2009-07-31

Wojskówka na celowniku Rosjan, czyli próba przejęcia PZL Świdnik

Przed południem do opinii publicznej przedostała się informacja, iż BBN podejrzewa rosyjskie służby o próbę wrogiego przejęcia Polskich Zakładów Lotniczych Świdnik za pomocą czeskiej spółki-córki Aero Vodochody z kapitałem na Cyprze. Ustalenia Biura pokrywają się z danymi polskich służb specjalnych. AV dementuje te dane.

Czesi z Aero Vodochodów twierdzą, iż właściciel firmy - Penta Investments ,,nigdy nie miał źródeł rosyjskich''. Za słowami w mediach nie idą ujawniane publicznie dowody potwierdzające brak winy, miejmy jednak nadzieję, że o dalsze informacje zatroszczy się Służba Kontrwywiadu Wojskowego. SKW, czyli dziecko kontrwywiadu WSI rzekomo zdruzgotane reformą Antoniego Macierewicza.

Dlaczego Rosjanie mogliby być zainteresowani PZL Świdnik? Być może ciekawią ich technologie i dane związane z najnowszym śmigłowcem z świdnickiej stajni - PZL SW-4. Jest to lekka maszyna przystosowana do lotnictwa wojskowego oraz cywilnego, której cena rynkowa sięga 750.000 USD a jej kupnem zainteresowały się kraje takie jak Wielka Brytania czy Chorwacja. Jednak, patrząc na historię prototypu śmigłowca, można podejrzewać, że jego plany od dawna leżą w moskiewskich archiwach, bo prace nad projektem rozpoczęły się jeszcze w 1987 roku.

Zatem na czym mogło zależeć Rosjanom? Przyczyną ich zainteresowania mogła być chęć uzyskania wpływu na polski przemysł lotniczy, której najprężniejszym przedstawicielem w dziedzinie śmigłowców jest właśnie ta firma. W świetle drastycznych cięć budżetowych i masowych zwolnień w świdnickiej fabryce, zwerbowany przez Rosje z rozkazu nieudolny zarząd byłby gwoździem do trumny z wolna odradzającego się przemysłu.

Gdyby taki organ nie został rozpracowany, a problemy Świdnika zostałyby zrzucone na karb tradycyjnie postpeerelowskiej niegospodarności w naszych firmach, nawet najsprawniejsza władza dbająca o dobro strategicznych spółek nic nie poradziłaby w tej sprawie, ponieważ sama firma znajdowałaby się już w ,,czeskich'' rękach.

Bez względu na przypuszczalne motywacje strony rosyjskiej, odkrycie prób wrogiego przejęcia to sukces polskich służb (najpewniej SKW), a spalenie akcji w mediach przez BBN to majstersztyk. Samo podejrzenie o uwikłanie we współpracę z FSB to wilczy bilet dla Czechów, szczególnie, że takie informacje nigdy nie pojawiają się w mediach przypadkowo i bez uzasadnienia. To nie są ploty nt. nowego związku Dody, to gra służb na najwyższym szczeblu.

Rosjanie zwiększają swą aktywność w Polsce, czego oprócz opisywanej sprawy, dowodem jest zwolnienie dwóch rosyjskich dyplomatów podejrzanych o szpiegostwo pod koniec kwietnia bieżącego roku. Cała odpowiedzialność za odparcie tej ofensywy spoczywa na barkach oficerów kontrwywiadów wojskowego i cywlinego. Miejmy nadzieję, że w naszych służbach nie zabraknie wystarczająco odpowiedzialnych ludzi, którzy poradzą sobie z tym problemem. Miejmy nadzieję, że sprawa PZL Świdnik, nie zapewni planującemu swą wizytę na 1 września Premierowi Federacji Rosyjskiej Putinowi dodatkowych powodów do zadowolenia.

2009-07-29

Świat potrzebuje Pax Americana

Od czasu gdy na fotelu prezydenckim w Waszyngtonie zasiadł były pacyfista i lewacki działacz Barack Obama, tak jak mogliśmy się spodziewać, polityka Stanów Zjednoczonych pogrąża się w coraz głębszym izolacjonizmie. Jednak nie takiej recepty potrzebuje świat w dobie kryzysu i permanentnego konfliktu politycznego.

Wszyscy wrogowie Stanów Zjednoczonych czekali na zwycięstwo Obamy. Dzięki jego naiwności w polityce zagranicznej i bezmyślnej polityce wewnętrznej nakierowanej na zabawianie tłuszczy i eksperymentowanie z lewicowymi projektami, kraje takie jak Rosja czy Chiny mają obecnie wolną rękę w sprawach, które zawsze stawały się obiektem krytyki Wielkiego Szeryfa, który obecnie zdaje się przemieniać w Wielkiego Zdrętwiałego Szeryfa na emeryturze.

Naszego emeryta nie interesuje już kwestia Czeczenii, w której znowu giną aktywiści niepodległościowi, nie zajmuje go masakra Ujgurów w Chinach (dysydentka z tamtych okolic Rebija Kadir podała, że jednej nocy zaginęło około 10 tys. ludzi), ów emeryt również nie robi sobie nic z faktu, że ChRL-D otacza swym wpływem Europę mieszając się w sprawy wewnętrzne Mołdawii oczekując korzyści politycznych w zamian za wielką pożyczkę tuż przed wyborami w tej postradzieckiej republice.

Wobec braku działań ogarniętego inercją Kraju Wolności Europa oddala się od zamieniającego się obecnie w taki sam socjalny padół naturalnego sojusznika zza Atlantyku, oddając się w zimny uścisk Moskwy. Francję i Niemcy w warunkach aktywnej polityki Stanów Zjednoczonych w regionie możnaby skłonić do spójnej polityki w ramach zachodniego kręgu cywilizacyjnego. W obliczu inercji Białego Domu kraje te staczają się w coraz silniejszą rusofilię.

Ostatnio lewicowy polityk Frank Walter Steinmeier zaproponował wręcz denuklearyzację RFN. Ostatni raz z taki pomysł pojawił się w Planie Rapackiego w 1957 stworzonym przez polskich komunistów i nawet ZSRR nie zgodziło się na takie osłabienie obronności państwa niemieckiego (fakt, że byłoby ono wówczas niekorzystne dla Sowietów). Niemcy bez atomu, z Bundeswehra w której żołnierze otrzymują przydziałowe dwa piwa dziennie i boją się strzelać w Afganistanie, to zniesienie ostatniej przeszkody na drodze do dominacji Rosji w regionie.

I tak jak w Afganistanie grubych, pijanych niemieckich żołnierzy w ich fachu zastępują marines, tak w twardej polityce wobec Federacji Rosyjskiej to Waszyngton zastępował Berlin czy Paryż. Wszystkie ciosy krytyki ostrego kursu uderzały w Biały Dom, za którego osłoną Francuzi czy Niemcy mogli załatwiać swe interesy z Rosjanami. Bo to Jankesi są źli, a dobrzy europejczycy chcą się dogadać. W zamian za ochronę Ameryka otrzymała pacyfistyczne i antyamerykańskie demonstracje w największych europejskich miastach i obojętność lub niechęć wobec inicjatyw wojska USA na całym świecie.

Aktywność Wielkiego Diabła w krajach arabskich odsuwała uwagę od antyarabskich działań we Włoszech czy Francji. Największym złem jest Ameryka, w porównaniu z nim słabe europejskie kraje, podejmujące śmieszne działania to pestka. Szczególnie, że w niektórych już teraz równoważnym kodeksem praw jest Szariat, a w następnych wystarczy spłodzić kilkaset tysięcy muzułmanów więcej, by przejąć inicjatywę. Płonące opony w Paryżu i rytualne zabójstwa religijne w Berlinie to dopiero początek. Bierność Stanów Zjednoczonych tylko ten proces przyspieszy.

Tak samo będzie z procesem pogrążania się Europy w lewicowym bagnie skazującym obywateli na coraz większą kontrolę i coraz mniejszą zdolność do podejmowania samodzielnych działań czy decyzji. Antyamerykańska lewica mimo wszystko triumfuje a pomysły będące fantastyką naukową jeszcze kilka lat temu, zyskują dziś szerokie poparcie w europejskich społeczeństwach. Teraz parasol ochronny jest powoli składany a Europa niedługo zatęskni za status quo gwarantowanym przez potęgę zza Atlanyku. Gdy tylko w Paryżu pierwszy muezin wyjdzie na Wieżę Eiffla, a w Helsinkach powstanie pierwsza rada komisarzy ludowych.

Kraje Europy środkowo-wschodniej potrzebujące wsparcia amerykańskiego, by nie stać się częścią rosyjskiej strefy wpływów oraz kraje, jak Gruzja czy Ukraina, które po latach cierpień chcą się z tej zależności wyrwać, obecnie zostały na lodzie i tylko arcyzręczna polityka ich rządów uchroni je przed dominacją Moskwy. A na cuda w postaci jednomyślnej współpracy rządów owych państw zgodnych z interesem regionu nie ma co liczyć. Partnerstwo Wschodnie to dziś slogan a NATO samo tępiące sobie zęby zamienia się powoli w kółko dyskusyjne dla pacyfistów marzących o samorozwiązaniu organizacji.

Opisywani wyżej Czeczeńcy, Ujgurzy, Mołdawianie, Ukraińcy, Gruzini i Europejczycy z krajów starej i nowej Unii - oni wszyscy potrzebują powrotu Wielkiego Szeryfa. Razem z nimi tego powrotu potrzebuje świat skazany na pastwę fundamentalizmu islamskiego i komunistycznego imperializmu odradzającego się w Pekinie i zależnej od niego Moskwie.

Świat potrzebuje pomocy tępych i ograniczonych Amerykanów co rusz zdobywających nagrodę Nobla, ludzi rzekomo gorszych od młodych emo z europejskich coffee-shopów dywagujących godzinami nt. najlepszego sposobu na samobójstwo.

Świat potrzebuje powrotu Pax Americana.

2009-07-28

Czas ucieka, nocnik czeka

Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim opublikowany na łamach Gazety Polskiej może budzić wzburzenie. Może wywoływać gwałtowne reakcje i niechęć do przywódcy PiS. Ów wywiad może tak zadziałać głównie na tych którym siła słów w nim zawartych szczególnie zagraża.

Kaczyński się nie patyczkuje. W toku wywiadu prezentuje sprytny i niecny plan zablokowania Platformy Obywatelskiej przy władzy aż do końca kadencji. Jak wiadomo tendencja spadkowa poparcia dla Platformy raczej się nie zmieni i byłby to ewenement na skalę historii III RP, szczególnie, że działania polityków partii rządzącej wydają się tylko intensyfikować ten trend. Dlatego tylko przedterminowe wybory są w stanie utrzymać Platformę na powierzchni. I tylko politykom tej partii na tym utrzymaniu tak zależy.

Środowisko liberałów ma zamiennik w postaci Stronnictwo Demokratyczne, Sojusz Lewicy Demokratycznej dzięki sile PO jedynie traci część elektoratu, Polskie Stronnictwo Ludowe nakradło już do pewnej granicy, na której przekroczenie nawet Platforma nie chce pozwolić, z resztą sondaże wróżą ludowcom ciężką przyszłość. Zostaje jeszcze Prawo i Sprawiedliwość z Jarosławem Kaczyńskim na czele, którym w oczywisty sposób zależy na upadku partii Donalda Tuska. Przyspieszone wybory są na rękę tylko i wyłącznie PO.

Dlatego polityk nazywany czasami pogardliwie Wielkim Strategiem wypowiada się dziś, by ubiec przewidywane próby skrócenia kadencji Sejmu. Jarosław Kaczyński deklaruje, że PiS z pomocą swego brata może zablokować każdą próbę rozpisania wcześniejszych wyborów, po czym razem z pozostałymi partiami stworzyć makietowy, ,,bezpartyjny'' rząd zapewniający ciągłość władzy aż do konstytucyjnego terminu zmiany warty. Wiadomo, że słabnącym lewakom i ludowcom będzie zależało na przedłużeniu swej marnej egzystencji w parlamencie. Dlatego ewentualna propozycja dwóch Kaczyńskich może paść na podatny grunt. Szczególnie, że Pawlakowi coraz mniej po drodze z partią miłości, nie mówiąc już o Napieralskim.

Na miejscu Kaczyńskiego krzyknąłbym - ,,szach mat!'', bo w takim układzie Platforma Obywatelska ma do wyboru utratę władzy i przejście do opozycji bądź trwanie przy niej aż do mizernego finiszu za dwa lata. I tak źle, i tak niedobrze. Jak stwierdził przywódca PiS - ,,Tusk znajdzie się nie ręką w nocniku, lecz z głową''. Czas ucieka, grunt usuwa się pod nogami platformersów a oblicze jaśnie panującego nam Słońca Peru zbliża się coraz szybciej do metaforycznego żółtego zwierciadła.

P.S.: Wiem, że niektórych krew właśnie zalewa, niczym arcymistrza bon-ton Niesiołowskiego obrażonego niskim poziomem wypowiedzi Kaczyńskiego dla Gazety Polskiej. Wyznaję jednak zasadę ,,ogień ogniem zwalczaj'', dlatego dla poprawienia nastroju owych osób chciałbym zaprosić na seans przed PiS TV. Grają dziś krótki film fabularny pt. ,,Rzecznik polskiego rządu udaje się do pracy...''. W rolach głównych rzecznik rządu RP Paweł Graś i jego niemiecki pracodawca Herr Niemiec. Polecam:D

http://www.youtube.com/watch?v=ig7hcLYPNZg

2009-07-26

Ks. T. Isakowicz - Zaleski o schizoparanoidalnej religijności

Na stronie niezależnej.pl można przeczytać bardzo ciekawe spostrzeżenia ks. Isakowicza - Zaleskiego nt. katolicyzmu co poniektórych polityków polskich. Nie może się ksiądz nadziwić, jak to się nagle oni zmienili z nabożnych obywateli w przepełnione agresją "potwory". Co ciekawe, autor przytacza tu głównie takie postaci, jak: Hanna Gronkiewicz - Waltz, czy Stefan Niesiołowski.

Ks. Isakowicz - Zaleski pisze m.in.:

"Dziś po latach, widząc bicie kupców przez wynajętych osiłków i cyniczne wypowiedzi pani prezydent Warszawy, zastanawiam się, co sie stało z dawną charyzmatyczką Hanną, która tak łatwo przekształciła się w drapieżnego polityka? Jaki mechanizm zadziałał?

W 1995 r. uczestniczyłem w rekolekcjach, które prowadziła ... Hanna Gronkiewicz-Waltz, wówczas ulubienica wielu środowisk katolickich, afiszująca się swoją przynależnością do Odnowy w Duchu Świętym i narzucająca się swoją osobą wielu kuriom biskupim, które ustawicznie odwiedzała przy byle okazji. Do kościoła św. Andrzeja na przy ul. Grodzkiej poszedłem z ciekawości, bo widok kobiety przemawiającej do duchownych z ambony był jak na konserwatywny Kraków bardzo egzotyczny.

Nauki ówczesnej pani prezes NBP były nadzwyczaj egzaltowane i typowo neofickie, ale od strony teologicznej beznadziejne. Niektórzy z duchownych zagryzali wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem, gdy charyzmatyczka Hanna popełniała lapsus za lapsusem. Mimo wszystko dałem się jej uwieść i za kilka miesięcy w wyborach prezydenckich zagłosowałem na panią prezes.

Dodam też, że w rekolekcjach tych oprócz duchownych uczestniczył prawie cały krakowski establishment, w tym wielu bankowców. Wśród nich dwóch panów, którzy już wtedy znani byli ze swych afer, a którzy w kościele siedzili w pierwszej ławce z rękami złożonymi jak aniołki.

W tym samym czasie uczestniczyłem w poświęceniu Warsztatów Terapii Zajęciowej na os. Dywizjonu 303 w Nowej Hucie. Pani prezes uroczyście przecinała wstęgę. Pod adresem osób niepełnosprawnych złożyła szereg deklaracji, ale żadnej z nich nie zrealizowała. Typowe gruszki na wierzbie. Nie mniej jednak wszyscy jej wtedy mocno klaskali.

Dziś po latach, widząc bicie kupców przez wynajętych osiłków i cyniczne wypowiedzi pani prezydent Warszawy, zastanawiam się, co sie stało z dawną charyzmatyczką Hanną, która tak łatwo przekształciła się w drapieżnego polityka? Jaki mechanizm zadziałał? Jaki mechanizm zadziałał także w przypadku np. Stefana Niesiołowskiego, który swego czasu jako aktywista Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego też afiszował się ze swoim katolicyzmem, a dziś jako aktywista PO jest "dyżurnym opluwającym", poniżającym publicznie kogo tylko sie da ?
"

No cóż, to klasyczy przykład fałszywej religijności, o której raczył wspomnieć już przeszło 100 lat temu Zygmunt Freud. Klasyczne rozszczepienie pomiędzy fasadową religijnością a nieuświadomioną popędowością, czyli seksualnością i destrukcyjną agresywnością. Tak charakterystyczne dla osób, które zatrzymały się w rozwoju na pozycji schizoparanoidalnej,o której z kolei wspominała Melanie Klein. Konflikt między nadmiernie surowym superego a potrzebami niższego rzędu, odcinanie się od nich, zaprzeczanie im (chodzi tu o potrzeby właściwe dla każdej jednoski ludzkiej, czyli: seksu, władzy, agresji, przyjemności, potrzeby materialne), tworzenie wizerunku "idealnego ja", przy jednoczesnym odcinaniu się od własnego destrukcyjnego "ja", co z kolei prowadzi do jego rzutowania na tzw. "obiekty zewnętrzne" (np. na kupców z KDT, czy polityków PiS-u), prędzej czy później kończy się utratą kontroli nad niedojrzałymi mechanizmami obronnymi i niekontrolowanym zrzucaniem "masek". Osoba "świętoszkowata", zaczyna traktować ludzi jak "bydło" (nawiązanie do słów Bartoszewskiego, też lubiącego zakładać maski, nie tylko profesorskie,ale i "przykościelne") i z niespotykaną zawziętością walczy,czy to werbalnie, czy to fizycznie z urojonymi wrogami.

Ten sam mechanizm, co u Hitlera (chwalił chrześcijańskie dziedzictwo, niemiecką kulturę chrześcijańską i wiarę w Jezusa Chrystusa, a jednocześnie wykazywał obsesyjne postawy antyżydowskie i antyklerykalne; nie tylko na poziomie werbalnym, ale i fizycznym), można dostrzec i u Wałęsy (z "Matką Boską" w klapie i załatwiającym swe potrzeby do kropielnicy) i u Niesiołowskiego (niegdyś aktywisty ZChN-u, a dziś wyzywający Kaczyńskich od paranoików, czy schizofreników) i u Gronkiewicz - Waltz (afiszującej się z księżmi i jednocześnie pałującej kupców z KDT), czy u Donalda Tuska (który przed wybormi prezydenckimi poszedł do spowiedzi, przystąpił do Komunii Świętej, wziął ślub kościelny, a po doznanej klęsce - zaczął wyzywać katolików od "moherów" i podzielił Kościół na "łagiewnicki" i "toruński").

Ot, miłość i wiara schizoparanoidalna...

PS.

Ciekawa jestem, co na to jedynie "zdolni do miłości i przeżywania wdzięczności" psychologowie, li psychoterapeuci, tak silnie identyfikujący się z polityką "miłości", panującego nam premiera Tuska...

2009-07-24

Kataryna w sporze procesowym

Z bloga Kataryny mozna sie dowiedziec, ze firma Axel Springer odmowila jej podania adresow "dziennikarzy", ktorym chcialaby wytoczyc proces.
Tkwi tu dosc powazny blad. Proces nalezy wytoczyc firmie Axel Springer. Bez aktywnej pomocy tej firmy wzmiankowani Michalski, Czubkowska i Zielinski mogliby co najwyzej mazac paluchami po scianach klozetow. Aktywny udzial Springera w szkodzie wyrzadzonej Katarynie jest bezsprzeczny.
Springera mozna pozwac o 20 baniek i dostac najmniej 10. Mowicie, ze nie w Polsce? Dlaczego nie wniesc pozwu w Niemczech? Pozywajac indywidualnie ten chlam dziennikarswa mozna liczyc realnie na 5 tysiecy od kazdego, pewnie takie dostali premie u Axela za akcje "kataryna". Beda musieli zrezygnowac z wczasow w Bulgarii i to wszystko, zostana im natomiast posadki w firmie. Mam przekonanie, ze jezeli Springer bedzie musial wyplacic 10 czy 20 baniek to rownoczesnie zadba by michalskie, czubkowskie i zielinskie do konca zycia pisywali wylącznie tam gdzie udają sie za potrzebą.

2009-07-21

Walce i Polki Matki Ubolki

Wypada zacząc od tego, ze Warszawa jest azjatyckim miastem nie dlatego, ze stoją w nim jakies stragany i blaszaki, ale dlatego, ze stoją w nim azjatyckie wladze, od Sejmu przez URM i ministerstwa po Ratusz, a takze SN, TK, oraz telewizje i naczelne redakcje.
Usuniecie straganow nie uczyni z Warszawy miasta eurpejskiego, natomiast jest bardzo duza szansa na takie miasto po usunieciu wspomnianych wladz, tam dopiero jest zakorzenione autentyczne azjatyckie badziewie.

W kazdą sobote cwierc wielkiego parkingu przy Square One Mall w samym centrum Mississaugi zajmują stragany i samochody dostawcze okolicznych farmerow i odbywa sie rzecz zwana kiedys jarmarkiem.

 
www.shopsquareone.com


W centrum Halifaxu w kazdy weekend ozywa stary browar stając sie rojną mieszaniną straganiarstwa i sklepikarstwa.



To nieprawda, ze stragany zniknely z centrow miast w zachodniej cywilizacji. Przeciwnie, nadają im niepowtarzalny koloryt.
Uzupelniają oferte supermarketow konkurujac z nimi cenowo. Gdyby ceny w supermarketach staly sie horrendalnie wysokie to stragany konkurowalyby z nimi 7 dni w tygodniu i nie byloby problemow administracyjnych, rzecz zostalaby przeprowadzona gladko i sprawnie, bez gazu, palek i agresji "sluzb porzadkowych".

Lokalne wladze chcą istnienia straganow poniewaz tego wlasnie chcą ludzie ktorzy wybrali te wladze.
I to jest wlasnie demokracja, poszanowanie woli wyborcow, a nie samowolne uzywanie gazu, palek i agresji "sluzb porzadkowych".

Dziwi mnie, ze inni blogerzy nie podnosza prawd tak prostych i oczywistych. Nie wiedzą o tym, czy wiedzą, ze nikt nie chce o tym ani sluchac, ani czytac?

Gdyby wladza w Warszawie nie byla azjatycka dzisiejsze zajscia bylyby ostatnimi podrygami Bufetowej, po czyms takim baba musialaby ustapic. Niestety miasteczko zamiast pozbyc sie azjatyckich rządow wikla sie w czyms zupelnie odwrotnym, Hania zschetyniala, a Schetyna sczekiszczal.

A moze nikt nie zauwazyl, ze od niepamietnych lat, niezaleznie od podkladu muzycznego i oficjalnych oswiadczen ("a tera do poloneza"), stara betoniarka kreci sie na jedno i to samo kopyto?
Jest to stary, dobry kazaczok z domieszką zbojnickiego.

.

.

.

.

PS

Dla kontrastu obrazek z PRL-bis



Zdjecie oraz tekst ponizej pochodza z bloga dziubekwroclaw

Nie zamierzam komentować sytuacji, cały czas mającej miejsce w i wokół KDK - nie mam do tego dostatecznych informacji i nie czuję się kompetentny. Ale jedna rzecz nie budzi u mnie najmniejszych wątpliwości.

Stosowanie gazu łzawiącegow pomieszczeniach zamkniętych (we wszelkich budynkach) jest przez polskie prawo zabronione. Tymczasem - jak dowiedziałem się z TVN 24, która cały czas na żywo zdaje relacje z miejsca wydarzeń - najpierw Agencja Ochrony ZUBRZYCKI wewnątrz hali użyła gazu przeciw protestującym handlowcom, a przed kilkunastoma minutami policja wpuszczała gaz do okien budynku, jeśli tylko funkcjonariusze zauważyli kogoś wychylającego się stamtąd.

Nasuwa mi się w tym momencie jedno tylko, przykre skojarzenie: stan wojenny. A banda osiłków od Zubrzyckiego i policjanci przypominają w swych poczynaniach ZOMO-wców Jaruzelskiego i Kiszczaka.


___
Interesujace rzeczy wypisuje rowniez znany duren Krzysztof Leski. Bez linku, kto chce niech czyta na wlasne ryzyko.

2009-07-18

Stany Zjednoczone Europy legły w gruzach

W wywiadzie dla "Dziennika" francuski ekonomista Christian Saint-Etienne stwierdza, iż ,,Euro spowalnia gospodarkę i tak naprawdę jest nieopłacalne nawet dla bogatych krajów starej Europy''. Dodaje przy tym, że faktyczna klęska euro stanowi też polityczną klęskę zjednoczonej europy, świadectwo tego, że nie jest ona w stanie wyjść poza poziom narodowych egoizmów. Czy zachodnio-europejskie elity zaczynają wreszcie dostrzegać fakty?

Euro jest niekorzystnym pomysłem dla Rzeczpospolitej w świetle jej obecnej słabości gospodarczej. Okazuje się, że w ocenie ekonomisty z Francji korzyści z tej waluty nie odczuwają również kraje starej Unii, a wręcz doskwierają im dolegliwości wynikające z minusów obowiązywania Euro na ich terytorium. Saint-Etienne uważa, że eurowaluta to ,,pułapka'', czy wręcz ,,cukierek z trucizną'', który miał zapewnić stabilizację, lecz w rzeczywistości prowadzi do permanentnej stagnacji, w której znajdowały się zachodnioeuropejskie potęgi do czasu pojawienia się kryzysu ekonomicznego, który wydaje się dziś strącać je w gospodarczą przepaść.

Tak więc, wygląda na to, że Euro jest ideą wprowadzaną uparcie z przesłanek pozamerytorycznych, takich samych jak te, które każą euroentuzjastom pomijać opinie ekspertów z góry uznanych za przeciwników integracji, a więc enfantes terribles wielkiej europejskiej rodziny. Jednak ,,Europejczycy'' widzą, że ich europejski dom sypie się w posadach ale, ignorując to, planują dla niego wystrój i kolory tapet dobrane zgodnie z najnowszymi trendami feng shui. Na szczęście zaczynają pojawiać się wyjątki.

Dziś wypowiada się na ten temat francuski ekonomista będący członkiem Rady Analizy Gospodarczej oraz francuskiego Koła Ekonomistów. W wyborach prezydenckich 2007 r. udzielił poparcia Francois'owi Bayrou - francuskiemu liberałowi, który sromotnie przegrał wybory plasując się za Nicolasem Sarkozym oraz Segolene Royal. Dla euroentuzjastów to swój chłopak i na pewno tak śmiałe wystąpienie przeciwko idei wspólnej europejskiej waluty kosztowało go wiele samotnych bankietów przy barze z wzrokiem utkwionym w drinku będącym alibi, pozwalającym uniknąć palących spojrzeń.

Gasnący euroentuzjazm Saint-Etienne ujawnia się w dalszej części wypowiedzi dla Dziennika - Faktyczna klęska euro stanowi tez polityczną klęskę zjednoczonej europy, świadectwo tego, że nie jest ona w stanie wyjść poza poziom narodowych egoizmów. Sytuacja, w której mimo posiadania wspólnej waluty Niemcy grają gospodarczo przeciw Francji, Francja przeciw innym, krajom, a Europa Środkowo-Wschodnia wciąż domaga się specjalnego traktowania, oznacza, że za kilka lat Unia pozostanie juz tylko pustą formą - stwierdza ekonomista. Eureka! Francuz patrzy na płonący Rzym i zauroczony jego perwersyjnym pięknem dopiero po zrzuceniu z siebie tego uroku zauważa problem oraz jego skalę.

Skargi i utyskiwania zachodnio-europejskiego specjalisty zamieniają się w pełen bólu lament. Europa nie chce się jednoczyć. Europa to zbitek państw narodowych. A owe państwa mają swoje interesy. Te elementarne prawdy dotyczące naszego kontynentu lekceważono przez lata. Szok jaki przeżywa Christian Saint-Etienne porównywalny jest do mistycznego przeżycia czarnych neofitów religii chrześcijańskiej, na którą ci przerzucają się z kultów animalistycznych. Nagle wszystko staje się jasne - stare bożki w postaci eurofederalistycznych idei okazały się hasełkami dla naiwnych.

Elity pchające państwa europejskie ku coraz silniejszej integracji chciały pokonać naturę państw narodowych i po raz kolejny okazało się, że ludziom otumanionym lewicowymi ideami równości, jedności i internacjonalizmu natury owej pokonać się nie udało. I bez wsparcia aparatu totalitarnego nigdy się nie uda. Dopiero kryzys, zmusza owe elity do racjonalnej oceny sytuacji.

Wygląda na to, że idee Roberta Schumanna i innych ojców Unii Europejskiej, które u gruntu były szlachetne (dominującą rolę odgrywały tu warości chrześcijańskie, czego wspominanie jest wysoce nietaktowne w europejskich salonach), po latach lewicowych wynaturzeń, w styczności z rzeczywistością nie zdały egzaminu. Francuskie elity również zaczynają to zauważać.

Może nadszedł już czas na merytoryczną dyskusję na temat Europy? Może najwyższy czas na wyrzucenie fantazji państwa europejskiego na ideowy śmietnik? Może czas na merytoryczną duskusję na temat przyszłości naszego kontynentu z pominięciem fałszywych dogmatów?

2009-07-16

Kula u nogi

Państwo socjalistyczne zajmuje się wieloma rzeczami, którymi nie powinno. Aż nazbyt oczywistymi przykładami są służba zdrowia, ubezpieczenia, edukacja, opieka społeczna. Przy tej okazji zapomina się o zdecydowanie najbardziej oczywistym wyróżniku, a mianowicie państwowej własności środków produkcji. Podobnie jak państwo nie jest od tego, żeby edukować, leczyć, ubezpieczać ludzi zamieszkujących jego obszar, nie powinno być istną manufakturą. Socjaliści różnej maści zastanawiają się jak tu posyłać coraz młodsze dzieci do szkoły i nie tylko. Gdy tylko mogą, to zaraz dokonują nacjonalizacji. Pół żartem pół serio, zastanawiam się czasem, kiedy skrót GM będziemy tłumaczyć Government Motors. Tak samo czasem chodzi mi po głowie, czy Obama nie zechce upaństwowić szeregu gałęzi przemysłu oraz ubezpieczeń. My w Priwislanskim Kraju mamy jednakże zmartwienia jeszcze innego typu. Istnieje u nas szereg przedsiębiorstw państwowych stanowiących istną kulę u nogi...

Biorąc pod uwagę rachunek ekonomiczny, jeżeli dane przedsiębiorstwo nie przynosi żadnych zysków, to należy je sprywatyzować. Nie zamykać ani nie likwidować, tylko sprzedać i to najlepiej na giełdzie. Wówczas budżet państwa zostanie zasilony całkiem sporymi środkami, a przy okazji dany zakład zacznie płacić podatki. W wyniku tego znowu kasa państwa zostanie zasilona. Prywatyzacja zatem stanowi sukces. Pytanie tylko, dlaczego pewne przedsiębiorstwa to swoiste święte krowy i nikt nawet o tym nie myśli. W ogóle, dlaczego w wielu gałęziach prywatyzowanie państwowego mienia idzie tak powoli?

Mamy tutaj dwie grupy, które sobie tego nie życzą. Po pierwsze są to związki zawodowe. Prywatny właściciel mógłby nawet zakazać ich działalności na swoim terenie. Wówczas skończyłyby się ich przywileje. Póki dany zakład jest państwowy, mogą rządać od państwa coraz więcej. Przyjeżdżają wówczas do Warszawy pod jedno z ministerstw albo kancelarię premiera. Zestrachany rząd dla świętego spokoju daje im je albo obiecuje podtrzymanie tychże dla świętego spokoju. Sprawa stoi zatem w miejscu. Po drugie same elity polityczne nie chcą prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw. A dlaczego? Sprawa tutaj jest prosta. Poszczególne partie mogą na stanowiskach prezesów, członków rad nadzorczych, zarządów umieszczać swoich członków. Państwowe przedsiębiorstwa stanowią zatem kość, o którą one będą się bić. Wobec czego po co prywatyzować? Przecież nie ma sensu pozbawiać się możliwości zarobku na intratnych państwowych posadkach. Z elitami politycznymi związana jest jeszcze inna kwestia. Istnieje również populistyczny argument przeciwko prywatyzacji. Politycy nie chcą bowiem stracić elektoratu, który związany jest z dużymi monopolistycznymi molochami. A w obecnym świecie demokratycznym ma to niestety znaczenie. Nie chcą podcinać sobie gałęzi, na której siedzą. Prywatyzacja byłaby bowiem rzeczą bardzo nie wygodną w takim układzie. Niezadowoleni pracownicy jakiegoś państwowego molocha mogliby się od danej partii odwrócić, a następnie zagłosować na kogo innego. Więcej, przez to cały polityczny mainstream teoretycznie mógłby stanąć do góry nogami, a do głosu mogłyby dojść inne siły, które obiecałyby na przykład nacjonalizację uprzednio sprywatyzowanego zakładu.

Wspomniałem wyżej, że państwowe przedsiębiorstwa przynoszą straty. Dzieje się tak z prostego powodu? Cechuje je zatrudnienie większej liczby pracowników niż potrzeba, do tego może się panoszyć nawet kilkanaście związków zawodowych. W górnictwie węgla kamiennego jest ich na przykład aż dwanaście (!). Poza tym zyski z dywident idą głównie do budżetu państwa, więc przedsiębiorstwo nie modernizuje posiadanego przez siebie sprzętu. Te wszystkie czynniki prowadzą do tego, że państwowe spółki przynoszą nawet milionowe (Orlen, PGNiG) albo miliardowe straty (przykład PKP czy LOT). Abstrahuję już od tego, że państwowe przedsiębiorstwa mogą być bardzo dogodnymi pralniami brudnych pieniędzy, w których państwowe pieniądze migrują do prywatnych kieszeni. Pamiętać należy jeszcze o tym, że utrzymanie spółki, której właścicielem jest państwo, kosztuje dwa razy więcej niż w sytuacji, kiedy należy ona do prywatnego właściciela. Zaznaczam, że tutaj nie chodzi o jakieś drobne kwoty. Te wszystkie pieniądze, które poszły na oddłużanie nierentownej państwowej własności można by wydać w inny sposób, na przykład na infrastrukturę drogową, armię oraz policję.

Może się pojawić pytanie, a co wtedy, gdy dana firma przynosi zyski do budżetu. Jako przykład można tutaj podać KGHM, który zwykle daje od jednego do dwóch miliardów zysku. Moim zdaniem też należy prywatyzować. Przecież dane przedsiębiorstwo zarządzane przez prywatnego właściciela może przynosić jeszcze większe zyski, zwyczajnie płacąc podatki. Poza tym fakt przynoszenia zysków to stan obecny. Skąd wiemy, czy za kilka lat nie będziemy musieli danej firmy oddłużać?

Bardzo kłopotliwe jest również powiązanie etatyzmu z patriotyzmem. Spotkałem się bowiem z takimi ocenami, że człowiek, który chce wszystko sprywatyzować oraz ograniczyć państwo do rozmiarów rozsądnych, to antypatriota, kosmopolita i internacjonalista. Więcej, takie przekonanie jest podtrzymywane przez partie populistyczne oraz ich ideowych zwolenników. Również na tej nucie próbuje czasem grać lewica mówiąc na przykład, że Pinochet sprzedał kraj międzynarodowym korporacjom czy Thatcher doprowadziła do deindustrializacji Wielkiej Brytanii. Ten argument jest jednak łatwo zbić. Na co jest lepiej wydawać pieniądze? Na zapewnianie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego państwa, ergo armię i policję, czy oddłużanie jakiegoś państwowego przedsiębiorstwa generującego miliardowe straty. Odpowiedź na to pytanie z punktu widzenia rachunku ekonomicznego jest prosta. Tak więc populiści (jak również typowi socjaliści) dążą do ciągłego osłabiania państwa poprzez ładowanie pieniędzy w dziury bez dna, jakimi jest szereg państwowych spółek.

Państwo jako takie nie stanowi manufaktury. Ma spełniać inne zadania związane z bezpieczeństwem wewnętrznym, zewnętrznym, stanowieniem prawa et cetera. Demokratyczny ustrój jednak przeszkadza przeprowadzać rozsądne zmiany. Wszystko stacza się zatem w kierunku coraz większego liberalizmu światopoglądowego z jednej strony, a socjalizmu z drugiej.

2009-07-14

I z czego się tu cieszyć?

Patrząc na korzyści płynące z posiadania przewodniczącego Parlamentu Europejskiego z Polski, którym w dodatku jest Jerzy Buzek, można dojść do wniosku, że gra nie była warta świeczki a efekty dla polskiej polityki względem UE będą szkodliwe.

Przed chwilą przeprowadzono głosowanie, w którym Buzek został wybrany na przewodniczącego PE miażdzącą przewagą głosów 555 na 713 głosujących. To było do przewidzenia w świetle zwyczajowego już konsensusu politycznego między socjaldemokracją a chadecją. Polski rząd wywalczył to stanowisko na pół kadencji - ukłon w stronę czerwonych, którzy zgodzili się głosować na Polaka tylko w zamian za oddanie połowy kadencji ich gwieździe salonowej Martinowi Schultzowi - nawiasem mówiąc antypolakowi i skrajnemu internacjonaliście.

Już sam ten fakt, świadczy o słabej pozycji jaką uzyskał Jerzy Buzek w Brukseli. Pozostanie przewodniczącym tylko przez pół kadencji, będzie dzielił ją z głównym oponentem interesów własnego państwa. Na rzecz tego połowicznego przewodniczenia rozmył swoje stanowisko w kwestii homoseksualistów i zapewne niejeden raz musiał się retorycznie powyginać aby zrobić dobrze wszystkim zainteresowanym.

Koszta tego pyrrusowego zwycięstwa są przewidywane od dawna ustępstwa polskiej administracji w kwestii innych ważnych stanowisk w biurokracji brukselskiej, do których automatycznie tracimy prawo w zamian za Buzka otwierającego obrady i udzielającego głosu przez pół swej kadencji. Wszystkie zapewnienia byłego premiera RP o potrzebie wprowadzenia Traktatu Lizbońskiego, o chęci gorącej walki o prawa człowieka nie mają znaczenia, bo nasz przedstawiciel nie ma uprawnień do działania w tym zakresie. Może sobie co najwyżej ponarzekać bądź komuś przyklasnąć. Tak jak przeciętny Kowalski, tyle, że w świetle fleszy i kamer. To jedyna różnica.

Kampania lipcowa jaką stała się rzekoma walka o stanowisko dla Buzka, w której zwycięstwo ma zapewne stać się sztandarowym sukcesem rządu Donalda Tuska jest jednym wielkim humbugiem, nie mówiąc o medialnym boomie na byłego premiera, który jeszcze kilka lat temu był persona non grata, nie tylko w lewackim środowisku ale i własnym. Słaby, sterowalny Buzek kreowany dziś na męża stanu pojedzie się prostytuować do Brukseli, do tego na pół kadencji do podziału z silnym, szkodliwym dla Polski politykiem. Czy to rzekomo wielkie zwycięstwo polskiej dyplomacji ma jakiekolwiek znaczenie? Czy nie jest to w rzeczywistości przegrana?

I, co najważniejsze, z czego się tu cieszyć?