyś faceci i wylądowałbym w dole z wapnem za to, że nie byłem odpowiednio mocno lewicowy.
Przy okazji płynie łezka, zacina się przy goleniu.
A państwowa edukacja, oświata, system opieki zdrowotnej, ubezpieczenie... jak mogę tak stać i wpieprzać ludziom kity. Tak samo o tym, że pedalstwo jest normalne... niech się dobry Bóg nade mną zlituje!
Lewaków rzadko takie akty skruchy dotykają. Musi się wydarzyć wojna albo ich rządy, to wtedy część widzi, że w to, co wierzyła, to jeden wielki stek bzdur. Pluje sobie potem w twarz, że była wstrętnymi totalniakami - de facto politycznymi dziwkami, jakie dały się zrobić mocno w balona.
W rzeczywistości jest tak:
Ja w żadnego Boga nie wierzę, to bzdury wymyślone przez pasterzy z Bliskiego Wschodu, ta cała Biblia to stek kłamstw, najlepiej byłoby palić to na stosach, podobnie jak inne nieprawomyślne książki... A kościoły wyburzyć, majątki kościelne znacjonalizować, wszystkich klechów to kamieniołomów zagonić. A aborcja, eutanazja, eugenika - jakież do dobrodziejstwo. Tylko będzie mniej downów, paralityków no i innych bezwartościowych odpadów. Co więcej, ludzi będzie mniej, łatwiej będzie można ich kontrolować i mówić im co mają robić. Co do dzieci? Heh, odebrać rodzicom, te downy i inne niedorobione, to zabić i przerobić na mydło, abażury i nawóz. Po co to ma żyć i obciążać system opieki zdrowotnej. Tak samo staruchów - przecież po cholerę nam oni z tymi wszystkimi dolegliwościami, niech robią z nimi to, co z downami. A prawica... dobrze będzie, jak ich wszystkich zabijemy, tak samo pozbędziemy się ze swoich szeregów utajonych prawicowców. Faszyzmu nie można tolerować w żadnej postaci; przecież to totalitaryzm! Wsadzimy ich do kamieniołomów razem z klechami, a część może przerobimy na mydło. Co do gospodarki; część sektorów przydałoby się znacjonalizować, a w ogóle... po jakiego chuja my tolerujemy ten krwiożerczy kapitalizm. Przecież to jak konserwatyzm totalitaryzm... o jeszcze rolnictwo skolektywizować. Co więcej, będziemy mogli lepiej chronić środowisko naturalne. A homoseksualiści. A przecież oni są normalni, w rzeczywistości to trzeba lać pałą tych skurwieli z NOP-u; a najlepiej to by ich razem z klechami i resztą prawicy zagonić do kamieniołomów.
To są myśli typowego lewaka. Przeciętnemu wyborcy takich lewicowych watah, które chcą niszczyć ludzi i ich okradać, należałoby postawić pytanie: czy wie kogo popiera i co popiera? że ludzie, na których głosuje, najchętniej widzieliby go w jakimś komsomole albo jako niewolnika, któremu będą mówić, co ma jeść, jak ma mówić i co. Oczywiście zaśmiałby się; nie zdaje sobie sprawę, że zachowuje się, jakby w głowie zamiast mózgu, miał lampy elektronowe jak w pierwszych komputerach elektronicznych.
Nawet taki krytyk systemów totalitarnych jak Orwell był kiedyś zdeklarowanym stalinistą. Musiał jednak zobaczyć okropieństwa wojny domowej w Hiszpanii, co sami republikanie wyprawiali. Tak więc lewactwo i jego sympatycy pewnie nie prędko się z niego wyleczą, bo skutki swoich poczynań zauważą dopiero, gdy ich samych dotkną.
No i wtedy się obudzą z ręką w nocniku.
Posted by
Kirker
at
13:46
1 comments
Labels: konserwatyzm, lewactwo, lewaki, Maruti, prawica, ultraprawica, zoologiczna prawicowość
2008-06-02
Metody zwalczania lewactwa
Na Saloonie24 wiele postów poświęciłem zjawisku społecznemu znanemu szerzej jako lewactwo. Zacząłem tam również uchodzić za czołowego lewakologa. Jaki może być wniosek z tych moich licznych gadół, taki najkrótszy i najbardziej dobitny. Otóż, wszędzie gdzie lewactwo dorwie się do koryta, w niedługim czasie jest syf, malaria i korniki!. Jak to jest, że w Europie Zachodniej ludność autochtoniczna wymiera i ten proces przybiera coraz bardziej na sile? W KRLD ludzie umierają z głodu; 70 lat temu na Ukrainie jedli nawet buty i rzemienie. W Wenezuali Hugo Chavez nie potrafi wytłumaczyć ludziom, jak to jest, że nie mogą sobie mięsa w sklepie kupić. Tego typu hocki klocki to jest efekt działań lewactwa. Stanowi ono niszczycielską siłę, przy której siedem plag egipskich to jest nic. Jaki może być z tego morał?
Lewactwo należy zwalczań wszystkimi możliwymi środkami. To jest choroba społeczna porównywalna do bąblowicy wywoływanej przez tasiemce Echinococcus granulosus czy Echinococcus multilocularis. Z tego powodu, zwalczając lewactwo, należy czynić to szczętnie, porządnie i dokumentnie. Wiadomo, jak się bąblowca źle wytnie, doprowadzając do jego rozlania się, to pacjent po jakimś czasie umrze, bo cysty rozwiną się w wielu innych narządach. Tak samo tutaj, lewacy mogą wrócić silniejsi, zupełnie jak w Wietnamie.
Metody Pinocheta i Franco
Pewnie mało kto zastanawiał się, dlaczego może jeździć na wakacje do Hiszpanii. Z tego też powodu nie wie komu to dobrodziejstwo zawdzięcza i nawet sobie z tego nie zdaje sprawy, jak to się stało. A może tak czynić dzięki nikomu innemu jak caudillo Franco. W 1936 roku republikanie - anarchiści, socjaliści, komuniści, trockiści i liberałowie - zaczęli dokonywać mordów. Jeszcze można oglądać tam mury klasztorów poszczerbione nabojami. W Hiszpanii armia się zbuntowała. Po trzech latach wojny domowej republikanie ostatecznie przegrali, ich resztki toczyły wojnę partyzancką jeszcze przez jakiś czas. Franco zdołał uporać się z lewactwem. Część została rozstrzelana, a część wtrącona do więzień i kamieniołomów. Po pewnym okresie, po wprowadzeniu liberalnych reform, kraj stanął na nogach. Dzięki temu można jeździć sobie do Hiszpanii na wakacje. Gdyby nie caudillo cała Europa teoretycznie mogłaby ulec sowietyzacji, wówczas ZSRR rozciągałby się prawdopodobnie od Gibraltaru po Tokio.
Nieco inaczej potoczyły się losy w Chile. Tam w 1970 roku wybory prezydenckie wygrał kandydat Frontu Ludowego, niejaki Salvador Allende. Rozpoczął się epizod komunistyczny. Nacjonalizowano kopalnie oraz inne przedsiębiorstwa. Rozpoczęto kolektywizację rolnictwa. Temu wszystkiemu towarzyszyły dziesiątki tysięcy morderstw; Allende odpowiada za śmierć około 70 000 ludzi. Po trzech konserwatyści i część chadeków obudzili i zaapelowali do dowódcy armii, Augusto Jose Pinocheta Ugarte, aby zrobił porządek. W krótkim czasie tak się stało. W 1973 armia się zbuntowała, Allende popełnił samobójstwo, strzelając sobie w swoim pałacu z AK47 w głowę. Stadion narodowy w Santiago de Chile został zamieniony w więzienie, gdzie zostali osadzeni wszyscy, którzy przez trzy lata niszczyli kraj. Część z nich została następnie wyrzucona z helikopterów do Oceanu Spokojnego. El Presidente wprowadził również reformy gospodarcze, korzystając z pomocy ekonomistów ze szkoły chicagowskiej, między innymi Miltona Friedmana i Josepha Stiglera. Dzięki temu Chile wygląda zupełnie inaczej niż inne kraje Ameryki Południowej.
Doprowadzenie do walk wewnątrz frakcji
Lewactwo jest bardzo ciężko ze sobą skłócić, co może wydawać się paradoksalnie. Oni jednak idą ze sobą łapka w łapkę, nie ważne czy są liberałami klasycznymi, komunistami czy anarchistami. Można jednak wywołać, odpowiednio manipulując walki wewnątrz frakcji, w wyniku których oni się sami spacyfikują w dopychaniu się do koryta. Czasami sprzyjają temu warunki, jak na przykład w czasie wojny domowej w Hiszpanii stalinowscy komuniści zaczęli mordować całą resztę. Metoda ta nie zawsze jest skuteczna, bo trzeba lewactwo chwilowo dopuścić do koryta.
Ośmieszanie i mówienie prawdy prosto w oczy
Lewactwo ma kurzą pamięć. Dla nich Hitler czy Stalin to już nie lewica, a bo nie byli proekologiczni i mieli mocno w poważaniu prawa pracownicze. Uważają, że ich formacja się zmieniła. Trzeba jednakże przypominać im, co wyprawiali i za śmierć ilu ludzi odpowiadają i że tak naprawdę są tacy sami jak faszyści czy komuniści. Z drugiej strony powinno się ośmieszać idee lewicowe wszędzie, gdzie się da, tak aby ludzie nie głosowali na lewactwo, a prawica mogła zasiadać w parlamencie przez długie kadencje.
Zaprowadzenie ładu anarchokapitalistycznego
Możliwość najbardziej futurystyczna. Teoretycznie można by postąpić, jak nam nakazują libertarianie, czyli zdemontować państwo i przekształcić je w małe jednostki polityczne, jak proponują to uczynić Hans Hermann Hoppe czy Jesus Huerta de Soto. Następny aksjomat anarchokapitalizmu (i libertarianizmu w ogóle), to niechęć do przymusu i naruszania wolności. Ergo: można przyjąć, że lewactwo narusza wolność prawicy, i wyrzucić je z naszych posesji, niech się osiedlą, gdzie indziej i tam niech sobie budują Państwo Boże na ziemskim padole. Wyszłaby wówczas nierealność wszystkich lewackich wymysłów. Oni by się tam powybijali i pozdychaliby z głodu, doprowadziliby do regresu materialnego ludności oraz depopulacji. Po jakimś czasie po prostu lewactwo zniknęłoby z powierzchni Ziemi, a prawicowość (i to zoologiczna) stałaby się tryumfatorem.
Lewactwo przyczyniło się do zniszczeń w skali niebywałej. Można się zastanawiać, dlaczego ono jeszcze istnieje. Niestety, wielkie korporacje mają interes w socjalizmie, a poza tym ludzie dają się robić w konia przez różne marks-media...
a mało kto myśli o zwalczaniu tej nawały niszczącej naszą cywilizację!
Posted by
Kirker
at
13:43
0
comments
Labels: konserwatyzm, lewaki, prawica, zoologiczna prawicowość
2008-05-26
Lewicowość nazizmu
Swojego czasu obejrzałem film Top Secret. Amerykański gwiazdor jedzie tam na koncert za żelazną kurtynę do NRD. Ale jak to historyczne już państwo zostało ukazane. Abstrahuję już od całej absurdalności tego filmu, między innymi w postaci systemów uzbrojenia, nie przystających raczej do środka zimnej wojny. Funkcjonariusze paradują tam w nazistowskich mundurach, a na ich piersiach dopatrzeć się można Krzyży Żelaznych. Dostrzegalne jest tam podobieństwo obydwu totalitaryzmów - komunizmu i nazizmu. Nieświadomie najpewniej ukazali oni sedno sprawy, że to identyczne ideologie przynależące do tego samego nurtu i wyrastające z tego samego pnia. Czy przypadkiem lewicujące Hollywood nie pokazało lewicowości odłamu myśli politycznej, który - niesłusznie - na całym świecie jest uważany za skrajnie prawicowy. Nazizm to lewica. Dlaczego?
Pojawia się tutaj do rozwiązania pewien podproblem. Co mianowicie można nazywać mianem prawicy? Jest to formacja konserwatywna obyczajowo i liberalna gospodarczo. Cała reszta to jest lewica. Pewnie zaraz ktoś mi przypomnie, że obecnie ten cały podział prawo-lewo jest do niczego, no i należy opierać się na dwuosiowych przedstawieniach. Tylko, że jak wyjaśnić naturalny wręcz tropizm klasycznych liberałów do socjalistów i komunistów? Ale mniejsza z tym.
Zacznijmy od kwestii gospodarczych. Nazizm pierwotnie posturował nacjonalizację trustów. Później Hitler złagodniał i się dogadał z wielkim kapitałem. Prowadził jednak etatystyczną politykę. Członkowie NSDAP i SS poprzejmowali wiele mniejszych zakładów i fabryk. Co więcej, robotnicy zaczęli dostawać węgiel. Wprowadzono plany czteroletnie, mieliśmy zatem do czynienia z klasyczną gospodarką centralnie sterowaną. W wielu wypowiedziach naziści wskazywali na swój antykapitalizm. Psioczyli nawet na typową dla człowieka dietę - Hitler bowiem chciał narzucić wszystkim Niemcom wegetarianizm.
Lewicowcy przywołują jeszcze związek z wielkimi korporacjami jako dowód na prawicowość nazizmu. Niestety, nie rozumieją, że to oni za pomocą wszelkich regulacji je wspomagają, prowadząc do utrwalenia monopoli i/lub monopolizacji rynku. Ale to temat na oddzielny artykuł.
Teraz kwestie obyczajowe. Nazizm, podobnie jak inne odłamy lewicy, dążył do wprowadzenia nowej tradycji. Był z gruntu antychrześcijański, dążył do narzucenia nowej nordyckiej religii opartej na pogańskich, staroskandynawskich kultach. W tym opierał się na zrodzonym w okresie cesarstwa volkizmie. Traktował społeczeństwo jak swoistą maszynę, w której można różne części wymieniać i zamieniać. Z tego powodu dopuszczał eutanazję i eugenikę, a po 1943 roku - dla nie-Aryjczyków - aborcję. Ideałem dla nazistów był człowiek pracy - chłop lub robotnik. Goebbels nawoływał wręcz na wielu wiecach do zniszczenia tradycyjnego burżuazyjno-arystokratycznego społeczeństwa. Był przy tym bardzo podobny w retoryce do Nowej Lewicy. Żeby było ciekawiej, rozwinęła się w tamtym okresie właśnie sztuka zbliżona do socrealistycznej przedstawiająca właśnie ludzi prostych. Abstrahuję już od tego, że nazizm - podobnie jak stalinizm czy współczesna lewica - miał aspiracje do poprawiania nauki. Mechanika kwantowa czy teoria względności były tam ideami żydowskimi i komunistycznymi; z tego powodu były odrzucane. W latach trzydziestych naziści zorganizowali mnóstwo wypraw do Azji Środkowej, chcąc udowodnić związek... Niemców i Tybetańczyków. Chcieli napisać na nowo historię, która miałaby się zaczynać od tego, że istniało kiedyś państwo zamieszkane przez Aryjczyków jakie obejmowało znaczne połacie Starego Świata. Pod względem naginania nauki na własne potrzeby i jej ideologizacji, nazizm nie odbiegał od reszty lewicy.
Nazizm również dążył do współpracy z innymi nurtami lewicy. Po tym jak Franco wygrał wojnę domową w Hiszpanii, Hitler pluł sobie w twarz. Uważał, że należało pomóc republikanom zakładając, że dałoby się z nich zrobić z nich dobrych narodowych socjalistów. Do władzy Hitler doszedł tylko dzięki Stalinowi, który uniemożliwił sojusz KPD i SPD.
Lewicowcy często się nie zgadzają z twierdzeniem, że nazizm jest lewicowy. Twierdzą, że rasizm dyskwalifikuje narodowy socjalizm jako odłam lewicy. W tym momencie wykazują się ogromną niewiedzą. Chyba wszyscy się zgodzą, że Stalin był lewicowy. No to był on rasistą, antysemitą i imperialistą. Wymordował całe narody. Prawdopodobnie Wielka Czysta miała przyczyny w nienawiści Stalina do Żydów, podobnie jak rzekomy spisek lekarzy na Kremlu w 1948 roku. Dążył również do panowania nad światem. Również Kinsey - gloryfikator wszelkich dewiacji - był rasistą, nie cierpiał Żydów i Murzynów.
Inny rodzaj argumentacji, to wymordowanie frakcji domagającej się realizacji części głęboko socjalistycznych postulatów związanej z Ernstem Roehmem i SA. To była zwyczajna wojna wewnątrz partii. Hitler chciał się pozbyć w ten sposób opozycji na własnym poletku i nie ma to nic do kwalifikacji "prawo-lewo". To, że Stalin wyrzucił w 1928 roku Trockiego z ZSRR, nie świadczy o tym, że jeden był prawicowy, a drugi lewicowy; nikt przy zdrowych zmysłach tak nawet nie pomyśli.
Zmiażdżenie związków zawodowych... a czy one w ZSRR istniały? czy mamy z nimi do czynienia w ewidentnie lewicowej KRLD? Wysokie kompetencje związków zawodowych lub ich występowanie nie są i nie mogą być wyznacznikiem lewicowości.
Lewica wypomina również konserwatystom, że poparli nazistów. Raczej byli postawieni pod ścianą, bo nie chcieli dopuścić do rządów komunistów. Mało kto zauważa, że naziści chcieli się z czarnymi rozprawić po socjalistach i komunistach. Zatem - jak zwykle po lewej stronie - kulą w płot...
Najciekawszy argument, z jakim się spotkałem, został zastosowany przez klasycznego liberała Quasiego. Wiązał się on z umiejscowaniem Adolfa Hitlera w Political Compass. Muszę go poinformować (pod warunkiem, że jeszcze czyta mój blog, a katofundamentalistami jest raczej zainteresowany), że lokalizacja jest błędna, bo jak zrobiłem ten test, opierając się na założeniach nazizmu, to w skali ekonomicznej otrzymał -5,56.
Wypada stwierdzić, że nazizm jest lewicą i to taką najbardziej typową: utopijną i chcącą przemodelować człowieka. Podrzucanie go prawicy jest intelektualnym szalbierstwem, odsuwaniem od siebie zgniłego jajka. Lewica jednak nie umie uderzyć się w pierś i przyznać się do tego, że odpowiada za śmierć kilkuset milionów ludzi. Zamiast tego woli ukrywać fakty i - wzorem nazistów - pisać historię na nowo.
Posted by
Kirker
at
15:20
0
comments
Labels: konserwatyzm, lewactwo, nazizm, prawica, zoologiczna prawicowość
2008-05-16
Jak to jest z tą demokracją?
Francis Fukuyama stwierdził w Końcu historii, że system liberalnej demokracji, w jakim my żyjemy, to ostateczna forma ustrojowa i że więcej nie może się nic wydarzyć. Wszystko już było, doczekaliśmy końca historii - takie jest przesłanie książki Fukuyamy. Uznaje przy tym system demokratyczny za najdoskonalszy, jaki kiedykolwiek został wynaleziony. Po prostu nic lepszego nie może być...
Lewica uważa demokrację za wartość ostateczną. I to od dziewiętnastego wieku, przecież wtedy narodził się demoliberalizm. Chociaż, jak przychodzi co do czego, wyciera sobie nią tyłek vide budowanie Euro-ZSRR. Prawica zwykła uznawać ją za zgniły kompromis. Część z niej w ogóle uważa, iż należy ten system wywrócić, głosząc potrzebę silnej władzy. Zakłada, że powinna być elitarna, że najlepszy byłby system monarchistyczno-arystokratyczny. No i czy przypadkiem w tym stwierdzeniu nie ma racji?.
Przyjrzyjmy się strukturze społeczeństwa. No i kogo jest w nim więcej? Ludzi mądrych czy głupich? Nie trzeba być geniuszem, żeby stwierdzić, że tych drugich. No i oni kogo będą wybierać? Otóż tych, co obiecują, że jak oni wygrają wybory, to się zrobi od razu kraina mlekiem i miodem płynąca, normalnie Państwo Boże na ziemskim padole. Nic dziwnego, że na lewicy funkcjonuje wręcz kult systemu demokratycznego. Takowy ich po prostu faworyzuje. W takim systemie jest praktycznie bez szans polityk twierdzący, iż będzie krew, pot i łzy; zostanie on najpewniej obrzucony jajami przez tłum. A ten zawsze rządał chleba i igrzysk, dążyć więc będzie po to, aby je otrzymać.
Tak więc system demokratyczny implikuje socjalizm, no i całą masę paradoksów z niego wynikającą. Po prostu dochodzi do tego na zasadzie efektu domino. Zaczyna się na demokracji, która teoretycznie ma nam dawać więcej wolności, a kończy się na socjalizmie, którym nam ją stopniowo odbiera. Co więcej, ten ostatni w pewnym momencie przekracza cienką czerwoną linię i stacza się w komunizm. Tak więc możemy mieć demokrację, a żyć w państwie de facto totalitarnym. Zachodnia Europa przecież przestaje się różnić powoli od państw komunistycznych, jak za przęstępstwo homofobii można tam trafić nawet do więzienia. Tak samo jest z wyznawaniem ideologii rasistowskich. W Niemczech na przykład za samo posiadanie flagi ze swastyką można mieć poważne problemy.
Jedyną władzą gwarantującą to, że nie wpadnie się w socjalizm, jest system monarchistyczno-dyktatorski. Do tego wniosku doszła również część libertarian; można tutaj wziąć za przykład książkę Demokracja. Bóg, który zawiódł Hansa Hermana Hoppego. Wskazuje tam, że jedyny system, który gwarantuje to, że nie urodzi się socjalizm, a potem komunizm, jest jedynowładztwo.
No i czy to nie jest prawda?
Nie ma co zatem gloryfikować demokracji, bo prowadzi, co może się wydawać paradoksalnie, totalitaryzmu.
Posted by
Kirker
at
16:10
5
comments
Labels: demokracja, prawica, socjalizm, totalitaryzm, zoologiczna prawicowość